Zanzibar - wyspa przypraw korzennych

Sierpień/Wrzesień 2015

Zanzibar przyciąga coraz więcej turystów. Kusi pięknymi plażami, aktywnym wypoczynkiem (kitesurfing, nurkowanie, windsurfing) oraz widocznymi pozostałościami historii. 

W połowie XIX wieku wyspa stała się największym producentem goździków, a także znaczącym innych przypraw. Stąd pochodzi zasłużone miano wyspy przypraw korzennych.

Zanzibar stał się integralną częścią Tanzanii, łącząc się z niepodległą od 1964 roku Tanganiką, uwalniając się tym samym od wpływów brytyjskich.

Bardzo często turyści, odwiedzając Tanzanię, łączą dwie jej główne atrakcje - safari w Parku Serengeti oraz wypoczynek na plażach Zanzibaru. Nas wcześniej zadowolił Park Krugera w RPA i potrzebowaliśmy głównie relaksu przy szumie oceanu. 

Wyspa przypraw korzennych jest miejscem ciągle dziewiczym. Nie ma tutaj szeroko rozbudowanej turystyki, bogatych resortów. Są niezatłoczone plaże, charakterystyczna architektura, dzika roślinność i… wszędzie widoczna bieda. Niestety, Zanzibar to jedno z miejsc, gdzie w oczy od razu rzuca się ubóstwo. Widać to szczególnie w Stone Town. Bezdomni, dzieci odurzone substancjami niewiadomego pochodzenia, tony śmieci na ulicach, smród ze ścieków spływających wzdłuż ulicy. Szczerze mówiąc, to przypomniały mi się północne Indie i początkowo nie uśmiechało mi się spacerować z maluchem w takim otoczeniu. Człowiek jednak szybko się przestawia i to, co na początku wydaje się odrzucające, nagle staje się jedynie folklorem.

99% ludności zamieszkującej Zanzibar to muzułmanie. Różnica z Arabią Saudyjską jest jednak duża - na ulicach w większości można ujrzeć kobiety (tak, tak, tutaj ludzie spacerują!), a ich stroje to w przeważającej ilości różnobarwne, afrykańskie "kanga". Bardzo mało jest tych, ubranych na czarno i noszących nikab (czyli zasłonę na twarz). Afryka nie dała się zwariować ;)

Zanzibarki (slideshow):

Po Zanzibarze najbezpieczniej i najwygodniej poruszać się taksówkami. Cenę ustala się z góry (główna dewiza każdej podróży!). Nam trafili się kierowcy bezproblemowi, przystający na nasze ceny. Poza tym auto nie było nam zbytnio potrzebne, bo odwiedziliśmy jedynie Stone Town oraz dwie plaże - Bwejuu oraz Matemwe. Tym razem nastawiliśmy się na odpoczynek.

 

Przystanek nr 1 - Stone Town

"Kamienne miasto" to główne miasto wyspy Zanzibar. Uwagę natychmiast przyciąga architektura - fuzja wpływów arabskich, hinduskich, europejskich oraz afrykańskich. Arabskie budynki mieszkalne są najczęściej kwadratowe, dwu lub trzypiętrowe. Pokoje biegną naokoło budynku, pozostawiając wewnątrz wolną przestrzeń na mały dziedziniec oraz werandy, pozwalając tym samym na cyrkulację powietrza. Hinduskie kamienice mają podobną ilość pięter, ale parter zajmuje najczęściej sklep. Fasada charakteryzuje się ornamentyką oraz balkonami. Elementem łączącym oba style jest kamienna ławka, tzw. baraza, wychodząca na ulicę i stanowiąca punkt spotkań i plotek “kamiennych" ludzi.  

Poniżej architektoniczna mieszanka Stone Town (slideshow):

Najbardziej charakterystycznym elementem architektury Stone Town są jednak rzeźbione, drewniane, masywne… drzwi. Obecnie pozostało ich około 250 - wiele z nich jest starszych niż domy, w których są osadzone. Drzwi wejściowe, najważniejsza część każdego domu, były symbolem statusu oraz dobrobytu. Wiele starszych drzwi zdobi wyrzeźbiony tekst Koranu, inne ozdobione są znaczącymi motywami, jak na przykład: ryba (życzenie posiadania wielu dzieci) lub drzewo daktylowe (mające przynieść dobrobyt). Niektóre drzwi wyposażone są w mosiężne kolce, tradycyjne zdobienie hinduskie, które dawniej miało chronić drzwi przed ewentualnym staranowaniem ich przez słonie.  

Poniżej kilka przykładów takich drzwi (slideshow):

Dwie noce spędziliśmy w polecanym przez Trip Advisor Warere House. Nie był to zbyt wyszukany hotelik - raczej standardowy, ale dobrze zarządzany, z przepyszną kuchnią. Pokoik dosyć mały, z typowym zanzibarskim łóżkiem (drewniany, często z rzeźbionymi dekoracjami stelaż, rozmiaru królewskiego, z grubym materacem, z umocowaną naokoło moskitierą). Posiłki serwowane były na ulokowanym na dachu tarasie. Z hotelu blisko było do portu oraz Ogrodów Forodhani (jak dla mnie jest to raczej park), który jest punktem zbornym turystów. Każdego wieczoru, od około 17:00 skwer przeradza się w restaurację na świeżym powietrzu. Lokalni kucharze ustawiają swoje stanowiska i przygotowują przysmaki, z których najsłynniejsze są “mishkaki”, czyli coś w rodzaju szaszłyka. Turyści zajadają się smakołykami obserwując krążące po porcie statki i oczekując na zachód słońca.

Wystrój Warere House (slideshow):

Port oraz Forodhani (slideshow): 

Dwa dni przechadzaliśmy się po ulicach i uliczkach Stone Town, podziwiając architekturę oraz leniwie toczące się życie Zanzibarczyków. Duże wrażenie zrobił na nas miejscowy market, gdzie kupić można było wszystko, począwszy od zapałek, na słuchawkach Beats skończywszy (oczywiście oryginalność wyrobów pozostawia wiele do życzenia ;)) Udało nam się przecisnąć wzdłuż, choć był to niezły wyczyn, zważając na fakt, że mieliśmy wózek. Przyszliśmy jednak w konkretnym celu i misja została zakończona pomyślnie - wracaliśmy z sześćdziesięcioma sztukami… pieluch (naprawdę dobrej jakości!).

Kolorowy market Stone Town (slideshow):

Miasteczko przygotowane jest na turystów - różnego rodzaju restauracje, kawiarnie, puby przyciągają przyjezdnych, a stragany i sklepiki - najczęściej ulokowane w wąskich aczkolwiek przyjemnych uliczkach - kuszą miejscowymi wyrobami oraz pamiątkami. Do wyboru, do koloru! (slideshow):

Na ochłodę najlepszy jest sok z wyciskanej trzciny cukrowej, z dodatkiem imbiru i limonki (slideshow):

Stone Town to również punkt wypadowy do pobliskich turystycznych atrakcji. W miejscach najbardziej uczęszczanych przez turystów spotkać można “przewodników” proponujących wycieczki po mieście oraz po okolicach. W wachlarzu propozycji są: tzw. “spice tour”, czyli zwiedzanie plantacji roślin, z których powstają przyprawy korzenne, kurs łodzią na “więzienną wyspę” czy do “parku koralowców” na wyspę Chumbe, gdzie podziwiać można płytką i unikatową rafę koralową. W kilku miejscach wyspy na wybrzeżu można zwiedzać wielkie naturalne groty, które wykorzystywano do ukrywania schwytanych niewolników przed ich dalszą podróżą. W samym miasteczku głównymi atrakcjami są: dawny pałac sułtana, zwany House of Wonders, czyli “dom cudów”, pozostałości pałacu Maruhubi sułtana Barghasha wraz z haremem dla jego dziewięćdziesięciu dziewięciu żon, muzeum historyczne oraz plac niewolników. 

Dobra rada dla podróżujących - dwa pełne dni w Stone Town w zupełności wystarczą. Resztę czasu polecam na wykorzystanie na chill out na plażach, bo jest w czym wybierać!

 

Przystanek nr 2 - Plaża Bwejuu (Makuti Beach Hotel)

Plaża Bwejuu to oaza dla pragnących odetchnąć od zgiełku i codziennych obowiązków. To idealne miejsce na urlop… Bwejuu równa się: cisza, spokój, lenistwo, relaks i wszelkiego rodzaju synonimy, które taki wypoczynek charakteryzują. Jest to alternatywa dla pobliskiej plaży Paje, która słynie z imprez i “studenckiego” sposobu wypoczywania. Wzdłuż tej części wybrzeża najbardziej charakterystycznym widokiem są kitesurf’erzy. Częste wiatry pozwalają na uprawianie kiteserfing’u, więc w wietrzny dzień na niebie podziwiać można dziesiątki półokrągłych czasz (slideshow): 

Równie częstym obrazkiem na Bwejuu (i nie tylko, bo zjawisko to występuje na całym wschodnim wybrzeżu) są miejscowe kobiety, które przychodzą na brzeg oceanu przy każdym odpływie (a te są tutaj codziennie i ocean potrafi cofnąć się o zadziwiające odległości) i zbierają… algi. To “zielone złoto” Zanzibaru uprawiane jest na specjalnie przygotowanych polach, które przy przypływie przykrywane są wodami oceanu. Podczas odpływu oczom ukazują się zrobione z patyków oraz sznurków grządki, które z przywiązanymi do nich wodorostami tworzą niezwykłe plantacje. “Zbieraczki” przemierzają odsłonięte po odpływie tereny, napełniając chusty lub foliowe torby “magicznym zielskiem”, naprawiając zniszczone przez prądy oceanu grządki oraz wkładając nowe sadzonki. Niezwykle pracochłonna i wymagająca uprawa. Jak wiemy wszyscy, algi morskie mają szerokie zastosowanie. Są wykorzystywane między innymi w przemyśle spożywczym, farmaceutycznym i w kosmetyce. Z uwagi na duże wartości odżywcze, w niektórych regionach świata glony te używane są jako składnik codziennej diety lub jako pasza dla zwierząt. Poza tym stanowią bogate źródło minerałów, takich jak cynk, fluor, fosfor czy magnez, które są niezwykle potrzebne do właściwego funkcjonowania organizmu. 

Algi z Zanzibaru trafiają więc do Europy i do Azji. Mimo tego, że plantacje alg prowadzone są na wyspie dopiero od 1989 roku, to hodowla ta stała się jednym z podstawowych gałęzi utrzymania wielu rodzin na wyspie. Miesięczny zarobek kobiety uprawiającej algi to około 8$. Dla porównania, słoik dobrego kremu z dodatkiem alg będzie kosztował około 70$.

A tak to wygląda (slideshow):

Zatrzymaliśmy się na kilka dni w hotelu Makuti, który do dyspozycji ma bangalow’y położone na samej plaży - drobnym jak mąka, prawie białym piasku. Nasz bangalow miał widok na błękitny ocean, więc codziennie do snu usypiał nas szum fal. Do dyspozycji hotel ma również basen ze świetnie zagospodarowanym terenem. Muszę też wspomnieć o jedzeniu, które w Makuti było przepyszne! Domowa kuchnia na najwyższym poziomie! Nie chciało nam się nawet ruszać tyłków, żeby wybrać się do innego miejsca na posiłek. Celem było spróbowanie wszystkiego z menu Makuti.

Makuti i plaża Bwejuu (slideshow):

Panowie z ostatniego zdjęcia to sprzedawcy ręcznie wykonanych afrykańskich pamiątek. Przechadzają się każdego dnia po plażach ze swoim wesołym "jumbo!" ("cześć!") lub "hakuna matata!" ("nie ma problemu!").

Bardzo często hotele organizują wycieczki w okoliczne atrakcje tej części wybrzeża. My wybraliśmy wypad do Parku Narodowego Jozani, gdzie mogliśmy poobserwować występujący jedynie na Zanzibarze gatunek małp - Red Colobus oraz przespacerować się po lesie namorzynowym. Przyjemnie :)

 

Przystanek nr 3 - Plaża Matemwe (Zanzibar House)

No tutaj to my się odprężyliśmy na maksa! Atmosfera w Zanzibar House, w którym się zatrzymaliśmy, jest wakacyjno-domowa. Tworzą ją właściciele, a właściwie właściciel - Włoch Maximiliano. Choć w podeszłym wieku, bije od niego niezwykła energia i urok osobisty. Dom, który małżeństwo prowadzi ma jedynie 7 pokoi, więc idealnie zgrywa się z definicją “boutique hotel” (hotel butikowy), czyli mały hotelik, dla osób ceniących kameralność, spokój i intymność oraz urok miejscowego design’u. Piękny! A dlaczego taki mały hotelik? Podczas jednego z wieczorów Maximiliano - pykając leniwie cygaro - opowiedział nam swoją niezwykle barwną i ciekawą historię życia, która doprowadziła go na Zanzibar…

Ten urokliwy kawałek ziemi znajduje się nad samym oceanem, przy plaży. W trakcie odpływu plaża jest szeroka i nawet można spacerować po niej z wózkiem. Trzeba jednak pamiętać o przypływach, bo jeśli już występują (dwa na dobę), to plaża znika całkowicie, a ocean podchodzi pod same mury resortów. Wtedy goście relaksować się mogą przy hotelowym basenie, w pokoju gier lub posmakować włosko-zanzibarskiej kuchni, której smakoszem jest Maxi. Każdy z niecierpliwością wyczekiwał na kolację, bo menu składało się z czterech części a jego składowe były codziennie skrzętnie przygotowywane przez gospodarza i miejscowego kucharza. Były owoce morza, ryby na różne sposoby, pysznie przygotowane mięso, wszystko w połączeniu z typowymi włoskimi dodatkami (makarony, risotto, itp.) oraz zanzibarskimi warzywami i owocami, z których najsłynniejsze to marakuja, kokos, papaja i gujawa. Palce lizać!

Zanzibar House (slideshow):

Mimo że miejsce na pierwszy rzut oka jest idealnym wyborem dla par (szczególnie tych, które wybrały Zanzibar House na swój miodowy miesiąc), Bruno znalazł tam dla siebie wystarczająco dużo rozrywek: wyścigi po plaży, obserwowanie krabów, gra w piłkę, kąpiele w basenie i oceanie, zbieranie muszelek (a właściwie wygrzebywanie ich z wodorostów), kopanie w piasku, a nade wszystko zabawa ze szczególnymi mieszkańcami Zanzibar House - dwoma kocurami (które, ku naszemu zdziwieniu, przypominały nasze). W ruch leciały piłki, muszelki, kamyki, patyki… 

W Zanzibar House również skorzystaliśmy z jednodniowej wycieczki - tym razem kurs łódką na wyspę Mnemba. Na samą wyspę jednak nie weszliśmy, ponieważ jest ona własnością ekskluzywnego resortu - Mnemba Island Lodge i wstęp na nią mają jedynie jego goście. A nocleg kosztuje około 2 tys.$, ekhm… Gośćmi są przede wszystkim bogaci i sławni i nie rzadko się zdarza, że wynajmują oni całą wyspę dla siebie. 

Nam - małym żuczkom - można natomiast korzystać z uroków otaczających wyspę raf koralowych. Z wielką przyjemnością wskoczyliśmy do wody, żeby ponurkować. Tym razem jedynie z maską. Nie było jednak czego żałować, bo ilość żyjątek i ich gatunków przy samej powierzchni wody wystarcza na sam snorkeling. Cisza, kolory i towarzystwo ryb dostarczają niesamowitych wrażeń i relaksu. Miejsce jest na tyle ciekawe, że podczas odpływu kawałek od głównej wyspy tworzy się plaża i przez kilka godzin można korzystać z jej uroków - stamtąd nikt nie ma prawa wygonić turystów. Kolory i przejrzystość wody mówią same za siebie (slideshow):

W drodze na lotnisko udało nam się jeszcze zahaczyć o plantację roślin i zrobić zapasy z przypraw. Dziwnym zbiegiem okoliczności akurat tego dnia padało…

Wracaliśmy wypoczęci, zrelaksowani i uśmiechnięci :) 

Na koniec dwa pełne wrażeń tygodnie ujęte w dwuminutowe video: