Jordania - perła starożytności

Czasu brak (kto ma dwoje małych dzieci, ten wie), więc stwierdziłam, że trochę tekstu, więcej zdjęć będzie tutaj na miejscu. Tym bardziej, że piękne miejsca najlepiej pokazać na zdjęciach. 

Do Jordanii wybraliśmy się autem, bo to nie lada oszczędność (mimo, że dystans jest stosunkowo krótki, loty są dość drogie). Dodatkowy plus to taki, że na miejscu nie trzeba było wypożyczać samochodu. Były niestety też minusy…

Dzieci, a w szczególności Bruno, ciężko zniosły podróż. W sumie to im się nie dziwię, bo w jedną stronę jechaliśmy właściwie 2 dni (1250 km z Dżuddy do Petry). Pierwszego dnia podróż zajęła nam około siedmiu godzin (z przystankami), następnie noc w hotelu w Arabii Saudyjskiej, potem reszta drogi wraz z przekroczeniem granicy. Oczywiście wszyscy byliśmy wykończeni! Dodatkowo wycieczkę zaplanowaliśmy tydzień po przylocie do Dżuddy (ze względu na darmowy ‘urlop pielgrzymkowy’ przyznawany pracownikom w KAS), więc dzieciaki nie zdążyły się jeszcze zaaklimatyzować w królestwie, a już trzeba było ponownie wyjeżdżać. Kolejny minus to pogoda. Co prawda wieczory o tej porze roku w Jordanii już są przyjemne, ale dnie! Upał po trzydzieści stopni, a nawet więcej. Spacery w takiej temperaturze wykończą każdego...

Apogeum stanowił powrót do Dżuddy, a jego punktem kulminacyjnym moment, kiedy ze zmęczenia wszystkich nas wzięła głupawka i zaczęliśmy śpiewać Adele (oczywiście Tomek i ja). Bruno raz wołał: "Stop!", potem "Tata śpiewa!", potem "Mama nie!", aż wreszcie zażyczył sobie "piosenkę z telewizji, gdzie panie płakały, bo medal". Że co?! Oświeciło mnie nagle, że chodzi o... hymn polski, na który zwracaliśmy mu uwagę przy okazji igrzysk olimpijskich, gdy w tiwi pokazywali moment wręczenia złotych medali naszym wioślarkom. Serio?! Hymn?! "Tak, tak!!!" - krzyczał Bruno. Nie było wyjścia i zaczęłam nieśmiało śpiewać. To jednak nie wystarczyło Brunowi (myślę, że już był nieźle zmęczony). Kolejne życzenie brzmiało: "Głośniej mama! Głoooooośniej". Naprawdę, gdy człowiek jest wykończony, wykrzykiwanie w aucie Mazurka Dąbrowskiego nie jest jego marzeniem, ale wyjścia nie było. Darłam się więc w niebogłosy na autostradzie niczym jakaś nawiedzona patriotka! Czego się nie robi dla dzieci... ;)

Tyle ze wstępu. Jedziemy!

Humory dopisują.

Humory dopisują.

Takie widoki podziwialiśmy wzdłuż autostrady:

Co do autostrad saudyjskich, trzeba przyznać, że są bardzo dobre. Jedzie się przyjemnie, bo jest mało aut, pasy szerokie, a wszystkie ciężarówki trzymają się prawej strony. Czy my w Polsce kiedykolwiek doczekamy się takich dróg? Źle w KAS jeździ się natomiast nocami, gdyż jedynym światłem są reflektory auta, a często dwie strony autostrady oddzielone są jedynie pasem usypanego piachu. Zdarza się (nadzwyczaj często), że ktoś jedzie pod prąd.

Co do autostrad saudyjskich, trzeba przyznać, że są bardzo dobre. Jedzie się przyjemnie, bo jest mało aut, pasy szerokie, a wszystkie ciężarówki trzymają się prawej strony. Czy my w Polsce kiedykolwiek doczekamy się takich dróg? Źle w KAS jeździ się natomiast nocami, gdyż jedynym światłem są reflektory auta, a często dwie strony autostrady oddzielone są jedynie pasem usypanego piachu. Zdarza się (nadzwyczaj często), że ktoś jedzie pod prąd.

Meczet "in the middle of nowhere", czyli meczet na kompletnym odludziu, to dość powszedni obrazek.

Meczet "in the middle of nowhere", czyli meczet na kompletnym odludziu, to dość powszedni obrazek.

Jeszcze ciągle w Arabii.

Jeszcze ciągle w Arabii.

1. PETRA - zachwycające "zaginione miasto"

Pierwsze trzy dni spędziliśmy w hotelu Movenpick, tuż przy wejściu do Petry. Miejscówka rewelacyjna, a jak przypomnę sobie wypasiony bufet śniadaniowy, to aż mi ślinka cieknie. Hotel ma do dyspozycji wszelkie udogodnienia typu: basen, restauracja na tarasie, siłownia, itp., więc nie trzeba było ruszać się z miejsca.

Poniżej slideshow (po kliknięciu pojawiają się kolejne zdjęcia):

Tylko raz wybraliśmy się na obiad do pobliskiej restauracji, rekomendowanej przez TripAdvisor, ale trochę się zawiedliśmy, bo ceny były te same, co w hotelowym serwisie, a jakość trochę gorsza. Poza tym na zewnątrz było bardzo gorąco! Poniżej zdjęcia ze spaceru (slideshow).

Kompleks "zaginionego miasta" jest ogromny i zachwyci każdego! To wypad na cały dzień (albo nawet dwa), jeśli chce się przejść cały szlak. Wycieczkę można podzielić na kilka części. I tutaj jest niestety pułapka zarzucona przez miejscowych. Korzystają z niewiedzy turystów i zachęcają, żeby wziąć bryczkę z koniem lub konia na pierwszy odcinek, potem wielbłąda lub osiołka na kolejne (niby wszystko wliczone w bilet, ale upominanie się o zapłatę nie omija nikogo). Oczywiście ceny są zabójcze, a tak naprawdę, jeśli idą sami dorośli, można spokojnie dojść wszędzie na własnych nogach. Jeśli podróżuje się z małymi dziećmi, można wziąć osiołka jedynie na ostatni odcinek (strome dojście do skalnego klasztoru), bo faktycznie na tym etapie mogą już czuć zmęczenie.

W naszym przypadku z mniejszym było ok, bo podróżował w nosidle (będzie to można zobaczyć na zdjęciach), natomiast Bruno był już mocno zmęczony, więc byliśmy zmuszeni wziąć osiołka. Pierwszy odcinek jest bajeczny i większa część to spacer w cieniu, więc naprawdę jazda bryczką jest tutaj zbędna. Druga sprawa to fakt, że bryczka jest w obie strony, ale już na początku odcinka trzeba podać godzinę powrotu. Skąd turysta, który jest tutaj po raz pierwszy, ma wiedzieć, ile zajmie mu spacer po całym kompleksie? A "kasjer" wcale nie pomaga! Jeśli spóźnisz się, niestety bryczki dla ciebie już nie ma (mimo tego, że zapłaciłeś w obie strony i są bryczki, które akurat stoją i nie pracują...).

Niestety padło na nas, bo tym bardziej ciężko jest podać godzinę powrotu, jeśli podróżuje się z dwójką małych dzieci. Nie jesteś w stanie przewidzieć! Oczywiście szefu wszystkich furmanów pokręcił tylko głową, rozłożył ręce i niewinnie odwrócił się do nas plecami. Okazało się, że owszem, możemy jechać bryczką (inaczej chyba już bym wracała na czworakach, nie mówiąc o dzieciach!), ale musimy zapłacić. Boss uśmiechnął się więc do mojego męża wyczekująco. Nie wiedział jednak, że Tomek ma na co dzień do czynienia z Arabami i nie jest przekupnym turystą. Do tego był głodny i zmęczony... A że nie lubi naciągaczy (kto ich lubi?), stwierdził, że wykłóci się o swoje. No i się zaczęło! Oczywiście miał we mnie kibica. Po łagodnym wstępie i małej przerwie w konwersacji (Arabom trzeba dać czas do przemyślenia sytuacji) szefu wydał się niewzruszony. Nie działały na niego argumenty, że zapłaciliśmy już w obie strony, że jesteśmy z małymi dziećmi, że wykończeni, itd. Wiecie co zadziałało? Urażenie jego patriotycznej dumy. O tak, Arabowie tego nie lubią, więc tekst: "Wasz kraj jest piękny, ale Wy jesteście oszustami i okradacie turystów" zadziałał na niego jak kubeł zimnej wody. Tomek wykrzykiwał słowo "oszust" celując palcem w bossa na oczach wielu turystów, bo trzeba wiedzieć, że miejsce, gdzie stają bryczki, to miejsce zborne, tzw. Skarbiec (najczęściej fotografowany przez turystów grobowiec). Po pięciu minutach siedzieliśmy już w bryczce - wykończeni, ale szczęśliwi. Szczęśliwi, bo udało nam się zobaczyć tę część, do której nie każdy decyduje się dotrzeć - mianowicie Klasztor. 

Lecimy ze zdjęciami ze szlaku:

Jeszcze uśmiechnięci... Brunko bardzo chciał pojechać konikiem, więc zrobiliśmy mu tę przyjemność. Ja w połowie odcinka wysiadłam, bo tak trzęsło, że miałam wrażenie, że Hugo wystrzeli z nosidła.

Jeszcze uśmiechnięci... Brunko bardzo chciał pojechać konikiem, więc zrobiliśmy mu tę przyjemność. Ja w połowie odcinka wysiadłam, bo tak trzęsło, że miałam wrażenie, że Hugo wystrzeli z nosidła.

Pierwszy odcinek prowadzący do wspomnianego Skarbca jest niezwykle malowniczy, a formacje skalne zachwycają kształtami i kolorami (od beżowego, po różowawy, czerwony, pomarańczowy, na brązowym i czarnym kończąc), więc naprawdę warto się przespacerować (slideshow):

Naprawdę nie warto jechać bryczką. O wiele przyjemniej przespacerować się w tej uroczej scenerii.

Naprawdę nie warto jechać bryczką. O wiele przyjemniej przespacerować się w tej uroczej scenerii.

IMG_6021.JPG
Jeden z odcinków można przejechać na wielbłądzie.

Jeden z odcinków można przejechać na wielbłądzie.

A to już Skarbiec - grobowiec nazwany tak przez Beduinów, którzy wierzyli, że znajdują się w nim skarby.

Wielkość grobowca naprawdę robi wrażenie.

Wielkość grobowca naprawdę robi wrażenie.

Zbliżenie na wykończenia.

Zbliżenie na wykończenia.

Na dalszą część wycieczki wynająć można osiołka lub wielbłąda

Na dalszą część wycieczki wynająć można osiołka lub wielbłąda

Przy Skarbcu można również znaleźć sklepik z pamiątkami, kupić napoje i przekąski.

Przy Skarbcu można również znaleźć sklepik z pamiątkami, kupić napoje i przekąski.

Ludzie, którzy w Petrze obsługują osiołki i konie, sprzedają pamiątki oraz napoje chłodzące i przekąski (szczególnie na ostatnim odcinku) to nazywani przez Jordańczyków "cyganie" ("gipsys"). Część z nich mieszka na terenie Petry. Wyglądają bardzo charakterystycznie, bo malują sobie oczy czarną kredką. Jeden z nich - chyba najbardziej efektowny - pozwolił mi się sfotografować.

Na mój komentarz: "Wyglądasz jak Jack Sparrow", odpowiedział: "To raczej on wygląda jak ja..." Nie wiem, ile w tym prawdy ;) Natomiast pewna jestem, że część z nich była pod wpływem - nie alkoholu, lecz jakichś środków odurzających, bo ich mowa ciała oraz sposób wypowiadania się jednoznacznie na to wskazywał.

Na mój komentarz: "Wyglądasz jak Jack Sparrow", odpowiedział: "To raczej on wygląda jak ja..." Nie wiem, ile w tym prawdy ;) Natomiast pewna jestem, że część z nich była pod wpływem - nie alkoholu, lecz jakichś środków odurzających, bo ich mowa ciała oraz sposób wypowiadania się jednoznacznie na to wskazywał.

W oczekiwaniu na turystów.

W oczekiwaniu na turystów.

Kolejny odcinek "zaginionego miasta" to już teren bardziej otwarty, tzw. Ulica Fasad, gdzie zobaczyć można wiele wykutych w skale grobowców, z ciekawymi detalami. W tej części najbardziej doskwierało nam słońce (slideshow):

Następną atrakcją są Królewskie Grobowce. Aby do nich dotrzeć trzeba lekko zboczyć z drogi i przejść kamienistą ścieżką. Nie zdecydowaliśmy się tam pójść, chcieliśmy zachować siły na dalszą część szlaku. Podziwialiśmy więć grobowce z głównej drogi (slideshow):

Na mniej więcej tej samej wysokości, po drugiej stronie mija się wykuty w skale, sporych rozmiarów teatr:

Za Grobowcami Królewskimi i teatrem szlak prowadzi turystów na główną ulicę starożytnej Petry, z kolumnadą oraz dobrze zachowaną świątynią Kasr al Bint (slideshow):

Do tego miejsca docierają praktycznie wszyscy. Potem pada pytanie czy iść dalej i czy warto? WARTO! Widok jaki ukazuje się po godzinnej wędrówce po stromych schodach wynagradza cały trud, wzywanie pana Boga nadaremno oraz rzucanie wszelkich przekleństw tego świata (w naszym przypadku było ich sporo). Przy atrakcji znajduje się bar z tarasem widokowym i kanapami, gdzie w cieniu napić się można przepysznej orzeźwiającej lemoniady.

Oto Klasztor (oczywiście w rzeczywistości wydaje się jeszcze bardziej majestatyczny). Slideshow:

A tak wyglądała droga (ciśnie mi się na usta "krzyżowa" ;)) do Klasztoru. Bruno pokonał ją albo na osiołku, albo "na barana" u taty, ja z dziesięciokilowym Hugiem w nosidle... Slideshow:

Na jednej z "kanap" przy Klasztorze. Wykończony... <3

Na jednej z "kanap" przy Klasztorze. Wykończony... <3

W drodze powrotnej i mi udzieliło się zmęczenie.

W drodze powrotnej i mi udzieliło się zmęczenie.

Do Petry poszliśmy jeszcze kolejnego dnia popołudniu, bo kupiliśmy bilety na dwa dni (różnica w cenie jest minimalna). Chcieliśmy ponownie przejść jedynie pierwszy odcinek - do Skarbca, tym bardziej, że słońce o tej porze nie było już takie silne. Niestety Bruno chyba miał traumę po poprzednim dniu i jak zobaczył, że idziemy tą samą drogą, to całkiem się rozkleił i w połowie musieliśmy zawrócić. Tak to już jest z dziećmi ;) Tym bardziej cieszyliśmy się, że ogarnęliśmy wszystko poprzedniego dnia.

2. AMMAN - "towarzyskie" zwiedzanie

Na wycieczkę do Ammanu - stolicy Jordanii cieszyliśmy się podwójnie, bo byliśmy umówieniu z naszymi sąsiadami i jednocześnie przyjaciółmi (spokojnie mogę tak napisać) z Rilamu (miejsca, gdzie mieszkaliśmy w Rijadzie). To właśnie dzięki nim po raz pierwszy spróbowałam przepysznych tradycyjnych dań arabskich. Nic, co jadłam do tej pory w Arabii Saudyjskiej nie równało się z tymi smakami. Restauracja, do której zaprosili nas Dana i Karim to Haret Jdoudna. Mieści się ona w miasteczku pod Ammanem - w Madabie, niedaleko miejsca, które chcieliśmy zwiedzić - cerkiew św. Jerzego. Znajduje się tam najstarsza znana w historii sztuki mozaikowa mapa. 

Jedzenie było naprawdę przepyszne, a towarzystwo urocze.

Jedzenie było naprawdę przepyszne, a towarzystwo urocze.

Madaba to centrum chrześcijaństwa, a cała Jordania to świetny przykład państwa, w którym wspólnie żyją muzułmanie i chrześcijanie. Dana z Karimem są chrześcijanami, ale mówili, że nigdy ze strony muzułmanów nie spotkała ich żadna krzywda. Przyznali niestety, że odkąd w Madabie osiedlili się muzułmanie okolica jest zaśmiecona i niesprzyjająca spacerom. Niestety, po przejściu odcinka od restauracji do cerkwi trzeba było przyznać im rację.

Wspomniana mapa to mozaika podłogowa pochodząca z VI wieku, przedstawiająca mapę Bliskiego Wschodu okresu bizantyjskiego - obszar od Libanu na północy po deltę Nilu na południu, od wybrzeży Morza Śródziemnego na zachodzie po granicę, jaką wyznacza Pustynia Arabska na wschodzie Jordanii. Największym elementem mapy jest znajdujące się w centrum topograficzne przedstawienie Jerozolimy (centrum zdjęcia).

Wspomniana mapa to mozaika podłogowa pochodząca z VI wieku, przedstawiająca mapę Bliskiego Wschodu okresu bizantyjskiego - obszar od Libanu na północy po deltę Nilu na południu, od wybrzeży Morza Śródziemnego na zachodzie po granicę, jaką wyznacza Pustynia Arabska na wschodzie Jordanii. Największym elementem mapy jest znajdujące się w centrum topograficzne przedstawienie Jerozolimy (centrum zdjęcia).

Do ułożenia mapy użyto ponad dwóch milionów tesser do mozaik.

Do ułożenia mapy użyto ponad dwóch milionów tesser do mozaik.

W cerkwi oprócz mapy znajdują się również inne mozaiki oraz ikony.

W cerkwi oprócz mapy znajdują się również inne mozaiki oraz ikony.

W Madabie, w okolicy cerkwi, znaleźć można sporo uroczych sklepików z pamiątkami. W jednym z takich miejsc kupiliśmy dwie gliniane, zdobione turkusem miseczki oraz magnes (obowiązkowo!) z Drzewem Życia - najbardziej charakterystycznym symbolem Jordanii.

Na jednej z uliczek Madaby.

Na jednej z uliczek Madaby.

Następnie wspólnie z Daną i Karimem wybraliśmy się na pobliską Górę Nebo - kolejne symboliczne dla chrześcijaństwa miejsce. To z tego punktu biblijny Mojżesz miał zobaczyć Ziemię Obiecaną.

Nazwałabym to raczej wzgórzem niż górą, bo dostać się tam można po krótkim spacerku. Przyznać trzeba jednak, że rozpościerający się widok jest niesamowity...

Nazwałabym to raczej wzgórzem niż górą, bo dostać się tam można po krótkim spacerku. Przyznać trzeba jednak, że rozpościerający się widok jest niesamowity...

O taki.

O taki.

Z tej ściągi wiadomo, co i gdzie.

Z tej ściągi wiadomo, co i gdzie.

Z punktu widokowego podziwiać można dolinę Jordanii, Hebron, Morze Martwe, Jeruzalem, Jerycho. Znajduje się tam również współczesna rzeźba, symbolizująca laskę Mojżesza, oplecioną wężem oraz kościół wczesno-bizantyjski, w którym znaleźć można świetnie zachowane mozaiki. Niestety, kościół był akurat zamknięty, bo trwały w nim renowacje, więc nie mieliśmy okazji przekonać się na własne oczy.

Wspomniana rzeźba przypominająca krzyż.

Wspomniana rzeźba przypominająca krzyż.

Po zwiedzaniu nadeszła pora na zasłużony odpoczynek i deser. Miejsce, do jakiego skierowaliśmy się to elegancki bar z tarasem wychodzącym na tzw. downtown - Cantaloupe Gastro Pub. Zajechaliśmy akurat na zachód słońca, więc widok był ujmujący. Drinki też... ;)

No i towarzystwo...

No i towarzystwo...

Stara część Ammanu.

Stara część Ammanu.

W Ammanie zatrzymaliśmy się w hotelu Landmark. Mieliśmy szczęście, bo dostaliśmy świeżo odnowiony pokój - było nowocześnie i elegancko, a serwis pierwszorzędny. Większość atrakcji turystycznych Jordanii znajduje się w pobliżu jej stolicy, więc jest to dobre miejsce wypadowe, jeśli ma się do dyspozycji auto.

Kolejny dzień upłynął nam na zwiedzaniu pobliskiego Dżerasz - ruin jednego z najlepiej zachowanych na świecie rzymskich miast z okresu starożytności. Niestety, zdjęć nie jest za dużo, bo aparatu zapomniałam wziąć z auta, a telefony były prawie rozładowane. Poniżej slideshow: 

Na obiad udaliśmy się do poleconej przez naszych jordańskich przyjaciół restauracji - Lebanese House. Spokojnie mogła ona konkurować z restauracją z dnia poprzedniego. Jedzenie równie pyszne, a restauracja niesamowicie oblegana. Mimo tłumów posiłki dostaliśmy bardzo szybko. Gorąco polecam!

W restauracji tradycyjnej arabskiej najlepiej zamówić kilka przystawek tzw. mezza i do tego mięso. Dzięki temu można spróbować różnych smaków.

3. MORZE MARTWE - nowe doznania

Powoli zaczęliśmy się przesuwać z powrotem na południe. Jedynie powrót na raty wchodził tutaj w grę. Totalne "must see" w Jordanii, na które my przeznaczyliśmy praktycznie cały dzień to bez wątpienia Morze Martwe. Najlepiej skorzystać z całodniowej wejściówki do jednego z hoteli. My ponowanie wybraliśmy Movenpick. Nie pożałowaliśmy, bo hotel położony jest w przepięknej okolicy i zagospodarowany w każdym calu. Jedynym minusem jest tam nieograniczona ilość osób, która może wejść każdego dnia. Było więc trochę tłoczno...

Tak mniej więcej wyglądał kompleks (slideshow):

Oczywistym punktem kulminacyjnym pobytu nad Morzem Martwym jest wysmarowanie się bogatym w minerały czarnym błockiem - skarbem akwenu oraz kąpiel w samym morzu. Kąpiel to może zbyt dużo powiedziane, bo w tym morzu, ze względu na niezwykle duże zasolenie po prostu leży się, jak na materacu. Niesamowite uczucie! Dzieci mają wstęp wzbroniony, z oczywistych względów, więc trochę musieliśmy się nakombinować, żeby każde z nas nacieszyło się tym nowym doznaniem. Ubaw po pachy! (widoczny na slideshow):

Po dniu pełnym wrażeń ruszyliśmy do Akaby - miasteczka przy granicy z Arabią Saudyjską, gdzie mieliśmy spędzić kolejną noc. Zatrzymaliśmy się w małym hoteliku, którego nazwy nie pamiętam, a następny dzień, juz ostatni w Jordanii, spędziliśmy w zamkniętym kompleksie basenowym z restauracją i dostępem do plaży - Berenice Beach Club. Całkiem przyjemny sposób na spędzenie dnia z dziećmi. Zwłaszcza jeśli przebywa się w kraju, gdzie na publicznej plaży bikini jest zabronione... Poniżej slideshow:

Potem już był powrót do domu (na granicy zeszło nam dość długo, bo weryfikacja jest szczegółowa), z jeszcze jedną nocą przespaną w hotelu po drodze. 

Dobrze, że przed nami był jeszcze weekend.

Na koniec slideshow z "fotkami drogi", bo przecież podróż była dłuuuuuga.......