RPA/Suazi - piękno flory i fauny

Lipiec 2015

Lipiec to jeden z zimowych miesięcy w RPA. Chłodniejsze południe, ciągle ciepła, słoneczna północ kraju. Bardzo niskie zagrożenie zarażenia malarią, bo bardzo mało komarów. Ograniczona roślinność w Parkach Narodowych i rezerwatach, a co za tym idzie - bardzo dobra widoczność i możliwość wypatrzenia dzikich zwierząt. 

Wszystkie te czynniki plus temperatury nie do wytrzymania w Rijadzie zdecydowały, że uciekliśmy na dwa tygodnie na północ RPA.

Cali szczęśliwi i żądni przygód wsiadaliśmy do samolotu w Dżuddzie. Podróż do Johanesburga miała trwać 7 godzin. Bruno przez cały lot zachowywał się wzorowo - kredki, plastikowe miseczki serwisu, krótkie spacery, drzemka wypełniły mu mijający czas. Nic i nikt nie był w stanie zmącić naszej radości i dobrych humorów. 

A jednak…

Stajemy do odprawy paszportowej (ostatni etap na lotnisku przed odbiorem bagaży). Pan na stanowisku sprawdza nasze paszporty. My cali promieniujący, zadowoleni! Nagle pada prośba: “Akt urodzenia dziecka, poproszę?”. Akt urodzenia? Po co? Oboje szczerze się zdziwiliśmy, ale nadal uśmiechnięci mówimy panu, że przecież jest paszport dziecka, więc po co nam akt urodzenia (kto na lotnisku prosi o akt urodzenia?!). Pan całkiem poważnie informuje nas, że z datą 01.06.2015 wszedł nowy przepis i przy wyjeździe i wjeździe do RPA z dzieckiem potrzebny jest jego akt urodzenia. Mój wzrok pada na Tomka, już trochę mniej pewnie pytam się go, czy o tym wiedział. Oczywiście, że nie! Kto sprawdza takie informacje? Kto wymaga takich dokumentów? Wizy nie trzeba, więc nic nie potrzeba! No dobra, trzeba to jakoś załatwić. Tomek pół żartem, pół serio odpowiada panu, że przecież widać, że to nasze dziecko, że woła do mnie “mama”, a do niego “tata” (no tak, oczywiste!), że to samo nazwisko w paszporcie. Pan prosi, żebyśmy chwilę poczekali. Do stanowiska podchodzi pani, bez słów bierze nasze paszporty i machnięciem ręki wskazuje, żebyśmy szli za nią. Idziemy z myślą, że zaraz wszystko się wyjaśni, tylko pewnie będziemy musieli jakiś dokument podpisać.

Przechodzimy przez drzwi “na kartę”, wąski korytarzyk, poczekalnia, a w niej sporo osób - wszyscy mają posępne miny. Kawałek dalej małe biuro. Przestaje mi się to podobać. Czy tu w ogóle jest jakaś organizacja? Ludzie wchodzą bez wołania, wychodzą, co trochę pojawiają się jacyś urzędnicy, przyprowadzają, odprowadzają pojedyncze osoby, całe rodziny. Jakaś totalna dezorganizacja. Tomek zagląda do biura i pyta panią siedzącą za biurkiem czy mamy czekać, czy będzie nas wołać. Ona na to, że nie musi nas wołać, że jak nie ma aktu, to do RPA nie wjedziemy. KONIEC! Mija pierwsza godzina od przybycia na lotnisko. Teraz to już na serio zaczynamy się denerwować. Jak to nie wjedziemy!? Żarty jakieś!!! Na pewno wjedziemy! Tymczasem myślimy intensywnie, co możemy zrobić...

Któremuś z nas wpada do głowy pomysł, żeby przeszukać skany dokumentów w telefonach, bo przy przeprowadzce do Arabii wysyłałam Tomkowi międzynarodowy akt urodzenia Bruna. Ratuje nas polska karta SIM (w ostatniej chwili wrzuciłam ją do portfela!), bo saudyjskie nawet nie działają. Jak na złość wszystkie dokumenty są (akt małżeństwa, dokumenty dla kotów, wizy, paszporty, itp.), ale nie ma aktu urodzenia. Co za pech! Tomek znajduje jedynie polski, ale skan jest zamazany, bo telefon nie może do końca ściągnąć zdjęć z sieci! 

Kolejny pomysł! Trzeba zadzwonić do Andrei’a (znajomego sąsiada, który opiekował się naszymi kotami na czas wyjazdu). Akt jest w teczce, więc wystarczy, żeby zrobił zdjęcie i nam przesłał! To na pewno nas uratuje! Andrei odbiera telefon, biegnie do naszego mieszkania i zaczyna szukać we wskazanej teczce. Rozłączamy się i czekamy cierpliwie. Mija druga godzina: Bruno już powoli zaczyna się wiercić, chce wyjść z klaustrofobicznego pomieszczenia (wcale mu się nie dziwię! Siedem godzin w samolocie, a teraz jeszcze tutaj!). Staram się go zabawiać. Andrei coś milczy. Dzwonimy do niego. Twierdzi, że takiego dokumentu tam nie ma. Jak to nie ma?! Jak ja wiem, że NA PEWNO jest! Porządkowałam dokumenty niedawno i on właśnie tam jest! (Każdy chyba wie, jak człowieka szlag trafia, jak wie, że coś jest we wskazanym miejscu, a ktoś nie może tego znaleźć?!). Andrei, please! Skup się i czytaj uważnie! Po chwili Andrei wysyła nam jakieś zdjęcia. Z nadzieją patrzymy na otwierający się dokument . Przecieram oczy ze zdumienia - przepis na zupę według 5-ciu przemian. No comment…

Dobra, poddajemy się, Andrei też się poddaje. 

Następny pomysł. Telefon do przyjaciela, czyli do Ambasady Polskiej! Przecież muszą mieć jakieś rozwiązanie na tego typu problemy obywateli. Rozmowa z Konsulem przebiegła następująco:

Tomek tłumaczy naszą sytuację i pyta, jak oni mogą nam pomóc.

Konsul: “Ale przecież informowaliśmy na naszej stronie o nowym przepisie”. 

Nie zapowiada się zbyt obiecująco…

Tomek: “Rozumiem, ale nie sprawdziłem i przyznaję, że to moja wina. Czy możecie nam jakoś pomóc w takiej sytuacji? Jakieś szybkie potwierdzenie, że nasz syn, to nasz syn?”

Konsul: “Niestety. Zostaną teraz państwo przeniesieni do miejsca, gdzie przebywają obywatele innych krajów z podobnymi problemami i będziecie państwo czekać na deportację.

Tomek: “Czyli nie jesteście w stanie nam pomóc? Nie da się nic zrobić?"

Konsul: “Niestety, nie”.

Tak wygląda pomoc obywatelowi Polski. Wygląda na to, że ambasady są jedynie po to, żeby udzielać informacji, ale już nie po to, żeby pomagać.

(Nie byłabym zbulwersowana, gdybym nie wiedziała, jak działa taka placówka, ale odbywałam w jednej z nich staż i wiem, że są konsule, którzy staną na głowie, żeby pomóc w takich sytuacjach. Niestety, nie w RPA…)

W głowie miałam wizję jakiegoś paskudnego miejsca, gdzie wrzucą nas z ludźmi niewiadomego pochodzenia do jednego pokoju o obskurnych, zapleśniałych ścianach! Nie wyobrażałam sobie, jak moglibyśmy przeżyć choć chwilę w takim miejscu. Nie chodziło tutaj o mnie, czy o Tomka, bo w przeszłości zdarzało nam się spać w różnych miejscach, ale o Bruna! W głowie mi się nie mieściło, że tak może zakończyć się nasza wycieczka.

Dlaczego oni upierają się tak przy tym akcie urodzenia?! Może chodzi tutaj o łapówkę? Nie wiedzieliśmy czy rzeczywiście, nie posiadaliśmy takich informacji. Może jednak warto spróbować? Delikatnie…

Poprosiliśmy panią za biurkiem o prywatną rozmowę za zamkniętymi drzwiami. Tomek zaserwował jej takie przemówienie, że jak ja bym była na jej miejscu, to otworzyłabym dla nas wszystkie drzwi! ;) Pani jednak zbyt wielkiej władzy nie miała i zaproponowała rozmowę z jej szefem - głową departamentu. Jest światełko w tunelu! Czekamy więc na bossa. Pani nie ma i nie ma. Mija trzecia godzina… Wchodzi jakiś inny pan do biura. Pytamy, czy jest tutaj szefem, ale niestety nie. Tomek próbuje jeszcze raz swojej przemowy. Pan jest pod wrażeniem i obiecuje, że zawoła swojego szefa. Gdzie się podziała ta pani?! Przychodzi znowu jakiś inny pan. Informuje nas, że jest szefem linii lotniczych Saudi Airlines i przyszedł, żeby nas poinformować, że deportują nas za darmo (cudownie!) w poniedziałek (był piątek). Serce zaczyna mi walić, nogi jak z waty, oczy wilgotne (muszę tutaj zaznaczyć, że obecnie jestem w wyjątkowym stanie i sytuacje, które normalnie przyjmuję na klatę, mogą mnie totalnie zdołować). Informujemy pana, że jeszcze jesteśmy w trakcie negocjacji, że może nas wpuszczą (wedle zasady, że nadzieja zawsze umiera ostatnia). Wreszcie przychodzi wódz całego departamentu. Tomek po raz trzeci uaktywnia swoją przemowę. Kolejna osoba jest pod wrażeniem. Dodatkowo pokazujemy im zamazany polski akt urodzenia i tłumaczymy, gdzie są wypisani rodzice dziecka. Wydaje się, że wódz wymięka. Okazuje się jednak, że jest jedno ALE. Jest jeszcze jeden departament, który przejmuje nas po odprawie i tam też wymagany jest akt urodzenia. Niestety, jest to osobny departament, z osobnym szefem i tam na pewno nas nie puszczą. Toż to woła o pomstę do nieba! Rozklejam się totalnie! Trzymam Bruna na kolanach, łzy ciekną mi po policzkach, on na szczęście spokojnie rysuje (w międzyczasie biuro zmieniło się w plac zabaw). 

Nagle szef linii lotniczych zainteresowany naszym przypadkiem pyta nas, jak to się stało, że lecieliśmy przez Dżuddę, skoro jesteśmy z Polski. Informujemy go, że mieszkamy w Arabii Saudyjskiej. “Macie iquamy?” (dokument, który mają wszyscy rezydenci Arabii Saudyjskiej) - pyta się nas z nadzieją w głosie. “Mamy” - odpowiadam i w tym samym momencie zapala mi się w głowie lampka! Przecież na iquamie Bruna są wypisani jego rodzice! Tak! To jest nasza jedyna deska ratunku! Szef linii informuje o tym wodza departamentu imigracyjnego i stwierdza, że to jest wystarczający dowód, bo przed wystawieniem iquamy przyjezdni w Arabii muszą udowodnić, że są małżeństwem i że mają akt urodzenia dziecka. Znowu widzę światełko w tunelu. Szef linii jest co prawda z RPA, ale mówi biegle po arabsku. Proponuje rozmowę z wodzem imigracyjnego, z tym od kolejnego departamentu i z Tomkiem. Panowie i Tomek wychodzą. Zostaję z Brunem i w myślach dodaję odwagi mojemu mężowi…

Mija czwarta godzina. Nagle Tomek wchodzi do biura, spoglądam na jego twarz i widzę delikatny uśmiech. “Pakuj się kochanie, witaj w RPA”. Nie wierzę! Nagle ulatują ze mnie wszystkie emocje! Rozklejam się na amen! W głowie tylko mi dudni: “Udało się, udało!!!!”. Kocham Arabię Saudyjską, kocham moją iquamę!!! Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę tak wdzięczna królestwu za ten dokument! 

Wpuszczają nas pod jednym warunkiem: musimy mieć akt urodzenia przy wyjeździe z RPA. Nie ma sprawy! Oby tylko wjechać! O wyjazd będziemy się martwić potem! Jak moglibyśmy teraz zrezygnować, po takiej walce?! No way! Byliśmy szczęśliwi jak nigdy! Wykończeni, ale szczęśliwi! 

Odebraliśmy auto z wypożyczalni i czym prędzej ruszyliśmy w drogę (Tomek musiał jeszcze “przestawić się” na jazdę lewym pasem!). Pech chciał, że GPS po drodze szwankował i zamiast 2 godzin, jechaliśmy 4. Widocznie taki miał być nasz pierwszy dzień w RPA. Leżąc w hotelowym łóżku, wierzyliśmy, że kolejne będą już tylko dobre :) 

Nasze życzenie spełniło się i nie żałowaliśmy ani jednej chwili spędzonej w RPA. 

Północ kraju jest malownicza - rozległe przestrzenie, plantacje pomarańczy, orzechów, awokado, wzgórza, lasy, wodospady. Wszystko, za czym tęskni dusza po dłuższym pobycie w pustynnym królestwie. Spędzaliśmy tyle czasu na dworze, ile się dało, wdychając świeże jesienne powietrze (zima w RPA, to jak nasza złota polska jesień). W każdym miejscu, w którym się zatrzymywaliśmy lokal wyposażony był albo w taras, albo w ogródek (poszczególne miejsca będę opisywać poniżej, pod zdjęciami), więc jak tylko poranne promienie słoneczne ogrzały powietrze, wychodziliśmy na zewnątrz. 

Południowa Afryka uchodzi za kraj niebezpieczny, w którym kradzieże, rozboje, a nawet morderstwa zdarzają się bardzo często. Trzymaliśmy się więc z dala od dużych miast i zawsze w pobliżu turystycznych szlaków. Nam nie przytrafiła się żadna przykra sytuacja, zawsze i wszędzie mieliśmy się na baczności. Ostrożność mieszkańców była jednak widoczna gołym okiem - domy bardzo często (zwłaszcza te duże i piękne) otoczone były wysokim murem z drutem kolczastym. Przy okazji pogawędek z obywatelami RPA (w miejscach turystycznych było ich bardzo dużo) słyszeliśmy również kilka historii o kradzieżach, napaściach i wyszukanych sposobach na obrabowanie turystów. Podobno jednym ze sposobów było rzucenie ciężkiego kamienia z wiaduktu na jadący samochód, który grupa przestępców następnie okradała.   

Czarnoskórzy mieszkańcy stanowią 80% społeczności południowoafrykańskiej. Dla nas byli bardzo mili i uprzejmi, a dzięki Brunowi zyskiwaliśmy sobie jeszcze większą sympatię. Nie po raz pierwszy wszyscy zwracali uwagę na uroczego blondynka o niebieskich oczach ;). Obywatele RPA wydają się być dumni z tego, że wywalczyli sobie niepodległość i równouprawnienie, choć niektórzy ciągle jeszcze narzekają, że podziały społeczne wciąż istnieją. Biednych jest bardzo wielu i widać to na każdym kroku. Skupiska ludzi to głównie małe wioski żyjące własnym życiem, zabudowane małymi (bardzo często rozpadającymi się) domkami. Do większych miast jest daleko i bardzo mało osób dysponuje samochodem, na ulicach jest więc mały ruch, a ludzie przemieszczają się albo “na stopa”, albo małymi busikami kursującymi między wioskami i miastami.

Jedna z rzeczy, która nas zaskoczyła, to ceny - nie są one zbyt wygórowane, zwłaszcza w restauracjach. Można zjeść bardzo dobrze (i dużo!) i w miarę tanio. Południowoafrykańczycy uwielbiają mięso, zwłaszcza steki. Początkowo nie wiedzieliśmy, jakiej są one jakości, ale jak spróbowaliśmy raz, to już do końca wyjazdu nie mogliśmy przestać śnić o soczystym mięsie! A cena? Dla porównania - w Polsce za dobry filet ze steka (zaznaczam - DOBRY) trzeba zapłacić ok. 120 zł, w RPA - 50 zł. Jakże więc można nas winić za monotematyczność przy wyborze menu ;)

A jak poradziliśmy sobie z aktem urodzenia? 

Początkowo chcieliśmy dać jeszcze jedną szansę Ambasadzie Polskiej, ale po pierwszym telefonie (po pierwszym, gdy udało nam się w ogóle połączyć, bo to nie takie proste…), nasze nadzieje prysnęły jak bańka mydlana, bo pan konsul oświadczył nam, że są w stanie zorganizować akt w… UWAGA - dwa miesiące! Żadnej porady, żadnej podpowiedzi… Trzeba więc było działać na własną rękę. Osoby, na które można zawsze liczyć - rodzice! Wybrali się do wrocławskiego urzędu z naszymi dowodami i załatwili akt na miejscu. Jeszcze tego samego dnia zamówiliśmy kuriera DHL, który odebrał akt od rodziców. Dokument mieliśmy odebrać po 5 dniach w centrum dystrybucyjnym DHL, w jednym z większych miast (inaczej dowóz trwałby 2 tygodnie, bo byliśmy w małym miasteczku Sabie). Na wszelki wypadek DHL wziął jednak od nas adres hotelu w Sabie. Jakież było nasze zdziwienie (i radość!), gdy kurier pojawił się po 2 dniach w drzwiach naszego domku w Sabie! 

Podsumowanie: Ambasada kontra Obywatel? Odpowiedź jest prosta…

Dobra, dosyć gryzmołów! Mam nadzieję, że jeśli zabrakło czegoś w tekście, odnajdziecie to na zdjęciach.

PRZYSTANEK NR 1 - Park Narodowy Pilanesberg

Zatrzymaliśmy się w King Resort. Domki wyglądały, jak na zdjęciu, a sam resort był bardzo przyjemnie zagospodarowany, z dużą ilością rozrywek dla dzieci. 

Zatrzymaliśmy się w King Resort. Domki wyglądały, jak na zdjęciu, a sam resort był bardzo przyjemnie zagospodarowany, z dużą ilością rozrywek dla dzieci. 

Widok z naszego tarasu.

Widok z naszego tarasu.

W naszym ośrodku nie serwowali śniadań, ponieważ trwał akurat remont części kuchenno-jadalnej, więc na śniadanie wybraliśmy się do poleconego pobliskiego resortu - Kwa Maritane. Restauracja mieściła się w niezwykle przytulnym budynku z tarasem, który rozciągał się nad wybiegiem dla zwierząt. Tak więc wyglądało nasze pierwsze śniadanie w RPA (slideshow - zdjęcia zmieniają się po kliknięciu na pierwsze):

Kolejnego dnia wybraliśmy się do Narodowego Parku z nadzieją, że uda nam się wypatrzeć jakieś zwierzęta. Nie byliśmy w pełni przekonani, bo Pilanesberg uchodzi za park, gdzie raczej nie za wiele można zobaczyć. Chcieliśmy chociaż skorzystać z pięknego, słonecznego dnia - idealnego na piknik w specjalnie przygotowanym do tego miejscu, wewnątrz parku. Było bardzo przyjemnie, a widoki i napotkane zwierzęta wcale nas nie rozczarowały (slideshow):

Odwiedziliśmy jeszcze pobliskie Sun City, zwane "miastem-zabawą". Jest to wielki resort z pałacem, kasynami, sklepami, restauracjami, basenami. Nam jakoś nie szczególnie przypadł do gustu, może dlatego, że pojechaliśmy tam dosyć późną porą i nie zobaczyliśmy głównej atrakcji - pałacu. A może nie bez powodu niektórzy nazywają to miejsce największym kiczem świata? Mimo wszystko, myślę, że o innej porze dnia nasze odczucia byłyby pozytywne, bo miejsce wydawało się bardzo ciekawie zagospodarowane, z wieloma atrakcjami.

PRZYSTANEK NR 2 - Park Krugera (Skukuza)

Zatrzymaliśmy się w obozie Skukuza - największym w Parku Krugera. Domki były bardzo standardowe, z całym wyposażeniem kuchennym oraz tarasem z grillem. Skukuza to małe miasteczko, znaleźć tam można restaurację z tarasem serwującą przepyszne dania w rozmiarach XXL, sklep ze wszystkim, co dusza zapragnie (łącznie z przepięknymi ręcznie robionymi pamiątkami), stację benzynową, itp. Każdy obóz w Krugerze organizuje wycieczki safari, na które można pojechać o różnych porach dnia i nocy. Na kilku takich byliśmy (jeździliśmy na zmianę, ponieważ dzieci w wieku Bruna nie mogą brać udziału w safari) i byliśmy bardzo zadowoleni. Poza tym, po parku można jeździć wyznaczonymi trasami własnym samochodem, więc korzystaliśmy również z tej możliwości. 

Najpierw slideshow z samego obozu:

Każdy turysta przyjeżdżający do Parku Krugera obiera sobie za cel "wytropienie" Wielkiej Piątki spośród zwierząt, do której zalicza się: słoń, bawół, lew, nosorożec oraz lampart. Cztery pierwsze dosyć łatwo jest spotkać przy regularnych, codziennych wycieczkach w głąb parku. Z lampartem jest już niestety trudniej... Pewnie dlatego, że żyją one samotnie i przemieszczają się bardzo szybko - w końcu są kotami. Nie spędzają jednak całych dni, wylegując się w jednym miejscu, jak to zwykły robić lwy. Nie mogliśmy więc uwierzyć, jakie spotkało nas szczęście, gdy przy jednym z ukrytych między krzakami jeziorek dojrzałam cętkowaną sierść! Byliśmy jedynymi widzami 5-minutowego przedstawienia! (najczęściej, jak już ktoś dojrzy zwierzę, zatrzymuje się przy nim kilka aut i ciężko o dobry widok). Lampart odbył krótki spacer wzdłuż brzegu jeziora, zatrzymując się na chwilę aby ugasić pragnienie. Chłonęliśmy ten widok z entuzjazmem! Za chwilę kocur czmychnął w busz. Byliśmy w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze... Innego dnia udało nam się zobaczyć lamparta leżącego na skale. Cieszyliśmy się jego widokiem również zaledwie kilka minut.

Poniżej ujęcia z parku (slideshow). Zaznaczam, że mój obiektyw nie ma zoom'u, więc wszystkie fotki robione są z takiej odległości, jaka faktycznie dzieliła nas od zwierząt:

Ta piękna, majestatyczna antylopa, z zakręconymi rogami to samiec Kudu - symbol Parku Krugera. 

PRZYSTANEK NR 3 - Sabie i okolice.

Zatrzymaliśmy się w miejscu o nazwie Lone Creek River Lodge. Ośrodek zajmuje tereny po obu stronach ulicy. Miejsce jest niezwykle urokliwe ze swoimi fontannami i wiktoriańskim wystrojem. 

Po jednej stronie ulicy znajduje się recepcja i domki nad rzeką (slideshow):

Po drugiej stronie stronie ulicy znajdowały się drewniane dwupiętrowe domki. Ulokowaliśmy się w jednym z takich domków (slideshow): 

A tak spędzaliśmy czas - krajobrazy zapierały dech w piersiach (slideshow):

Dorzucam jeszcze slideshow z fotkami miasteczek i miejscowej ludności:

PRZYSTANEK NR 4 - Królestwo Suazi

Pewnie niewielu z Was wie, że RPA graniczy z najmniejszym na południowej półkuli królestwem, które nazywa się Suazi (Kingdom of Swaziland). Choć bardzo podobne w swoich krajobrazach do Południowej Afryki, nie jest tak niebezpieczne - jego mieszkańcy uchodzą za jednych z najspokojniejszych na południowej półkuli. Nazwa kraju pochodzi od plemienia Suazi z grupy Bantu, które zamieszkuje te tereny. Stolica państwa, Mbabane, jest drugim co wielkości miastem Suazi. Z ciekawostek: obecnie Suazi jest ostatnią monarchią absolutną w Afryce i słynie z wielożeństwa. Monarcha Mswati III wydaje około 44 miliony dolarów pochodzących z budżetu kraju na domy jego 24 dzieci i na 15 żon w pałacach. 

Na obrzeżach Mbabane Tomek znalazł niesamowity ośrodek - Silverstone Lodge, gdzie taras każdego domku wychodził na malowniczy wodospad (slideshow):

Oczywiście jedną z głównych atrakcji Suazi jest miejscowy folklor i cała spuścizna plemienna. Udaliśmy się więc do Wioski Kultury Suazi na występ artystyczny miejscowej grupy. Poniżej slideshow: 

Tak zakończyliśmy naszą pełną wrażeń dwutygodniową wycieczkę :) Pozostały wspomnienia, zdjęcia i... video zmontowane przez Tomka: