Oman/Zjednoczone Emiraty Arabskie - czystość i otwartość

Grudzień 2016

Oman to państwo, które zawsze kojarzyło mi się z grą "państwa/miasta", bo było to jedyne państwo, które wpisywałam, gdy wybór padał na literę "O". Nie wiedziałam nawet, gdzie Oman leży, tym bardziej nie podejrzewałam, że ten tajemniczy kraj kiedykolwiek odwiedzę. Tymczasem, dla przebywających w Arabii Saudyjskiej, Oman to "must see", czyli obowiązkowy punkt na liście krajów do zaliczenia. 

Zjednoczone Emiraty Arabskie - wiadomo, kto nie chciałby obecnie zobaczyć Dubaju (nawet, jeśli się do tego nie przyzna) i tych wszystkich wspaniałości, z których metropolia słynie. Osobiście bardzo się cieszę, że odwiedziliśmy Dubaj, ponieważ mogliśmy go porównać z Arabią Saudyjską. Podsumuję krótko - bez porównania...

Stwierdziliśmy, że łączona wycieczka to bardzo dobry pomysł, bo kraje graniczą ze sobą, a 10 dni wystarczy na najważniejsze atrakcje. Dodatkowo mieliśmy ze sobą niezastąpioną pomoc w osobie mojej mamy. Wypoczynek był o wiele przyjemniejszy, wedle zasady - im więcej rąk do pomocy przy małych dzieciach, tym lepiej. Zwłaszcza, że nasz młodszy akurat zaczął samodzielnie chodzić. Zastanawiam się więc czy w ogóle mogę tu mówić o odpoczynku ;)

Oba kraje zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Oba są czyste (nie jest to takie oczywiste w krajach arabskich), zadbane, harmonijne (chodzi głównie o architekturę i infrastrukturę). Pewnie przy dłuższym pobycie zauważa się też drugą ich stronę, ale w porównaniu z Arabią czy Jordanią, czystość rzuca się od razu w oczy. I wreszcie oba kraje są otwarte - zarówno na turystów, jak i na inne kultury. Przykrywać głowę i ramiona trzeba jedynie w meczetach, reszta kraju - szczególnie w ZEA - to wolność w ubiorze i wyglądzie. Zakryta kobieca twarz zdarza się tam tak rzadko, jak na przykład w Rijadzie twarz odkryta. Jeśli więc ktokolwiek obawia się jechać do Dubaju, bo uważa, że jest to kraj konserwatywny, nic z tych rzeczy! Ja bym prędzej nazwała Dubaj mini-Ameryką, bo wszystko w nim jest wielkie, w rozmiarze XXL (zupełnie jak w Stanach), a spotkać tam można narodowości i języki z całego świata. 

Przedstawiam więc miejsca, które zwiedziliśmy:

OMAN

1. Maskat

Wielkie WOW! Muszę przyznać, że przejechałam przez Maskat z opadniętą szczęką, bo nie spodziewałam się takich widoków. Piękna architektura w połączeniu z majaczącymi w tle górami zachwyca malowniczym krajobrazem. Poniżej slideshow:

Do tego przepiękny resort Shangri-La Barr Al Jissah Resort & SPA. Zdecydowanie najpiękniejszy, w jakim byliśmy do tej pory. Kompleks ten położony jest w Zatoce Omańskiej i prowadzi do niego prywatny tunel wykuty w górach Al-Hadżar. Pokoje urządzone są w arabskim stylu i dysponują tarasem, balkonem lub patio. Nasze tarasy wychodziły na Morze Arabskie:

Na pierwszym planie "leniwa rzeka" resortu, w oddali Morze Arabskie. 

Na pierwszym planie "leniwa rzeka" resortu, w oddali Morze Arabskie. 

Shangri-La oferuje atrakcje zarówno dla dorosłych, jak i dzieci. Na jego terenie znajdują się 3 hotele, z których każdy przeznaczony jest dla innych gości: Al Hussn - dla par (często są to nowożeńcy), Al Bandar - dla rodzin z dziećmi powyżej 12 lat oraz Al Waha - dla rodzin z dziećmi poniżej 12 lat. My oczywiście mieliśmy pokoje w Al Waha. Dla dzieciaków jest to raj! Przez teren ośrodka przepływa sztuczna rzeczka o długości 500 metrów od hotelu Al Waha do hotelu Al Bandar. W rzece pływać można na wielkich dmuchanych kołach - ubaw na całego! Nie było dnia, żebyśmy nie skorzystali z kąpieli. Poza tym atrakcje dla dzieci zapewniają kluby Cool Zone (pokój zabaw, w którym animatorki zapewniają gry i zabawy) oraz Adventure Zone (plac zabaw pod dachem). Na prywatnej plaży można wypocząć, uprawiać sporty wodne, skorzystać z przejażdżki wielbłądem lub koniem. Nurkując jedynie z maską w okolicach samego brzegu zobaczyć można kolorową faunę Morza Arabskiego: wielobarwne ryby, żółwie, kraby...

Na terenie ośrodka znajduje się aż osiem restauracji, które serwują dania kuchni międzynarodowej. Codziennie rano na miejscu podawane jest przepyszne śniadanie w formie bufetu. Przez trzy dni objadaliśmy się jak bąki! Prawdę mówiąc, atrakcji w Shangri-La jest tyle, że nie trzeba w ogóle z niego wyjeżdżać (opcja dla leniwych ;)).

Wiem, że mój opis czyta się jak reklamę obiektu, ale bez jaj, miejsce jest magiczne - nocą i dniem. Jest idealnie zagospodarowane i wkomponowane w naturę. Poniżej dowód:

Wnętrze hotelu Al Waha (slideshow):

Restauracja w hotelu Al Waha (slideshow):

Plaża, baseny, "leniwa rzeka" i inne atrakcje... (slideshow):

Tutaj resort nocą (slideshow):

Sami przyznacie, że miejsce jest piękne. Pierwszego dnia, czas nam tak zleciał, że nawet się nie ruszyliśmy za bramy resortu. Następnego dnia w głównym holu hotelu czekała na nas taka niespodzianka:

Dzieciaki nie mogły się napatrzeć na ogromną choinkę.

Dzieciaki nie mogły się napatrzeć na ogromną choinkę.

Takie figurki witały na wejściu gości hotelowych.

Takie figurki witały na wejściu gości hotelowych.

Dekoracje były prześliczne (slideshow):

No tak, w końcu zbliżały się święta...

Wybraliśmy się do największego i najsłynniejszego w Maskacie Wielkiego Meczetu Sułtana Kabusa (Sultan Qaboos Grand Mosque). Możliwość zobaczenia od wewnątrz tak dużego meczetu cieszyła nas tym bardziej, bo zarówno ten w Mekce jak i w Medynie nie jest dostępny dla wyznawców innych religii niż islam.

Meczet w Maskacie to największa w Omanie i trzecia co do wielkości budowla tego typu na świecie. Główna sala modlitewna zadziwia przepychem. Znajduje się w niej perski dywan tkany przez 600 kobiet na przestrzeni czterech lat, a główny żyrandol o średnicy ośmiu metrów zdobiony jest kryształami Swarovskiego. Mury meczetu pokrywają roślinne wzory, figury geometryczne i wersety z Koranu. Dla zwiedzających miejsce otwarte jest jedynie w godzinach porannych (od 8 do 11), oczywiście kobiety muszą mieć zakryte włosy i luźne ubranie, a mężczyźni długie spodnie i zakryte ramiona (ta zasada obowiązuje we wszystkich meczetach). Poniżej slideshow (zdjęcia o zmierzchu udało mi się zrobić z auta, w dzień przylotu do Maskatu):

Widoczni w tle mężczyzna i chłopiec ubrani są w tradycyjny strój omański: biała szata - galabija oraz okrągła haftowana czapeczka - kumma. 

Widoczni w tle mężczyzna i chłopiec ubrani są w tradycyjny strój omański: biała szata - galabija oraz okrągła haftowana czapeczka - kumma. 

DSC_7820.JPG

Tego samego dnia pojechaliśmy jeszcze na słynną promenadę w Maskacie (Corniche), która ciągnie się wzdłuż wybrzeża i zdecydowanie pobija promenadę w Dżuddzie. Widoki były przepiękne (slideshow):

Na targu Mutrah (Mutrah suq) przy promenadzie warto rozejrzeć się za pamiątkami. My kupiliśmy kadzidło, czyli frankincense (w dosłownym tłumaczeniu "prawdziwe kadzidło") - obowiązkowa pamiątka z Omanu. Jest to nic innego jak żywica uzyskiwana z drzew zwanych kadzidłowcami. Jest to to samo kadzidło, które palą w świątyniach duchowni na całym świecie. Olejek frankincense ma bogate właściwości lecznicze (ale musi to być ten prawdziwy, pochodzący z południowych terenów Omanu, gdzie klimat jest bardzo wymagający). Polecam bardzo ciekawy artykuł na ten temat: 

http://www.pyszne-zycie.pl/frankincense-prawdziwe-kadzidlo

Do kadzidła dorzuciliśmy oczywiście magnes na lodówkę. Gdyby nie fakt, że mieszkamy w Arabii Saudyjskiej, pewnie kupilibyśmy więcej pamiątek, ale na co dzień mamy do czynienia z kulturą arabską, więc większość rzeczy możemy kupić na suq'u w Dżuddzie. 

Poniżej zdjęcia z Mutrah i przylegających do niego uliczek (slideshow):

Na plakacie wizerunek obecnej glowy Omanu - Sułtan Kabus ibn Sa'id.

Na plakacie wizerunek obecnej glowy Omanu - Sułtan Kabus ibn Sa'id.

Tuż przed powrotem do resortu Tomek skoczył po miejscowe przysmaki:

Małe co nieco na lunch.

Małe co nieco na lunch.

2. Bimmah Sinkhole

Kolejnego dnia wybraliśmy się w totalnie odlotowe miejsce, zwane Bimmah Sinkhole, które znajduje się w parku Hawiyat Najm, dwie godziny jazdy samochodem od Shangri-La. Bardzo malownicza trasa otoczona górami (slideshow):

Bimmah to niezwykła forma geologiczna - potężne zagłębienie, w którym wytworzył się naturalny, owalny basen. Ma on podziemny odpływ, a zasilany jest wodą morską. Idealnie klarowna błękitno-zielona woda skłania do kąpieli w upalne dni. Miejsce jest świetnie zagospodarowane i... darmowe! (nie do pomyślenia na przykład w Jordanii, gdzie każdą najmniejszą atrakcję wykorzystuje się, żeby wyciągnąć kasę od turysty).

Pierwszy w basenie nogi zamoczył Bruno (oczywiście!). Jakież było nasze zdziwienie, gdy po chwili zaczął wołać: "Oj, oj, that tickles!" ("To łaskocze!"). Okazało się, że basen zamieszkują rybki garra rufa (ang. doctor fish, czyli "ryba doktor"), które usuwają martwy naskórek - te same, które stosuje się w niektórych salonach SPA, głównie w Azji. My spotkaliśmy się z nimi w Kambodży. Cóż, mieliśmy darmowy peeling :)

Jakże przyjemnie było zanurzyć się w tej krystalicznej wodzie. Mieliśmy to szczęście, że w tym samym czasie zjawiła się para turystów w towarzystwie Omańczyka. Gdyby nie oni, ominęłaby nas niezła atrakcja. Okazało się, że po drugiej stronie od brzegu wisi lina, po której można wspiąć się na półkę skalną i... skoczyć do basenu, z całkiem sporej wysokości. Mnie nie trzeba było długo namawiać. Super zabawa!

Bimmah Sinkhole (slideshow): 

3. Nizwa

Dwie kolejne noce spędziliśmy w miejscowowści Nizwa, położonej w górach, z której dojechać można na szczyt Jabal Shams (3000 m.n.p.m.) oraz zwiedzić miejscowy fort (Nizwa Fort). Zatrzymaliśmy się w hotelu Golden Tulip - nie oferował on już takich atrakcji, jak poprzedni, ale był całkiem przyjemny (slideshow):

Nizwa to miasteczko, które przez dziesiątki lat było ważnym ośrodkiem wyrobów ze srebra. Fort znajduje się przy Targu Zachodnim (As Suq Al Garb, West Suq), gdzie nabyć można wyroby włókiennicze, elegancką biżuterię, omańskie skrzynie, wyroby garncarskie. Handżary (tradycyjne sztylety omańskie) i większość biżuterii robiona jest na miejscu, w Nizwie. Sam fort jest bardzo ładnie odrestaurowany i jest dużą atrakcją, szczególnie dla dzieci. Bruno miał frajdę biegając w jego labiryntach i wspinając się po wąskich schodkach. Poniżej slideshow z fortu i okolic:

4. Jabal Shams (Góra Dżabal Szams)

Jest to najwyższy szczyt pasma Al-Hadżar. Jego wysokość wynosi 3075 m.n.p.m., ale samochodem dojechać można aż na płaskowyż sięgający 3009 m.n.p.m. Trasa jest stroma i długa - momentami miałam wrażenie, że samochód nie dawał rady na stromych podjazdach. Widoki piękne. Dla dzieci największą atrakcją były pasące się po drodze kozy, które spotkaliśmy podczas piknikowego postoju. Bez wątpienia osobniki te przyzwyczajone są do dokarmiania przez zatrzymujących się turystów, bo od razu wiedziały, za co się zabrać. Poniżej slideshow z naszej wyprawy w góry:

ZJEDNOCZONE EMIRATY ARABSKIE

5. Dubaj

W Dubaju bez wątpienia rządzi mania wielkości. Hotele mają być najbardziej luksusowe, wieżowce jak najwyższe, jak turnieje sportowe, to tylko z udziałem gwiazd światowego formatu. Nie ma tutaj rzeczy niemożliwych, wszystko da się zrobić. Przy tym wszystkim wydaje się, że jest to miasto bez duszy. Warto jednak spojrzeć na Dubaj pod innym kątem - to z pewnością miasto kosmopolityczne, które jednak zachowało swój oryginalny, orientalny charakter. Nawoływania do modlitwy usłyszeć można, podobnie jak w Arabii, pięć razy dziennie (z tym wyjątkiem, że sklepy nie są zamykane), a meczety spotyka się na każdym kroku. Islam stale nadaje rytm miejscowemu życiu...

Tak się jeździ w Dubaju.

Tak się jeździ w Dubaju.

Z Maskatu do Dubaju przylecieliśmy samolotem - szybko i przyjemnie. Tym razem zatrzymaliśmy się w mieszkaniu wynajętym przez portal AirB&B - Rezydencje Shoreline, przy samym początku słynnego sztucznego archipelagu wysp, ukształtowanych w palmę - Palm Jumeirah (Palma Dżamira). Mieszkanie miało taras wychodzący na uroczą zatokę, a w oddali majaczył charakterystyczny żagiel, czyli siedmiogwiazdkowy hotel Burj Al-Arab (Burdż Al-Arab).

Widok z naszego tarasu o różnych porach dnia i nocy (slideshow):

Mieszkańcy apartamentowca mają wstęp na prywatny basen, plażę, plac zabaw, a od deptaka z restauracjami dzieli ich kilka kroków. Slideshow z naszych spacerów:

Kolejnego dnia wybraliśmy się do portu Marina (Dubai Marina). Jest to dystrykt w części Al Marsa, ze sztucznym kanałem i przystanią dla jachtów. Wzdłuż kanału ciągną się szerokie promenady, przy których znaleźć można najróżniejsze sklepy i restauracje, otoczone przez efektowne wieżowce. Deptak jest idealny do spacerów, jazdy rowerem, biegów. Nie zapomniano tu również o dzieciach, dla których po obu stronach zatoki znajdują się place zabaw. Miejsce na pewno warte zobaczenia, idealne na spacer, zwłaszcza w przyjemny, grudniowy dzień (slideshow):

Po porannym spacerze, gdzie Hugo mógł uciąć sobie drzemkę, wybraliśmy się po kolejne wrażenia do największego na świecie centrum handlowego - Dubai Mall, które graniczy z Burj Khalifa (Burdż Chalifa, czyli Wieża Chalifa) - najwyższym wieżowcem świata. Mieliśmy zamiar od razu wjechać na dostępne piętro widokowe Burdż Chalifa, ale bilety były już na ten dzień wysprzedane. Zostawiliśmy więc sobie tę atrakcję na następny poranek (bilety kupiliśmy online). Zakupy, słynne akwarium oraz tańcząca fontanna przy centrum wypełniły nam całe popołudnie. 

Dubai Mall dostarczył nam również wrażeń świątecznych. Wystawy sklepowe były pięknie udekorowane i spokojnie dorównywały amerykańskim (kolejny dowód, że jest to mini-Ameryka). Nie mogłam przejść obok obojętnie - poniżej slideshow:

W centrum znajduje się ponad 1200 sklepów, w tym butiki najdroższych i najbardziej znanych projektantów mody światowej (również Galeria Lafayette). Ciekawostką jest wewnętrzny suq - różniący się od typowego arabskiego bazaru - ekskluzywny i urządzony na styl orientalny.

Suq w Dubai Mall.

Suq w Dubai Mall.

Słynny wodospad ze skoczkami (Human Waterfalls).

Słynny wodospad ze skoczkami (Human Waterfalls).

Marzenia się spełniają... ;P

Marzenia się spełniają... ;P

Jego też, hihi ;)

Jego też, hihi ;)

Wybraliśmy się oczywiście do potężnego akwarium (Dubai Aquarium and Underwater Zoo), mającego pojemność około dziesięciu milionów litrów wody. Pływają w nim różnorodne gatunki egzotycznych ryb. Dużą atrakcją jest tunel wodny, otaczający przejście dla zwiedzających, dodatkowo można przepłynąć się łódką z przeźroczystym dnem oraz nurkować z butlą wewnątrz akwarium (wszystko zależy od rodzaju biletu). Oprócz ryb można zobaczyć tam inne gatunki zwierząt, na przykład nocne zwierzęta pustynne, krokodyle, itp. Poniżej kilka ujęć z akwarium (slideshow): 

Tego dnia trafiliśmy jeszcze na dodatkową atrakcję dla dzieci. Na przeciwko głównego wejścia skonstruowano tymczasową Kids' Village (Wioska Dziecięca), gdzie dzieciaki mogły za darmo zaprojektować własną koszulkę, albo zasadzić własnego kwiatka w pomalowanej przez siebie doniczce. Były duże makiety do malowania (na przykład w kształcie wielbłąda) i wata cukrowa, którą Bruno próbował pierwszy raz w życiu (kiedyś trzeba!)

Kolorowo i kreatywnie.

Kolorowo i kreatywnie.

Malowany wielbłąd, zamiast malowanego lisa.

Malowany wielbłąd, zamiast malowanego lisa.

Po "pracy" czas na nagrodę.

Po "pracy" czas na nagrodę.

Wieczorem obejrzeliśmy show tańczącej fontanny (The Dubai Fountain) u podnóża Burdż Chalify i wykończeni wróciliśmy do mieszkania. 

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od absolutnego "must do" w Dubaju, czyli wjazdu na sto dwudzieste czwarte piętro Burj Khalifa (555 m.). Na sam czubek świata! Poniżej charakterystyczna sylwetka wieżowca oraz krajobraz z tarasu widokowego "At the top" (slideshow):

Wieżowiec mierzy 828 metrów i ma 163 piętra.

Wieżowiec mierzy 828 metrów i ma 163 piętra.

Popołudnie spędziliśmy na plaży przy wynajętym mieszkaniu, a wieczorem mama zgodziła się, żeby zostać z chłopakami w domu, my zaś udaliśmy się do etiopskiej restauracji na romantyczną kolację we dwoje. Nie często nam się ostatnio zdarza... <3

Kolacja na totalnym luzie - rodziców małych dzieci długo nie trzeba przekonywać ;)

Kolacja na totalnym luzie - rodziców małych dzieci długo nie trzeba przekonywać ;)

6. Abu Dhabi

Ostatni dzień postanowiliśmy spędzić w Abu Dhabi, a dokładniej zobaczyć Wielki Meczet Szejka Zayeda (Sheik Zayed Mosque). Zdecydowanie miejsce warte wycieczki z Dubaju. Meczet jest przepiękny! Śnieżnobiała fasada odbijająca promienie słoneczne powoduje, że wrażenie wizualne jest jedyne w swoim rodzaju. Jest to największy meczet w Emiratach i ósmy co do wielkości na świecie. Został on wybudowany na zlecenie pierwszego prezydenta kraju - Zayed bin Sultan Al Nahayan, który niestety nie doczekał jego ukończenia (zmarł w 2004 roku, a budowę skończono w 2007 roku).

Budowla może pomieścić cztery tysiące wiernych. Materiały, jakich użyto do budowy i zdobień to: marmur, złoto, kamienie półszlachetne, ceramika i szkło kryształowe. W głównej sali modlitewnej znajduje się trzeci co do wielkości żyrandol na świecie, zdobiony kryształami Swarovskiego, o średnicy dziesięciu metrów. Również tam znaleźć można największy na świecie ręcznie tkany dywan ważący 35 ton.

Sami zobaczcie (slideshow):

W Abu Dhabi dużą atrakcją jest również luksusowy hotel Pałac Emiratów (Emirates Palace) oraz tor Formuły 1 (Yas Marina Circuit). Oba widzieliśmy z odległości, bo Hugo nie miał tego dnia zbyt dobrego humoru. Wróciliśmy do Dubaju po zwiedzeniu meczetu i przejażdżce wzdłuż wybrzeża. Podczas wycieczki z dziećmi czasami trzeba z czegoś zrezygnować, tak już jest. Najważniejsze, że meczet zaliczony.

Drugą część dnia spędziliśmy na jednej z publicznych plaż Dubaju - JBR Beach. Dubaj ma ich kilka, z czego JBR jest jedną z ładniejszych. Znajduje się ona tuż przy promenadzie The Walk, na której gwarne kawiarnie i restauracje zachęcają do odpoczynku. Ten ostatni wieczór cieszyliśmy się więc swobodą i luzem na plaży publicznej (czego niestety brakuje w Dżuddzie). Oto plaża JBR (slideshow):

Oczywiście obowiązkową atrakcją podczas wizyty w krajach arabskich jest wycieczka na pustynię i często noc na niej. Cóż, nam tych wrażeń na razie nie trzeba, pustynię mamy na co dzień...

Standardowo na koniec krótkie video z naszej wycieczki:

Wietnam/Kambodża - różnorodność krajobrazu i smaków

Powrót do przeszłości - odcinek nr 1

Wrzesień 2010

Trzytygodniowa wycieczka do Wietnamu i Kambodży była naszą pierwszą większą wycieczką, również pierwszą do Azji. Wcześniej, jako studenci, podróżowaliśmy trochę po Europie (Hiszpania, Luksemburg, Francja, Włochy, Anglia, Niemcy) oraz uczestniczyliśmy w niezapomnianym programie studenckim - Work&Travel w USA (wschodnie wybrzeże i Chicago). Zafascynowani kuchnią azjatycką (na tyle, na ile mogliśmy ją poznać w Polsce oraz innych krajach) marzyliśmy o podróży w te regiony. Padło na Wietnam, gdyż jednym z dobrych kumpli Tomka na studiach był Wietnamczyk, który początkowo planował wyjazd z nami. Niestety, plan się nie powiódł, jako że jego rodzice zjechali akurat na ten czas do Polski (tata jest dyplomatą). No nic, trzeba było zaplanować wyjazd we dwójkę. Pomógł nam, jak zresztą w każdej późniejszej wycieczce, przewodnik Lonely Planet. 

Plan podróży wyglądał następująco: Wietnam: Hanoi, Sapa, Hoi An, Delta Mekongu => Kambodża:  Phnom Penh, Siem Reap, Angkor Wat oraz nadmorskie Sihanoukville => Wietnam: Ho Chi Min, Zatoka Ha Long. Hoteli (a raczej hosteli) nie rezerwowaliśmy żadnych, jako że w tej części świata to hotele znajdują turystów, a dokładniej, tzw. “naganiacze”, którzy na każdym przystanku, lotnisku, stacji wyczekują z wydrukowanymi w dłoni ofertami. Mieliśmy za to zarezerwowane pociągi oraz loty wewnątrz krajów, ponieważ ich obłożenie jest duże, a chcieliśmy mieć pewność, że trafimy do wybranych miast. Na miejscu rezerwowaliśmy jedynie autobusy. Zamawiając wycieczki (Mekong i Ha Long) i pociąg do Sapy, skorzystaliśmy z pomocy biura Vietnam Impressive (http://www.vietnamimpressive.com), z którego usług byliśmy bardzo zadowoleni. 

Wycieczka dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń, a dobre przygotowanie oszczędziło przykrych niespodzianek. Przeżywaliśmy ją tym bardziej, że mało brakowało, żebyśmy w ogóle nie wsiedli do samolotu w Warszawie! Samolot z Wrocławia, który miał nas dowieźć do Warszawy był odwołany, a na następny czekaliśmy 3 godziny (zapasu mieliśmy 4!) Niestety, nie był to lot łączony, więc nikt się nami nie przejął. Musieliśmy zdać się na łaskę LOT-u i cierpliwie czekać jako jedni z licznych na liście rezerwowej (pasażerowie z dwóch lotów). Staliśmy i błagali odprawiającego, żeby wziął nas jako pierwszych, bo stracimy wycieczkę naszych marzeń (no i spore pieniądze!) Na szczęście trafiliśmy na życzliwego i kompetentnego człowieka, który bardzo nam pomógł nadając nasze bagaże od razu do Hanoi. Samolot wystartował z Wrocławia 50 minut przed naszym lotem Warszawa - Hanoi. To chyba był najdłuższy lot w moim życiu! Do końca nie wiedzieliśmy czy zdążymy! Niewątpliwie bohaterką tej historii była moja siostra, która przyjechała na lotnisko, żeby pożyczyć mi mały plecak (przecież powinniśmy mieć spory zapas czasu!) Co prawda plecaka mi ostatecznie nie dała (i tak daleka byłam od myśli o nim), ale poinformowała kapitana naszego lotu o całym zajściu i dzięki niej wiedział on, że jesteśmy w drodze i przylecimy na ostatni dzwonek. Do ostatniego momentu tkwiła na lotnisku z małym dzieckiem na rękach i prosiła załogę, żeby poczekali. Byliśmy z nią na telefonie na chwilę przed wylotem z Wrocławia oraz zaraz po wylądowaniu w Warszawie! Gorąca linia! Ale przez 50 minut nie wiedzieliśmy, co się dzieje! Mogli przecież w każdej chwili wystartować! Na lotnisku w Warszawie biegliśmy jak szaleni, przeskoczyli kolejkę czekających do odprawy, krzycząc, że musimy, bo samolot nam odlatuje. Jakimś cudem nikt nas nie zatrzymał! Adrenalina na najwyższym poziomie! Kiedy stanęliśmy zasapani przy wejściu do “rękawa”, ciężko nam było wstrzymać łzy szczęścia. Przybiegliśmy 2 minuty przed planowanym odlotem, a zezwolili nam na wejście na pokład tylko dlatego, że moja siostra poinformowała o wszystkim wcześniej kierownika lotu, a bagaże nadane były do Hanoi… Szczęściarze!!! Wietnam i Kambodża czekały na nas z otwartymi rękami…

Wietnam zachwycił nas swoją różnorodnością. Można tam znaleźć krajobrazy wszelakiego rodzaju: począwszy od pól ryżowych i wzgórz, poprzez piękne piaszczyste plaże, nowoczesne metropolie i miasteczka z miejscowym folklorem, na wioskach na rzece Mekong skończywszy. Oczywiście jest to kraj mocno turystyczny i na każdym kroku można znaleźć biura turystyczne organizujące wycieczki, pełno jest “naganiaczy”, kierowców motorów, którzy wyczekują na każdym rogu z propozycją przejażdżki, krzycząc “motorbike?!”. Kilka dni musi minąć, żeby przyzwyczaić się do tego zgiełku i krzyków. I permanentnego odgłosu klaksonów! Miałam wrażenie, że czasami używają ich z przyzwyczajenia, bez konkretnego powodu. Klakson na przejściu, klakson przy wyprzedzaniu, klakson na zakręcie.

W Wietnamie i Kambodży trzeba się mieć na baczności, bo każdy czerpiący z turystów, próbuje wyssać z nich jak najwięcej. Nie ważne czy mieszkasz w ekskluzywnym resorcie, czy - jak my - jesteś backpacker’em (czyli podróżującym z plecakiem) i mieszkasz w hostelach czy guesthous'ach, ważne, że jesteś turystą. Turysta znaczy bogaty. Bogaty - “wycyckać”, takie jest ich rozumowanie. W razie braku cennika (czyli praktycznie zawsze), każdą zapłatę trzeba ustalać z góry. Szczególnie z taksówkarzami, rykszarzami, kierowcami tuk-tuków. My też mieliśmy jedną niemiłą sytuację z kierowcą tuk-tuka. Machnęliśmy ręką na ustalenie ceny i pojechaliśmy do Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng w Phnom Penh. Oczywiście cena, jaką sobie zaśpiewał, była wygórowana, więc zaczęliśmy z nim negocjować (po pewnym czasie człowiek już się orientuje, jaka powinna być cena za dany dystans). Chyba miał gorszy dzień, bo nie chciał za nic ustąpić. Doszło do gróźb - kierowca zaczął nas straszyć, że ma ludzi w stolicy i żebyśmy się strzegli. Myślę sobie: “Wszystko dla kilkunastu złotych?”. Tomek natomiast nie chciał ustąpić - dla zasady! Uratowali nas inni kierowcy tuk-tuków. Stanęli po naszej stronie i przyznali rację, że tamten chce od nas za dużo za przejechany kurs. Na szczęście ostatecznie zmiękł, wziął od nas należne i spokojnie oddaliliśmy się, wdzięczni naszym wybawcom. Cała scena trwała chyba z 20 minut! 

W tej części świata na uwagę bez wątpienia zasługuje jedzenie. Jakikolwiek posiłek byśmy nie zamówili, był przepyszny! Łączenie smaków, wykorzystanie azjatyckich warzyw, owoców i przypraw Wietnamczycy i Kambodżanie opanowali do perfekcji. Każdy posiłek był nowym doświadczeniem dla kubków smakowych. Warto również wspomnieć, że owoce morza są tam w cenie kurczaka, więc dla fanów “frutti di mare” jest to idealne miejsce.

Niestety, w krajach tych widać również szeroko pojęte ubóstwo, szczególnie w Kambodży - dotkniętej przez reżim Czerwonych Khmerów. Na ulicach jest pełno żebraków, kalek, bezdomnych dzieci, które proszą o pieniądze. Smutne jest to, że również sami turyści przyzwyczajają ich do żebrania. Widzieliśmy, jak jeden z turystów, z którym płynęliśmy tą samą łodzią po Mekongu, na każdym przystanku dosłownie rozdawał dzieciom pieniądze! Chciało się krzyknąć: “Nie o to chodzi!” “Nie pomagasz im w ten sposób!”. Przyjezdni więc uczą ich, że turysta to czysta kasa, czasami za nic! Kambodżańskie dzieci/sieroty często wolą więc żebrać niż pójść do szkoły, bo przecież w szkole nie dostaniesz pieniędzy, a na ulicy zawsze coś się zarobi. Podobne jest rozumowanie ich rodziców - wolą wysłać dziecko na ulicę, bo turysta zlituje się nad biednym dzieckiem i wspomoże dolarem…

Tyle z opisu, reszta info ze zdjęciami.

WIETNAM

1. Hanoi to mieszanka nowoczesności i tradycji. Przepiękne i niezwykle klimatyczne stare miasto, gdzie kolonializm miesza się z wpływami chińskimi. Znaleźć tam można wiele małych restauracyjek, hotelików, knajpek, które dodają mu wiele uroku. Ciekawe jest też jezioro Hoan Kiem (Jezioro Odzyskanego Miecza) w centrum stolicy, wokół którego zaobserwować można wiele młodych par podczas ich fotograficznej sesji ślubnej.

Ruchliwe uliczki Hanoi (slideshow):

Olbrzym wśród liliputów ;)

Olbrzym wśród liliputów ;)

Tak wygląda typowa wietnamska gar-kuchnia. Tutaj skusiliśmy się na nasz pierwszy posiłek (byliśmy baaaaardzo głodni!) Baliśmy się, że nie przeżyjemy kolejnego dnia - zwłaszcza że pani płukała talerze i pałeczki w garze obok, a poszczególne składniki nabierała własnymi palcami. Na szczęścia historia zakończyła się happy end'em.

Tak wygląda typowa wietnamska gar-kuchnia. Tutaj skusiliśmy się na nasz pierwszy posiłek (byliśmy baaaaardzo głodni!) Baliśmy się, że nie przeżyjemy kolejnego dnia - zwłaszcza że pani płukała talerze i pałeczki w garze obok, a poszczególne składniki nabierała własnymi palcami. Na szczęścia historia zakończyła się happy end'em.

Wspomniane jezioro w centrum Hanoi - bardzo popularne miejsce, gdzie organizuje się różnego rodzaju święta, punkt spotkań znajomych, rodzin, zakochanych.

Wspomniane jezioro w centrum Hanoi - bardzo popularne miejsce, gdzie organizuje się różnego rodzaju święta, punkt spotkań znajomych, rodzin, zakochanych.

Ślubna sesja zdjęciowa.

Ślubna sesja zdjęciowa.

2. Sapa to małe miasteczko położone w górach, różniące się znacznie od reszty Wietnamu. Zachwyca unikatową scenerią, a mianowicie tarasami ryżowymi (guesthouse, w którym mieszkaliśmy miał taras wychodzący właśnie na takie pola ryżowe - widok zapierający dech w piersiach), umiarkowanym klimatem oraz mniejszościami etnicznymi (np. plemię Hmongów), ubranymi w ich tradycyjne, barwne stroje. Często towarzyszą oni turystom w wycieczkach po okolicznych wioskach, proponując własne wyroby ręczne, na przykład torby, paski, biżuterię. Spotkać ich można również na pobliskim targu Bac Ha, gdzie warto pojechać aby zaobserwować miejscowy folklor.

Krajobraz Sapy (slideshow):

Ryżowe tarasy.

Ryżowe tarasy.

W drodze do wioski.

W drodze do wioski.

Kolorowi mieszkańcy Sapy (slideshow):

3. Hoi An to bardzo turystyczne miasteczko i jedno z najpiękniejszych w Wietnamie - nie bez powodu. Jego stare miasto wpisane zostało na listę Światowego Dziedzictwa, a wokół rozpościerają się piękne, piaszczyste plaże. To również tu zlecić można uszycie butów lub stroju na miarę, gdyż miasto słynie z krawców i szewców. Na każdym rogu znajdują się urocze restauracyjki, knajpki, bary. My zakochaliśmy się w knajpce o nazwie Bale Well, gdzie specjalnością są sajgonki skręcane przez samego klienta ze składników podanych przez kelnera. Super zabawa! (przynajmniej tak było w 2010 roku). Slideshow:

Jedziemy na plażę! Skuter można wypożyczyć w większości hoteli. Prawo jazdy niewymagane.

Jedziemy na plażę! Skuter można wypożyczyć w większości hoteli. Prawo jazdy niewymagane.

Podczas odpoczynku pod palmami proponowany jest prosto z drzewa kokos.

Podczas odpoczynku pod palmami proponowany jest prosto z drzewa kokos.

Rurka w kokos i ślurb! 

Rurka w kokos i ślurb! 

Będąc w Hoi An trafiliśmy akurat na pełnię księżyca, czyli okazję do świętowania w Wietnamie (tzw. Hoi An Full-Moon). Po ulicach w rytmach bębna kroczył kolorowy orszak, złożony głównie z dzieci.

Będąc w Hoi An trafiliśmy akurat na pełnię księżyca, czyli okazję do świętowania w Wietnamie (tzw. Hoi An Full-Moon). Po ulicach w rytmach bębna kroczył kolorowy orszak, złożony głównie z dzieci.

To również świetna okazja do przebieranek. 

To również świetna okazja do przebieranek. 

Sprzedawczyni małych lampioników - skradła moje serce (taki pewnie był zamiar...)

Sprzedawczyni małych lampioników - skradła moje serce (taki pewnie był zamiar...)

Wreszcie zdecydowaliśmy się na całodniową lekcję gotowania. Takie wycieczki oferowane są przez wiele restauracji w Wietnamie. Najpierw wizyta na bazarze, potem pichcenie. Ciekawe doświadczenie i niezły ubaw :) Slideshow:

Najtrudniejszy etap - skręcanie sajgonka.

Najtrudniejszy etap - skręcanie sajgonka.

3. Delta Mekongu to kolejny malowniczy i niezwykle fotogeniczny region. Płynąc rzeką zaobserwować można jak życie miejscowych ludzi ściśle jest z nią związane. Mieszkają na wodzie (domy najczęściej wybudowane są przy brzegu, na wysokich palach), handlują prosto z łodzi (tzw. "pływające bazary"), zdobywają pożywienie (zajmują się głównie rybołówstwem, a pod wieloma domami znajdują się klatki, w których hoduje się ryby). Całość robi wrażenie. My wybraliśmy się na trzydniową wycieczkę, która kończyła się wjazdem do Kambodży. Podczas podróży organizatorzy proponują różne atrakcje, na przykład: zwiedzanie wioski, hodowli ryb, warsztatów tkackich, sadu owocowego, obiad w punkcie postojowym, itp. Poniżej slideshow z Mekongu:

KAMBODŻA

4. Phnom Penh to tętniąca życiem, zatłoczona i nieuporządkowana stolica Kambodży. Główne jej atrakcje to Pałac Królewski oraz Srebrna Pagoda, świątynia Wat Phnom i wiele innych, liczne bazary (np. Phsar Tuol Tom Pong, czyli Rosyjski Market), Muzeum Narodowe, Muzeum Ludobójstwa S-21 (Tuol Sleng). Wszędzie dojechać można tuk-tukiem, czyli "motorową rikszą", ale trzeba pamiętać o wcześniejszym ustaleniu ceny (jak już wspominałam we wstępie). Przyznam szczerze, że nie mamy zbyt wielu fotek ze stolicy. Świątynie darowaliśmy sobie ze względu na Angkor, duże wrażenie zrobiło na nas Tuol Sleng (zdjęć nie mamy, bo nas zmroziło; jak taka masowa zbrodnia mogła się wydarzyć 40 lat temu?!), wielką przyjemność mieliśmy z targowania się na Rosyjskim Markecie. 

Poniżej kilka zdjęć (slideshow): nr 1 - w tle widoczna część kompleksu Pałacu Królewskiego, nr 2 - przy Muzeum Narodowym (w dzień, kiedy próbowaliśmy je zwiedzić muzeum było nieczynne), nr 3 - na słynnym rondzie z Pomnikiem Niepodległości, nr 4 - coś ładnego, charakterystycznego dla stylu, ale nie pamiętam co ;)

Jedna z pięknie zdobionych latarni na placu przy Pałacu Królewskim.

Jedna z pięknie zdobionych latarni na placu przy Pałacu Królewskim.

5. Siem Reap to miasteczko, które przede wszystkim stanowi bazę hotelową i gastronomiczną dla turystów zwiedzających kompleks świątyń Angkor. Można tu znaleźć cały wachlarz hoteli i pensjonatów, spróbować tradycyjnych potraw, obejrzeć kambodżańskie tańce. Całość nie zachwyca...

6. Angkor Wat, czyli wyczekiwany przez nas punkt kulminacyjny pobytu w Kambodży, to wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa kompleks kilkuset świątyń (400 kilometrów kwadratowych!), który między IX a XV wiekiem był stolicą Imperium Khmerskiego. Jest to jedna z najsłynniejszych i najciekawszych pod względem archeologicznym atrakcji świata.

Świątynie zwiedzać można na różne sposoby: tuk-tukiem, rowerem, motorem. My wybraliśmy rowery - całkiem przyzwoite (1$ za cały dzień, a przygoda na całego). Udało nam się zajrzeć do świątyń znajdujących się poza głównym szlakiem. W pewnym momencie złapał nas nawet monsun, ale dodało to jedynie uroku oglądanej świątyni. Cisza, odgłosy dochodzące z dżungli wdzierającej się powoli w mury świątyń, szum deszczu stworzyły niesamowity klimat. Zdecydowanie jedno z TOP widzianych przez nas do tej pory miejsc.

Poniżej slideshow z rowerowej wycieczki:

Niektóre ze świątyń niszczone są przez otaczającą je roślinność.

Niektóre ze świątyń niszczone są przez otaczającą je roślinność.

Atrakcje na głównym szlaku są w bardzo dobrym stanie.

Atrakcje na głównym szlaku są w bardzo dobrym stanie.

7. Sihanoukville to najbardziej popularny kurort nadmorski w Kambodży. Jeśli ktoś chce odpocząć w typowy dla tej części świata sposób, czyli w hamaku i z zimnym piwkiem, to jest właśnie idealne miejsce. Nie znajdziesz tam tzw. "rajskich plaż", ale w miarę ładne, idealne na wypoczynek, po tygodniu intensywnego zwiedzania. Najpiękniejsze plaże znajdują się w pewnej odległości od głównej części miasta i spokojnie można tam dojechać rowerem. Nam bardzo przypadła do gustu Otres Beach - spokój, kalmary i krewetki prosto z grilla w knajpce nad morzem, szum fal.......

Główna plaża. Trochę na niej tłoczno, dużo sprzedawców lokalnych wyrobów, np. plecionych bransoletek czy dzieci proszących o pieniądze. 

Główna plaża. Trochę na niej tłoczno, dużo sprzedawców lokalnych wyrobów, np. plecionych bransoletek czy dzieci proszących o pieniądze. 

Najbardziej popularne piwo w Kambodży ;)

Najbardziej popularne piwo w Kambodży ;)

Poniżej Otres Beach - zdecydowanie najładniejsza plaża w Sihanoukville (slideshow):

To właśnie w Sihanoukville po raz pierwszy nurkowaliśmy z butlą (akurat tutaj nie wymagali certyfikatu) i... złapaliśmy bakcyla (rok potem, w Tajlandii, zrobimy kurs PADI). Było to na pobliskiej wyspie - Koh Rong. Jak na pierwsze zejście pod wodę, całkiem ładne miejsce. 

Pierwsze koty za płoty... Z naszym niemieckim instruktorem.

Pierwsze koty za płoty... Z naszym niemieckim instruktorem.

WIETNAM

8. Ho Chi Min City, dawniej Sajgon, to typowa azjatycka metropolia z dawką folkloru. W Sajgonie byliśmy tylko jeden dzień i jakoś nie mieliśmy ochoty na zwiedzanie. Prawie cały dzień spędziliśmy na miejscowym bazarze (polubiliśmy targowanie! :)) 

Chaotyczne HCMC.

Chaotyczne HCMC.

9. Zatoka Ha Long, czyli Zatoka Opadających Smoków to idealne zakończenie naszej wyprawy (wypłynęliśmy z portu w Hanoi) - relaks i same przyjemności. Zatokę tworzą piętrzące się ponad taflę morza charakterystyczne wysepki (wapienne i łupkowe), rozsiane na powierzchni półtora tysiąca kilometrów kwadratowych, malujące niezwykle bajkowy krajobraz. Podczas dwudniowej wycieczki statkiem zwiedzaliśmy jaskinie, nurkowaliśmy, pływaliśmy na kajakach i objadaliśmy się owocami morza. Zaliczyliśmy nawet skoki z górnego pokładu do wody. Absolutny "must see" podróży po Wietnamie! (Nawet jeśli jest to miejsce mocno skomercjalizowane). Poniżej slideshow:

Warto dodać, że od listopada 2011 roku Ha Long znajduje się na liście siedmiu cudów natury.

Standardowo na koniec - migawki z wyprawy. Jakość bez szału (7 lat temu nie było jeszcze GoPro, lol), ale najważniejsze, że kluczowe momenty uwiecznione.

Jordania - perła starożytności

Czasu brak (kto ma dwoje małych dzieci, ten wie), więc stwierdziłam, że trochę tekstu, więcej zdjęć będzie tutaj na miejscu. Tym bardziej, że piękne miejsca najlepiej pokazać na zdjęciach. 

Do Jordanii wybraliśmy się autem, bo to nie lada oszczędność (mimo, że dystans jest stosunkowo krótki, loty są dość drogie). Dodatkowy plus to taki, że na miejscu nie trzeba było wypożyczać samochodu. Były niestety też minusy…

Dzieci, a w szczególności Bruno, ciężko zniosły podróż. W sumie to im się nie dziwię, bo w jedną stronę jechaliśmy właściwie 2 dni (1250 km z Dżuddy do Petry). Pierwszego dnia podróż zajęła nam około siedmiu godzin (z przystankami), następnie noc w hotelu w Arabii Saudyjskiej, potem reszta drogi wraz z przekroczeniem granicy. Oczywiście wszyscy byliśmy wykończeni! Dodatkowo wycieczkę zaplanowaliśmy tydzień po przylocie do Dżuddy (ze względu na darmowy ‘urlop pielgrzymkowy’ przyznawany pracownikom w KAS), więc dzieciaki nie zdążyły się jeszcze zaaklimatyzować w królestwie, a już trzeba było ponownie wyjeżdżać. Kolejny minus to pogoda. Co prawda wieczory o tej porze roku w Jordanii już są przyjemne, ale dnie! Upał po trzydzieści stopni, a nawet więcej. Spacery w takiej temperaturze wykończą każdego...

Apogeum stanowił powrót do Dżuddy, a jego punktem kulminacyjnym moment, kiedy ze zmęczenia wszystkich nas wzięła głupawka i zaczęliśmy śpiewać Adele (oczywiście Tomek i ja). Bruno raz wołał: "Stop!", potem "Tata śpiewa!", potem "Mama nie!", aż wreszcie zażyczył sobie "piosenkę z telewizji, gdzie panie płakały, bo medal". Że co?! Oświeciło mnie nagle, że chodzi o... hymn polski, na który zwracaliśmy mu uwagę przy okazji igrzysk olimpijskich, gdy w tiwi pokazywali moment wręczenia złotych medali naszym wioślarkom. Serio?! Hymn?! "Tak, tak!!!" - krzyczał Bruno. Nie było wyjścia i zaczęłam nieśmiało śpiewać. To jednak nie wystarczyło Brunowi (myślę, że już był nieźle zmęczony). Kolejne życzenie brzmiało: "Głośniej mama! Głoooooośniej". Naprawdę, gdy człowiek jest wykończony, wykrzykiwanie w aucie Mazurka Dąbrowskiego nie jest jego marzeniem, ale wyjścia nie było. Darłam się więc w niebogłosy na autostradzie niczym jakaś nawiedzona patriotka! Czego się nie robi dla dzieci... ;)

Tyle ze wstępu. Jedziemy!

Humory dopisują.

Humory dopisują.

Takie widoki podziwialiśmy wzdłuż autostrady:

Co do autostrad saudyjskich, trzeba przyznać, że są bardzo dobre. Jedzie się przyjemnie, bo jest mało aut, pasy szerokie, a wszystkie ciężarówki trzymają się prawej strony. Czy my w Polsce kiedykolwiek doczekamy się takich dróg? Źle w KAS jeździ się natomiast nocami, gdyż jedynym światłem są reflektory auta, a często dwie strony autostrady oddzielone są jedynie pasem usypanego piachu. Zdarza się (nadzwyczaj często), że ktoś jedzie pod prąd.

Co do autostrad saudyjskich, trzeba przyznać, że są bardzo dobre. Jedzie się przyjemnie, bo jest mało aut, pasy szerokie, a wszystkie ciężarówki trzymają się prawej strony. Czy my w Polsce kiedykolwiek doczekamy się takich dróg? Źle w KAS jeździ się natomiast nocami, gdyż jedynym światłem są reflektory auta, a często dwie strony autostrady oddzielone są jedynie pasem usypanego piachu. Zdarza się (nadzwyczaj często), że ktoś jedzie pod prąd.

Meczet "in the middle of nowhere", czyli meczet na kompletnym odludziu, to dość powszedni obrazek.

Meczet "in the middle of nowhere", czyli meczet na kompletnym odludziu, to dość powszedni obrazek.

Jeszcze ciągle w Arabii.

Jeszcze ciągle w Arabii.

1. PETRA - zachwycające "zaginione miasto"

Pierwsze trzy dni spędziliśmy w hotelu Movenpick, tuż przy wejściu do Petry. Miejscówka rewelacyjna, a jak przypomnę sobie wypasiony bufet śniadaniowy, to aż mi ślinka cieknie. Hotel ma do dyspozycji wszelkie udogodnienia typu: basen, restauracja na tarasie, siłownia, itp., więc nie trzeba było ruszać się z miejsca.

Poniżej slideshow (po kliknięciu pojawiają się kolejne zdjęcia):

Tylko raz wybraliśmy się na obiad do pobliskiej restauracji, rekomendowanej przez TripAdvisor, ale trochę się zawiedliśmy, bo ceny były te same, co w hotelowym serwisie, a jakość trochę gorsza. Poza tym na zewnątrz było bardzo gorąco! Poniżej zdjęcia ze spaceru (slideshow).

Kompleks "zaginionego miasta" jest ogromny i zachwyci każdego! To wypad na cały dzień (albo nawet dwa), jeśli chce się przejść cały szlak. Wycieczkę można podzielić na kilka części. I tutaj jest niestety pułapka zarzucona przez miejscowych. Korzystają z niewiedzy turystów i zachęcają, żeby wziąć bryczkę z koniem lub konia na pierwszy odcinek, potem wielbłąda lub osiołka na kolejne (niby wszystko wliczone w bilet, ale upominanie się o zapłatę nie omija nikogo). Oczywiście ceny są zabójcze, a tak naprawdę, jeśli idą sami dorośli, można spokojnie dojść wszędzie na własnych nogach. Jeśli podróżuje się z małymi dziećmi, można wziąć osiołka jedynie na ostatni odcinek (strome dojście do skalnego klasztoru), bo faktycznie na tym etapie mogą już czuć zmęczenie.

W naszym przypadku z mniejszym było ok, bo podróżował w nosidle (będzie to można zobaczyć na zdjęciach), natomiast Bruno był już mocno zmęczony, więc byliśmy zmuszeni wziąć osiołka. Pierwszy odcinek jest bajeczny i większa część to spacer w cieniu, więc naprawdę jazda bryczką jest tutaj zbędna. Druga sprawa to fakt, że bryczka jest w obie strony, ale już na początku odcinka trzeba podać godzinę powrotu. Skąd turysta, który jest tutaj po raz pierwszy, ma wiedzieć, ile zajmie mu spacer po całym kompleksie? A "kasjer" wcale nie pomaga! Jeśli spóźnisz się, niestety bryczki dla ciebie już nie ma (mimo tego, że zapłaciłeś w obie strony i są bryczki, które akurat stoją i nie pracują...).

Niestety padło na nas, bo tym bardziej ciężko jest podać godzinę powrotu, jeśli podróżuje się z dwójką małych dzieci. Nie jesteś w stanie przewidzieć! Oczywiście szefu wszystkich furmanów pokręcił tylko głową, rozłożył ręce i niewinnie odwrócił się do nas plecami. Okazało się, że owszem, możemy jechać bryczką (inaczej chyba już bym wracała na czworakach, nie mówiąc o dzieciach!), ale musimy zapłacić. Boss uśmiechnął się więc do mojego męża wyczekująco. Nie wiedział jednak, że Tomek ma na co dzień do czynienia z Arabami i nie jest przekupnym turystą. Do tego był głodny i zmęczony... A że nie lubi naciągaczy (kto ich lubi?), stwierdził, że wykłóci się o swoje. No i się zaczęło! Oczywiście miał we mnie kibica. Po łagodnym wstępie i małej przerwie w konwersacji (Arabom trzeba dać czas do przemyślenia sytuacji) szefu wydał się niewzruszony. Nie działały na niego argumenty, że zapłaciliśmy już w obie strony, że jesteśmy z małymi dziećmi, że wykończeni, itd. Wiecie co zadziałało? Urażenie jego patriotycznej dumy. O tak, Arabowie tego nie lubią, więc tekst: "Wasz kraj jest piękny, ale Wy jesteście oszustami i okradacie turystów" zadziałał na niego jak kubeł zimnej wody. Tomek wykrzykiwał słowo "oszust" celując palcem w bossa na oczach wielu turystów, bo trzeba wiedzieć, że miejsce, gdzie stają bryczki, to miejsce zborne, tzw. Skarbiec (najczęściej fotografowany przez turystów grobowiec). Po pięciu minutach siedzieliśmy już w bryczce - wykończeni, ale szczęśliwi. Szczęśliwi, bo udało nam się zobaczyć tę część, do której nie każdy decyduje się dotrzeć - mianowicie Klasztor. 

Lecimy ze zdjęciami ze szlaku:

Jeszcze uśmiechnięci... Brunko bardzo chciał pojechać konikiem, więc zrobiliśmy mu tę przyjemność. Ja w połowie odcinka wysiadłam, bo tak trzęsło, że miałam wrażenie, że Hugo wystrzeli z nosidła.

Jeszcze uśmiechnięci... Brunko bardzo chciał pojechać konikiem, więc zrobiliśmy mu tę przyjemność. Ja w połowie odcinka wysiadłam, bo tak trzęsło, że miałam wrażenie, że Hugo wystrzeli z nosidła.

Pierwszy odcinek prowadzący do wspomnianego Skarbca jest niezwykle malowniczy, a formacje skalne zachwycają kształtami i kolorami (od beżowego, po różowawy, czerwony, pomarańczowy, na brązowym i czarnym kończąc), więc naprawdę warto się przespacerować (slideshow):

Naprawdę nie warto jechać bryczką. O wiele przyjemniej przespacerować się w tej uroczej scenerii.

Naprawdę nie warto jechać bryczką. O wiele przyjemniej przespacerować się w tej uroczej scenerii.

IMG_6021.JPG
Jeden z odcinków można przejechać na wielbłądzie.

Jeden z odcinków można przejechać na wielbłądzie.

A to już Skarbiec - grobowiec nazwany tak przez Beduinów, którzy wierzyli, że znajdują się w nim skarby.

Wielkość grobowca naprawdę robi wrażenie.

Wielkość grobowca naprawdę robi wrażenie.

Zbliżenie na wykończenia.

Zbliżenie na wykończenia.

Na dalszą część wycieczki wynająć można osiołka lub wielbłąda

Na dalszą część wycieczki wynająć można osiołka lub wielbłąda

Przy Skarbcu można również znaleźć sklepik z pamiątkami, kupić napoje i przekąski.

Przy Skarbcu można również znaleźć sklepik z pamiątkami, kupić napoje i przekąski.

Ludzie, którzy w Petrze obsługują osiołki i konie, sprzedają pamiątki oraz napoje chłodzące i przekąski (szczególnie na ostatnim odcinku) to nazywani przez Jordańczyków "cyganie" ("gipsys"). Część z nich mieszka na terenie Petry. Wyglądają bardzo charakterystycznie, bo malują sobie oczy czarną kredką. Jeden z nich - chyba najbardziej efektowny - pozwolił mi się sfotografować.

Na mój komentarz: "Wyglądasz jak Jack Sparrow", odpowiedział: "To raczej on wygląda jak ja..." Nie wiem, ile w tym prawdy ;) Natomiast pewna jestem, że część z nich była pod wpływem - nie alkoholu, lecz jakichś środków odurzających, bo ich mowa ciała oraz sposób wypowiadania się jednoznacznie na to wskazywał.

Na mój komentarz: "Wyglądasz jak Jack Sparrow", odpowiedział: "To raczej on wygląda jak ja..." Nie wiem, ile w tym prawdy ;) Natomiast pewna jestem, że część z nich była pod wpływem - nie alkoholu, lecz jakichś środków odurzających, bo ich mowa ciała oraz sposób wypowiadania się jednoznacznie na to wskazywał.

W oczekiwaniu na turystów.

W oczekiwaniu na turystów.

Kolejny odcinek "zaginionego miasta" to już teren bardziej otwarty, tzw. Ulica Fasad, gdzie zobaczyć można wiele wykutych w skale grobowców, z ciekawymi detalami. W tej części najbardziej doskwierało nam słońce (slideshow):

Następną atrakcją są Królewskie Grobowce. Aby do nich dotrzeć trzeba lekko zboczyć z drogi i przejść kamienistą ścieżką. Nie zdecydowaliśmy się tam pójść, chcieliśmy zachować siły na dalszą część szlaku. Podziwialiśmy więć grobowce z głównej drogi (slideshow):

Na mniej więcej tej samej wysokości, po drugiej stronie mija się wykuty w skale, sporych rozmiarów teatr:

Za Grobowcami Królewskimi i teatrem szlak prowadzi turystów na główną ulicę starożytnej Petry, z kolumnadą oraz dobrze zachowaną świątynią Kasr al Bint (slideshow):

Do tego miejsca docierają praktycznie wszyscy. Potem pada pytanie czy iść dalej i czy warto? WARTO! Widok jaki ukazuje się po godzinnej wędrówce po stromych schodach wynagradza cały trud, wzywanie pana Boga nadaremno oraz rzucanie wszelkich przekleństw tego świata (w naszym przypadku było ich sporo). Przy atrakcji znajduje się bar z tarasem widokowym i kanapami, gdzie w cieniu napić się można przepysznej orzeźwiającej lemoniady.

Oto Klasztor (oczywiście w rzeczywistości wydaje się jeszcze bardziej majestatyczny). Slideshow:

A tak wyglądała droga (ciśnie mi się na usta "krzyżowa" ;)) do Klasztoru. Bruno pokonał ją albo na osiołku, albo "na barana" u taty, ja z dziesięciokilowym Hugiem w nosidle... Slideshow:

Na jednej z "kanap" przy Klasztorze. Wykończony... <3

Na jednej z "kanap" przy Klasztorze. Wykończony... <3

W drodze powrotnej i mi udzieliło się zmęczenie.

W drodze powrotnej i mi udzieliło się zmęczenie.

Do Petry poszliśmy jeszcze kolejnego dnia popołudniu, bo kupiliśmy bilety na dwa dni (różnica w cenie jest minimalna). Chcieliśmy ponownie przejść jedynie pierwszy odcinek - do Skarbca, tym bardziej, że słońce o tej porze nie było już takie silne. Niestety Bruno chyba miał traumę po poprzednim dniu i jak zobaczył, że idziemy tą samą drogą, to całkiem się rozkleił i w połowie musieliśmy zawrócić. Tak to już jest z dziećmi ;) Tym bardziej cieszyliśmy się, że ogarnęliśmy wszystko poprzedniego dnia.

2. AMMAN - "towarzyskie" zwiedzanie

Na wycieczkę do Ammanu - stolicy Jordanii cieszyliśmy się podwójnie, bo byliśmy umówieniu z naszymi sąsiadami i jednocześnie przyjaciółmi (spokojnie mogę tak napisać) z Rilamu (miejsca, gdzie mieszkaliśmy w Rijadzie). To właśnie dzięki nim po raz pierwszy spróbowałam przepysznych tradycyjnych dań arabskich. Nic, co jadłam do tej pory w Arabii Saudyjskiej nie równało się z tymi smakami. Restauracja, do której zaprosili nas Dana i Karim to Haret Jdoudna. Mieści się ona w miasteczku pod Ammanem - w Madabie, niedaleko miejsca, które chcieliśmy zwiedzić - cerkiew św. Jerzego. Znajduje się tam najstarsza znana w historii sztuki mozaikowa mapa. 

Jedzenie było naprawdę przepyszne, a towarzystwo urocze.

Jedzenie było naprawdę przepyszne, a towarzystwo urocze.

Madaba to centrum chrześcijaństwa, a cała Jordania to świetny przykład państwa, w którym wspólnie żyją muzułmanie i chrześcijanie. Dana z Karimem są chrześcijanami, ale mówili, że nigdy ze strony muzułmanów nie spotkała ich żadna krzywda. Przyznali niestety, że odkąd w Madabie osiedlili się muzułmanie okolica jest zaśmiecona i niesprzyjająca spacerom. Niestety, po przejściu odcinka od restauracji do cerkwi trzeba było przyznać im rację.

Wspomniana mapa to mozaika podłogowa pochodząca z VI wieku, przedstawiająca mapę Bliskiego Wschodu okresu bizantyjskiego - obszar od Libanu na północy po deltę Nilu na południu, od wybrzeży Morza Śródziemnego na zachodzie po granicę, jaką wyznacza Pustynia Arabska na wschodzie Jordanii. Największym elementem mapy jest znajdujące się w centrum topograficzne przedstawienie Jerozolimy (centrum zdjęcia).

Wspomniana mapa to mozaika podłogowa pochodząca z VI wieku, przedstawiająca mapę Bliskiego Wschodu okresu bizantyjskiego - obszar od Libanu na północy po deltę Nilu na południu, od wybrzeży Morza Śródziemnego na zachodzie po granicę, jaką wyznacza Pustynia Arabska na wschodzie Jordanii. Największym elementem mapy jest znajdujące się w centrum topograficzne przedstawienie Jerozolimy (centrum zdjęcia).

Do ułożenia mapy użyto ponad dwóch milionów tesser do mozaik.

Do ułożenia mapy użyto ponad dwóch milionów tesser do mozaik.

W cerkwi oprócz mapy znajdują się również inne mozaiki oraz ikony.

W cerkwi oprócz mapy znajdują się również inne mozaiki oraz ikony.

W Madabie, w okolicy cerkwi, znaleźć można sporo uroczych sklepików z pamiątkami. W jednym z takich miejsc kupiliśmy dwie gliniane, zdobione turkusem miseczki oraz magnes (obowiązkowo!) z Drzewem Życia - najbardziej charakterystycznym symbolem Jordanii.

Na jednej z uliczek Madaby.

Na jednej z uliczek Madaby.

Następnie wspólnie z Daną i Karimem wybraliśmy się na pobliską Górę Nebo - kolejne symboliczne dla chrześcijaństwa miejsce. To z tego punktu biblijny Mojżesz miał zobaczyć Ziemię Obiecaną.

Nazwałabym to raczej wzgórzem niż górą, bo dostać się tam można po krótkim spacerku. Przyznać trzeba jednak, że rozpościerający się widok jest niesamowity...

Nazwałabym to raczej wzgórzem niż górą, bo dostać się tam można po krótkim spacerku. Przyznać trzeba jednak, że rozpościerający się widok jest niesamowity...

O taki.

O taki.

Z tej ściągi wiadomo, co i gdzie.

Z tej ściągi wiadomo, co i gdzie.

Z punktu widokowego podziwiać można dolinę Jordanii, Hebron, Morze Martwe, Jeruzalem, Jerycho. Znajduje się tam również współczesna rzeźba, symbolizująca laskę Mojżesza, oplecioną wężem oraz kościół wczesno-bizantyjski, w którym znaleźć można świetnie zachowane mozaiki. Niestety, kościół był akurat zamknięty, bo trwały w nim renowacje, więc nie mieliśmy okazji przekonać się na własne oczy.

Wspomniana rzeźba przypominająca krzyż.

Wspomniana rzeźba przypominająca krzyż.

Po zwiedzaniu nadeszła pora na zasłużony odpoczynek i deser. Miejsce, do jakiego skierowaliśmy się to elegancki bar z tarasem wychodzącym na tzw. downtown - Cantaloupe Gastro Pub. Zajechaliśmy akurat na zachód słońca, więc widok był ujmujący. Drinki też... ;)

No i towarzystwo...

No i towarzystwo...

Stara część Ammanu.

Stara część Ammanu.

W Ammanie zatrzymaliśmy się w hotelu Landmark. Mieliśmy szczęście, bo dostaliśmy świeżo odnowiony pokój - było nowocześnie i elegancko, a serwis pierwszorzędny. Większość atrakcji turystycznych Jordanii znajduje się w pobliżu jej stolicy, więc jest to dobre miejsce wypadowe, jeśli ma się do dyspozycji auto.

Kolejny dzień upłynął nam na zwiedzaniu pobliskiego Dżerasz - ruin jednego z najlepiej zachowanych na świecie rzymskich miast z okresu starożytności. Niestety, zdjęć nie jest za dużo, bo aparatu zapomniałam wziąć z auta, a telefony były prawie rozładowane. Poniżej slideshow: 

Na obiad udaliśmy się do poleconej przez naszych jordańskich przyjaciół restauracji - Lebanese House. Spokojnie mogła ona konkurować z restauracją z dnia poprzedniego. Jedzenie równie pyszne, a restauracja niesamowicie oblegana. Mimo tłumów posiłki dostaliśmy bardzo szybko. Gorąco polecam!

W restauracji tradycyjnej arabskiej najlepiej zamówić kilka przystawek tzw. mezza i do tego mięso. Dzięki temu można spróbować różnych smaków.

3. MORZE MARTWE - nowe doznania

Powoli zaczęliśmy się przesuwać z powrotem na południe. Jedynie powrót na raty wchodził tutaj w grę. Totalne "must see" w Jordanii, na które my przeznaczyliśmy praktycznie cały dzień to bez wątpienia Morze Martwe. Najlepiej skorzystać z całodniowej wejściówki do jednego z hoteli. My ponowanie wybraliśmy Movenpick. Nie pożałowaliśmy, bo hotel położony jest w przepięknej okolicy i zagospodarowany w każdym calu. Jedynym minusem jest tam nieograniczona ilość osób, która może wejść każdego dnia. Było więc trochę tłoczno...

Tak mniej więcej wyglądał kompleks (slideshow):

Oczywistym punktem kulminacyjnym pobytu nad Morzem Martwym jest wysmarowanie się bogatym w minerały czarnym błockiem - skarbem akwenu oraz kąpiel w samym morzu. Kąpiel to może zbyt dużo powiedziane, bo w tym morzu, ze względu na niezwykle duże zasolenie po prostu leży się, jak na materacu. Niesamowite uczucie! Dzieci mają wstęp wzbroniony, z oczywistych względów, więc trochę musieliśmy się nakombinować, żeby każde z nas nacieszyło się tym nowym doznaniem. Ubaw po pachy! (widoczny na slideshow):

Po dniu pełnym wrażeń ruszyliśmy do Akaby - miasteczka przy granicy z Arabią Saudyjską, gdzie mieliśmy spędzić kolejną noc. Zatrzymaliśmy się w małym hoteliku, którego nazwy nie pamiętam, a następny dzień, juz ostatni w Jordanii, spędziliśmy w zamkniętym kompleksie basenowym z restauracją i dostępem do plaży - Berenice Beach Club. Całkiem przyjemny sposób na spędzenie dnia z dziećmi. Zwłaszcza jeśli przebywa się w kraju, gdzie na publicznej plaży bikini jest zabronione... Poniżej slideshow:

Potem już był powrót do domu (na granicy zeszło nam dość długo, bo weryfikacja jest szczegółowa), z jeszcze jedną nocą przespaną w hotelu po drodze. 

Dobrze, że przed nami był jeszcze weekend.

Na koniec slideshow z "fotkami drogi", bo przecież podróż była dłuuuuuga.......

Zanzibar - wyspa przypraw korzennych

Sierpień/Wrzesień 2015

Zanzibar przyciąga coraz więcej turystów. Kusi pięknymi plażami, aktywnym wypoczynkiem (kitesurfing, nurkowanie, windsurfing) oraz widocznymi pozostałościami historii. 

W połowie XIX wieku wyspa stała się największym producentem goździków, a także znaczącym innych przypraw. Stąd pochodzi zasłużone miano wyspy przypraw korzennych.

Zanzibar stał się integralną częścią Tanzanii, łącząc się z niepodległą od 1964 roku Tanganiką, uwalniając się tym samym od wpływów brytyjskich.

Bardzo często turyści, odwiedzając Tanzanię, łączą dwie jej główne atrakcje - safari w Parku Serengeti oraz wypoczynek na plażach Zanzibaru. Nas wcześniej zadowolił Park Krugera w RPA i potrzebowaliśmy głównie relaksu przy szumie oceanu. 

Wyspa przypraw korzennych jest miejscem ciągle dziewiczym. Nie ma tutaj szeroko rozbudowanej turystyki, bogatych resortów. Są niezatłoczone plaże, charakterystyczna architektura, dzika roślinność i… wszędzie widoczna bieda. Niestety, Zanzibar to jedno z miejsc, gdzie w oczy od razu rzuca się ubóstwo. Widać to szczególnie w Stone Town. Bezdomni, dzieci odurzone substancjami niewiadomego pochodzenia, tony śmieci na ulicach, smród ze ścieków spływających wzdłuż ulicy. Szczerze mówiąc, to przypomniały mi się północne Indie i początkowo nie uśmiechało mi się spacerować z maluchem w takim otoczeniu. Człowiek jednak szybko się przestawia i to, co na początku wydaje się odrzucające, nagle staje się jedynie folklorem.

99% ludności zamieszkującej Zanzibar to muzułmanie. Różnica z Arabią Saudyjską jest jednak duża - na ulicach w większości można ujrzeć kobiety (tak, tak, tutaj ludzie spacerują!), a ich stroje to w przeważającej ilości różnobarwne, afrykańskie "kanga". Bardzo mało jest tych, ubranych na czarno i noszących nikab (czyli zasłonę na twarz). Afryka nie dała się zwariować ;)

Zanzibarki (slideshow):

Po Zanzibarze najbezpieczniej i najwygodniej poruszać się taksówkami. Cenę ustala się z góry (główna dewiza każdej podróży!). Nam trafili się kierowcy bezproblemowi, przystający na nasze ceny. Poza tym auto nie było nam zbytnio potrzebne, bo odwiedziliśmy jedynie Stone Town oraz dwie plaże - Bwejuu oraz Matemwe. Tym razem nastawiliśmy się na odpoczynek.

 

Przystanek nr 1 - Stone Town

"Kamienne miasto" to główne miasto wyspy Zanzibar. Uwagę natychmiast przyciąga architektura - fuzja wpływów arabskich, hinduskich, europejskich oraz afrykańskich. Arabskie budynki mieszkalne są najczęściej kwadratowe, dwu lub trzypiętrowe. Pokoje biegną naokoło budynku, pozostawiając wewnątrz wolną przestrzeń na mały dziedziniec oraz werandy, pozwalając tym samym na cyrkulację powietrza. Hinduskie kamienice mają podobną ilość pięter, ale parter zajmuje najczęściej sklep. Fasada charakteryzuje się ornamentyką oraz balkonami. Elementem łączącym oba style jest kamienna ławka, tzw. baraza, wychodząca na ulicę i stanowiąca punkt spotkań i plotek “kamiennych" ludzi.  

Poniżej architektoniczna mieszanka Stone Town (slideshow):

Najbardziej charakterystycznym elementem architektury Stone Town są jednak rzeźbione, drewniane, masywne… drzwi. Obecnie pozostało ich około 250 - wiele z nich jest starszych niż domy, w których są osadzone. Drzwi wejściowe, najważniejsza część każdego domu, były symbolem statusu oraz dobrobytu. Wiele starszych drzwi zdobi wyrzeźbiony tekst Koranu, inne ozdobione są znaczącymi motywami, jak na przykład: ryba (życzenie posiadania wielu dzieci) lub drzewo daktylowe (mające przynieść dobrobyt). Niektóre drzwi wyposażone są w mosiężne kolce, tradycyjne zdobienie hinduskie, które dawniej miało chronić drzwi przed ewentualnym staranowaniem ich przez słonie.  

Poniżej kilka przykładów takich drzwi (slideshow):

Dwie noce spędziliśmy w polecanym przez Trip Advisor Warere House. Nie był to zbyt wyszukany hotelik - raczej standardowy, ale dobrze zarządzany, z przepyszną kuchnią. Pokoik dosyć mały, z typowym zanzibarskim łóżkiem (drewniany, często z rzeźbionymi dekoracjami stelaż, rozmiaru królewskiego, z grubym materacem, z umocowaną naokoło moskitierą). Posiłki serwowane były na ulokowanym na dachu tarasie. Z hotelu blisko było do portu oraz Ogrodów Forodhani (jak dla mnie jest to raczej park), który jest punktem zbornym turystów. Każdego wieczoru, od około 17:00 skwer przeradza się w restaurację na świeżym powietrzu. Lokalni kucharze ustawiają swoje stanowiska i przygotowują przysmaki, z których najsłynniejsze są “mishkaki”, czyli coś w rodzaju szaszłyka. Turyści zajadają się smakołykami obserwując krążące po porcie statki i oczekując na zachód słońca.

Wystrój Warere House (slideshow):

Port oraz Forodhani (slideshow): 

Dwa dni przechadzaliśmy się po ulicach i uliczkach Stone Town, podziwiając architekturę oraz leniwie toczące się życie Zanzibarczyków. Duże wrażenie zrobił na nas miejscowy market, gdzie kupić można było wszystko, począwszy od zapałek, na słuchawkach Beats skończywszy (oczywiście oryginalność wyrobów pozostawia wiele do życzenia ;)) Udało nam się przecisnąć wzdłuż, choć był to niezły wyczyn, zważając na fakt, że mieliśmy wózek. Przyszliśmy jednak w konkretnym celu i misja została zakończona pomyślnie - wracaliśmy z sześćdziesięcioma sztukami… pieluch (naprawdę dobrej jakości!).

Kolorowy market Stone Town (slideshow):

Miasteczko przygotowane jest na turystów - różnego rodzaju restauracje, kawiarnie, puby przyciągają przyjezdnych, a stragany i sklepiki - najczęściej ulokowane w wąskich aczkolwiek przyjemnych uliczkach - kuszą miejscowymi wyrobami oraz pamiątkami. Do wyboru, do koloru! (slideshow):

Na ochłodę najlepszy jest sok z wyciskanej trzciny cukrowej, z dodatkiem imbiru i limonki (slideshow):

Stone Town to również punkt wypadowy do pobliskich turystycznych atrakcji. W miejscach najbardziej uczęszczanych przez turystów spotkać można “przewodników” proponujących wycieczki po mieście oraz po okolicach. W wachlarzu propozycji są: tzw. “spice tour”, czyli zwiedzanie plantacji roślin, z których powstają przyprawy korzenne, kurs łodzią na “więzienną wyspę” czy do “parku koralowców” na wyspę Chumbe, gdzie podziwiać można płytką i unikatową rafę koralową. W kilku miejscach wyspy na wybrzeżu można zwiedzać wielkie naturalne groty, które wykorzystywano do ukrywania schwytanych niewolników przed ich dalszą podróżą. W samym miasteczku głównymi atrakcjami są: dawny pałac sułtana, zwany House of Wonders, czyli “dom cudów”, pozostałości pałacu Maruhubi sułtana Barghasha wraz z haremem dla jego dziewięćdziesięciu dziewięciu żon, muzeum historyczne oraz plac niewolników. 

Dobra rada dla podróżujących - dwa pełne dni w Stone Town w zupełności wystarczą. Resztę czasu polecam na wykorzystanie na chill out na plażach, bo jest w czym wybierać!

 

Przystanek nr 2 - Plaża Bwejuu (Makuti Beach Hotel)

Plaża Bwejuu to oaza dla pragnących odetchnąć od zgiełku i codziennych obowiązków. To idealne miejsce na urlop… Bwejuu równa się: cisza, spokój, lenistwo, relaks i wszelkiego rodzaju synonimy, które taki wypoczynek charakteryzują. Jest to alternatywa dla pobliskiej plaży Paje, która słynie z imprez i “studenckiego” sposobu wypoczywania. Wzdłuż tej części wybrzeża najbardziej charakterystycznym widokiem są kitesurf’erzy. Częste wiatry pozwalają na uprawianie kiteserfing’u, więc w wietrzny dzień na niebie podziwiać można dziesiątki półokrągłych czasz (slideshow): 

Równie częstym obrazkiem na Bwejuu (i nie tylko, bo zjawisko to występuje na całym wschodnim wybrzeżu) są miejscowe kobiety, które przychodzą na brzeg oceanu przy każdym odpływie (a te są tutaj codziennie i ocean potrafi cofnąć się o zadziwiające odległości) i zbierają… algi. To “zielone złoto” Zanzibaru uprawiane jest na specjalnie przygotowanych polach, które przy przypływie przykrywane są wodami oceanu. Podczas odpływu oczom ukazują się zrobione z patyków oraz sznurków grządki, które z przywiązanymi do nich wodorostami tworzą niezwykłe plantacje. “Zbieraczki” przemierzają odsłonięte po odpływie tereny, napełniając chusty lub foliowe torby “magicznym zielskiem”, naprawiając zniszczone przez prądy oceanu grządki oraz wkładając nowe sadzonki. Niezwykle pracochłonna i wymagająca uprawa. Jak wiemy wszyscy, algi morskie mają szerokie zastosowanie. Są wykorzystywane między innymi w przemyśle spożywczym, farmaceutycznym i w kosmetyce. Z uwagi na duże wartości odżywcze, w niektórych regionach świata glony te używane są jako składnik codziennej diety lub jako pasza dla zwierząt. Poza tym stanowią bogate źródło minerałów, takich jak cynk, fluor, fosfor czy magnez, które są niezwykle potrzebne do właściwego funkcjonowania organizmu. 

Algi z Zanzibaru trafiają więc do Europy i do Azji. Mimo tego, że plantacje alg prowadzone są na wyspie dopiero od 1989 roku, to hodowla ta stała się jednym z podstawowych gałęzi utrzymania wielu rodzin na wyspie. Miesięczny zarobek kobiety uprawiającej algi to około 8$. Dla porównania, słoik dobrego kremu z dodatkiem alg będzie kosztował około 70$.

A tak to wygląda (slideshow):

Zatrzymaliśmy się na kilka dni w hotelu Makuti, który do dyspozycji ma bangalow’y położone na samej plaży - drobnym jak mąka, prawie białym piasku. Nasz bangalow miał widok na błękitny ocean, więc codziennie do snu usypiał nas szum fal. Do dyspozycji hotel ma również basen ze świetnie zagospodarowanym terenem. Muszę też wspomnieć o jedzeniu, które w Makuti było przepyszne! Domowa kuchnia na najwyższym poziomie! Nie chciało nam się nawet ruszać tyłków, żeby wybrać się do innego miejsca na posiłek. Celem było spróbowanie wszystkiego z menu Makuti.

Makuti i plaża Bwejuu (slideshow):

Panowie z ostatniego zdjęcia to sprzedawcy ręcznie wykonanych afrykańskich pamiątek. Przechadzają się każdego dnia po plażach ze swoim wesołym "jumbo!" ("cześć!") lub "hakuna matata!" ("nie ma problemu!").

Bardzo często hotele organizują wycieczki w okoliczne atrakcje tej części wybrzeża. My wybraliśmy wypad do Parku Narodowego Jozani, gdzie mogliśmy poobserwować występujący jedynie na Zanzibarze gatunek małp - Red Colobus oraz przespacerować się po lesie namorzynowym. Przyjemnie :)

 

Przystanek nr 3 - Plaża Matemwe (Zanzibar House)

No tutaj to my się odprężyliśmy na maksa! Atmosfera w Zanzibar House, w którym się zatrzymaliśmy, jest wakacyjno-domowa. Tworzą ją właściciele, a właściwie właściciel - Włoch Maximiliano. Choć w podeszłym wieku, bije od niego niezwykła energia i urok osobisty. Dom, który małżeństwo prowadzi ma jedynie 7 pokoi, więc idealnie zgrywa się z definicją “boutique hotel” (hotel butikowy), czyli mały hotelik, dla osób ceniących kameralność, spokój i intymność oraz urok miejscowego design’u. Piękny! A dlaczego taki mały hotelik? Podczas jednego z wieczorów Maximiliano - pykając leniwie cygaro - opowiedział nam swoją niezwykle barwną i ciekawą historię życia, która doprowadziła go na Zanzibar…

Ten urokliwy kawałek ziemi znajduje się nad samym oceanem, przy plaży. W trakcie odpływu plaża jest szeroka i nawet można spacerować po niej z wózkiem. Trzeba jednak pamiętać o przypływach, bo jeśli już występują (dwa na dobę), to plaża znika całkowicie, a ocean podchodzi pod same mury resortów. Wtedy goście relaksować się mogą przy hotelowym basenie, w pokoju gier lub posmakować włosko-zanzibarskiej kuchni, której smakoszem jest Maxi. Każdy z niecierpliwością wyczekiwał na kolację, bo menu składało się z czterech części a jego składowe były codziennie skrzętnie przygotowywane przez gospodarza i miejscowego kucharza. Były owoce morza, ryby na różne sposoby, pysznie przygotowane mięso, wszystko w połączeniu z typowymi włoskimi dodatkami (makarony, risotto, itp.) oraz zanzibarskimi warzywami i owocami, z których najsłynniejsze to marakuja, kokos, papaja i gujawa. Palce lizać!

Zanzibar House (slideshow):

Mimo że miejsce na pierwszy rzut oka jest idealnym wyborem dla par (szczególnie tych, które wybrały Zanzibar House na swój miodowy miesiąc), Bruno znalazł tam dla siebie wystarczająco dużo rozrywek: wyścigi po plaży, obserwowanie krabów, gra w piłkę, kąpiele w basenie i oceanie, zbieranie muszelek (a właściwie wygrzebywanie ich z wodorostów), kopanie w piasku, a nade wszystko zabawa ze szczególnymi mieszkańcami Zanzibar House - dwoma kocurami (które, ku naszemu zdziwieniu, przypominały nasze). W ruch leciały piłki, muszelki, kamyki, patyki… 

W Zanzibar House również skorzystaliśmy z jednodniowej wycieczki - tym razem kurs łódką na wyspę Mnemba. Na samą wyspę jednak nie weszliśmy, ponieważ jest ona własnością ekskluzywnego resortu - Mnemba Island Lodge i wstęp na nią mają jedynie jego goście. A nocleg kosztuje około 2 tys.$, ekhm… Gośćmi są przede wszystkim bogaci i sławni i nie rzadko się zdarza, że wynajmują oni całą wyspę dla siebie. 

Nam - małym żuczkom - można natomiast korzystać z uroków otaczających wyspę raf koralowych. Z wielką przyjemnością wskoczyliśmy do wody, żeby ponurkować. Tym razem jedynie z maską. Nie było jednak czego żałować, bo ilość żyjątek i ich gatunków przy samej powierzchni wody wystarcza na sam snorkeling. Cisza, kolory i towarzystwo ryb dostarczają niesamowitych wrażeń i relaksu. Miejsce jest na tyle ciekawe, że podczas odpływu kawałek od głównej wyspy tworzy się plaża i przez kilka godzin można korzystać z jej uroków - stamtąd nikt nie ma prawa wygonić turystów. Kolory i przejrzystość wody mówią same za siebie (slideshow):

W drodze na lotnisko udało nam się jeszcze zahaczyć o plantację roślin i zrobić zapasy z przypraw. Dziwnym zbiegiem okoliczności akurat tego dnia padało…

Wracaliśmy wypoczęci, zrelaksowani i uśmiechnięci :) 

Na koniec dwa pełne wrażeń tygodnie ujęte w dwuminutowe video:


RPA/Suazi - piękno flory i fauny

Lipiec 2015

Lipiec to jeden z zimowych miesięcy w RPA. Chłodniejsze południe, ciągle ciepła, słoneczna północ kraju. Bardzo niskie zagrożenie zarażenia malarią, bo bardzo mało komarów. Ograniczona roślinność w Parkach Narodowych i rezerwatach, a co za tym idzie - bardzo dobra widoczność i możliwość wypatrzenia dzikich zwierząt. 

Wszystkie te czynniki plus temperatury nie do wytrzymania w Rijadzie zdecydowały, że uciekliśmy na dwa tygodnie na północ RPA.

Cali szczęśliwi i żądni przygód wsiadaliśmy do samolotu w Dżuddzie. Podróż do Johanesburga miała trwać 7 godzin. Bruno przez cały lot zachowywał się wzorowo - kredki, plastikowe miseczki serwisu, krótkie spacery, drzemka wypełniły mu mijający czas. Nic i nikt nie był w stanie zmącić naszej radości i dobrych humorów. 

A jednak…

Stajemy do odprawy paszportowej (ostatni etap na lotnisku przed odbiorem bagaży). Pan na stanowisku sprawdza nasze paszporty. My cali promieniujący, zadowoleni! Nagle pada prośba: “Akt urodzenia dziecka, poproszę?”. Akt urodzenia? Po co? Oboje szczerze się zdziwiliśmy, ale nadal uśmiechnięci mówimy panu, że przecież jest paszport dziecka, więc po co nam akt urodzenia (kto na lotnisku prosi o akt urodzenia?!). Pan całkiem poważnie informuje nas, że z datą 01.06.2015 wszedł nowy przepis i przy wyjeździe i wjeździe do RPA z dzieckiem potrzebny jest jego akt urodzenia. Mój wzrok pada na Tomka, już trochę mniej pewnie pytam się go, czy o tym wiedział. Oczywiście, że nie! Kto sprawdza takie informacje? Kto wymaga takich dokumentów? Wizy nie trzeba, więc nic nie potrzeba! No dobra, trzeba to jakoś załatwić. Tomek pół żartem, pół serio odpowiada panu, że przecież widać, że to nasze dziecko, że woła do mnie “mama”, a do niego “tata” (no tak, oczywiste!), że to samo nazwisko w paszporcie. Pan prosi, żebyśmy chwilę poczekali. Do stanowiska podchodzi pani, bez słów bierze nasze paszporty i machnięciem ręki wskazuje, żebyśmy szli za nią. Idziemy z myślą, że zaraz wszystko się wyjaśni, tylko pewnie będziemy musieli jakiś dokument podpisać.

Przechodzimy przez drzwi “na kartę”, wąski korytarzyk, poczekalnia, a w niej sporo osób - wszyscy mają posępne miny. Kawałek dalej małe biuro. Przestaje mi się to podobać. Czy tu w ogóle jest jakaś organizacja? Ludzie wchodzą bez wołania, wychodzą, co trochę pojawiają się jacyś urzędnicy, przyprowadzają, odprowadzają pojedyncze osoby, całe rodziny. Jakaś totalna dezorganizacja. Tomek zagląda do biura i pyta panią siedzącą za biurkiem czy mamy czekać, czy będzie nas wołać. Ona na to, że nie musi nas wołać, że jak nie ma aktu, to do RPA nie wjedziemy. KONIEC! Mija pierwsza godzina od przybycia na lotnisko. Teraz to już na serio zaczynamy się denerwować. Jak to nie wjedziemy!? Żarty jakieś!!! Na pewno wjedziemy! Tymczasem myślimy intensywnie, co możemy zrobić...

Któremuś z nas wpada do głowy pomysł, żeby przeszukać skany dokumentów w telefonach, bo przy przeprowadzce do Arabii wysyłałam Tomkowi międzynarodowy akt urodzenia Bruna. Ratuje nas polska karta SIM (w ostatniej chwili wrzuciłam ją do portfela!), bo saudyjskie nawet nie działają. Jak na złość wszystkie dokumenty są (akt małżeństwa, dokumenty dla kotów, wizy, paszporty, itp.), ale nie ma aktu urodzenia. Co za pech! Tomek znajduje jedynie polski, ale skan jest zamazany, bo telefon nie może do końca ściągnąć zdjęć z sieci! 

Kolejny pomysł! Trzeba zadzwonić do Andrei’a (znajomego sąsiada, który opiekował się naszymi kotami na czas wyjazdu). Akt jest w teczce, więc wystarczy, żeby zrobił zdjęcie i nam przesłał! To na pewno nas uratuje! Andrei odbiera telefon, biegnie do naszego mieszkania i zaczyna szukać we wskazanej teczce. Rozłączamy się i czekamy cierpliwie. Mija druga godzina: Bruno już powoli zaczyna się wiercić, chce wyjść z klaustrofobicznego pomieszczenia (wcale mu się nie dziwię! Siedem godzin w samolocie, a teraz jeszcze tutaj!). Staram się go zabawiać. Andrei coś milczy. Dzwonimy do niego. Twierdzi, że takiego dokumentu tam nie ma. Jak to nie ma?! Jak ja wiem, że NA PEWNO jest! Porządkowałam dokumenty niedawno i on właśnie tam jest! (Każdy chyba wie, jak człowieka szlag trafia, jak wie, że coś jest we wskazanym miejscu, a ktoś nie może tego znaleźć?!). Andrei, please! Skup się i czytaj uważnie! Po chwili Andrei wysyła nam jakieś zdjęcia. Z nadzieją patrzymy na otwierający się dokument . Przecieram oczy ze zdumienia - przepis na zupę według 5-ciu przemian. No comment…

Dobra, poddajemy się, Andrei też się poddaje. 

Następny pomysł. Telefon do przyjaciela, czyli do Ambasady Polskiej! Przecież muszą mieć jakieś rozwiązanie na tego typu problemy obywateli. Rozmowa z Konsulem przebiegła następująco:

Tomek tłumaczy naszą sytuację i pyta, jak oni mogą nam pomóc.

Konsul: “Ale przecież informowaliśmy na naszej stronie o nowym przepisie”. 

Nie zapowiada się zbyt obiecująco…

Tomek: “Rozumiem, ale nie sprawdziłem i przyznaję, że to moja wina. Czy możecie nam jakoś pomóc w takiej sytuacji? Jakieś szybkie potwierdzenie, że nasz syn, to nasz syn?”

Konsul: “Niestety. Zostaną teraz państwo przeniesieni do miejsca, gdzie przebywają obywatele innych krajów z podobnymi problemami i będziecie państwo czekać na deportację.

Tomek: “Czyli nie jesteście w stanie nam pomóc? Nie da się nic zrobić?"

Konsul: “Niestety, nie”.

Tak wygląda pomoc obywatelowi Polski. Wygląda na to, że ambasady są jedynie po to, żeby udzielać informacji, ale już nie po to, żeby pomagać.

(Nie byłabym zbulwersowana, gdybym nie wiedziała, jak działa taka placówka, ale odbywałam w jednej z nich staż i wiem, że są konsule, którzy staną na głowie, żeby pomóc w takich sytuacjach. Niestety, nie w RPA…)

W głowie miałam wizję jakiegoś paskudnego miejsca, gdzie wrzucą nas z ludźmi niewiadomego pochodzenia do jednego pokoju o obskurnych, zapleśniałych ścianach! Nie wyobrażałam sobie, jak moglibyśmy przeżyć choć chwilę w takim miejscu. Nie chodziło tutaj o mnie, czy o Tomka, bo w przeszłości zdarzało nam się spać w różnych miejscach, ale o Bruna! W głowie mi się nie mieściło, że tak może zakończyć się nasza wycieczka.

Dlaczego oni upierają się tak przy tym akcie urodzenia?! Może chodzi tutaj o łapówkę? Nie wiedzieliśmy czy rzeczywiście, nie posiadaliśmy takich informacji. Może jednak warto spróbować? Delikatnie…

Poprosiliśmy panią za biurkiem o prywatną rozmowę za zamkniętymi drzwiami. Tomek zaserwował jej takie przemówienie, że jak ja bym była na jej miejscu, to otworzyłabym dla nas wszystkie drzwi! ;) Pani jednak zbyt wielkiej władzy nie miała i zaproponowała rozmowę z jej szefem - głową departamentu. Jest światełko w tunelu! Czekamy więc na bossa. Pani nie ma i nie ma. Mija trzecia godzina… Wchodzi jakiś inny pan do biura. Pytamy, czy jest tutaj szefem, ale niestety nie. Tomek próbuje jeszcze raz swojej przemowy. Pan jest pod wrażeniem i obiecuje, że zawoła swojego szefa. Gdzie się podziała ta pani?! Przychodzi znowu jakiś inny pan. Informuje nas, że jest szefem linii lotniczych Saudi Airlines i przyszedł, żeby nas poinformować, że deportują nas za darmo (cudownie!) w poniedziałek (był piątek). Serce zaczyna mi walić, nogi jak z waty, oczy wilgotne (muszę tutaj zaznaczyć, że obecnie jestem w wyjątkowym stanie i sytuacje, które normalnie przyjmuję na klatę, mogą mnie totalnie zdołować). Informujemy pana, że jeszcze jesteśmy w trakcie negocjacji, że może nas wpuszczą (wedle zasady, że nadzieja zawsze umiera ostatnia). Wreszcie przychodzi wódz całego departamentu. Tomek po raz trzeci uaktywnia swoją przemowę. Kolejna osoba jest pod wrażeniem. Dodatkowo pokazujemy im zamazany polski akt urodzenia i tłumaczymy, gdzie są wypisani rodzice dziecka. Wydaje się, że wódz wymięka. Okazuje się jednak, że jest jedno ALE. Jest jeszcze jeden departament, który przejmuje nas po odprawie i tam też wymagany jest akt urodzenia. Niestety, jest to osobny departament, z osobnym szefem i tam na pewno nas nie puszczą. Toż to woła o pomstę do nieba! Rozklejam się totalnie! Trzymam Bruna na kolanach, łzy ciekną mi po policzkach, on na szczęście spokojnie rysuje (w międzyczasie biuro zmieniło się w plac zabaw). 

Nagle szef linii lotniczych zainteresowany naszym przypadkiem pyta nas, jak to się stało, że lecieliśmy przez Dżuddę, skoro jesteśmy z Polski. Informujemy go, że mieszkamy w Arabii Saudyjskiej. “Macie iquamy?” (dokument, który mają wszyscy rezydenci Arabii Saudyjskiej) - pyta się nas z nadzieją w głosie. “Mamy” - odpowiadam i w tym samym momencie zapala mi się w głowie lampka! Przecież na iquamie Bruna są wypisani jego rodzice! Tak! To jest nasza jedyna deska ratunku! Szef linii informuje o tym wodza departamentu imigracyjnego i stwierdza, że to jest wystarczający dowód, bo przed wystawieniem iquamy przyjezdni w Arabii muszą udowodnić, że są małżeństwem i że mają akt urodzenia dziecka. Znowu widzę światełko w tunelu. Szef linii jest co prawda z RPA, ale mówi biegle po arabsku. Proponuje rozmowę z wodzem imigracyjnego, z tym od kolejnego departamentu i z Tomkiem. Panowie i Tomek wychodzą. Zostaję z Brunem i w myślach dodaję odwagi mojemu mężowi…

Mija czwarta godzina. Nagle Tomek wchodzi do biura, spoglądam na jego twarz i widzę delikatny uśmiech. “Pakuj się kochanie, witaj w RPA”. Nie wierzę! Nagle ulatują ze mnie wszystkie emocje! Rozklejam się na amen! W głowie tylko mi dudni: “Udało się, udało!!!!”. Kocham Arabię Saudyjską, kocham moją iquamę!!! Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę tak wdzięczna królestwu za ten dokument! 

Wpuszczają nas pod jednym warunkiem: musimy mieć akt urodzenia przy wyjeździe z RPA. Nie ma sprawy! Oby tylko wjechać! O wyjazd będziemy się martwić potem! Jak moglibyśmy teraz zrezygnować, po takiej walce?! No way! Byliśmy szczęśliwi jak nigdy! Wykończeni, ale szczęśliwi! 

Odebraliśmy auto z wypożyczalni i czym prędzej ruszyliśmy w drogę (Tomek musiał jeszcze “przestawić się” na jazdę lewym pasem!). Pech chciał, że GPS po drodze szwankował i zamiast 2 godzin, jechaliśmy 4. Widocznie taki miał być nasz pierwszy dzień w RPA. Leżąc w hotelowym łóżku, wierzyliśmy, że kolejne będą już tylko dobre :) 

Nasze życzenie spełniło się i nie żałowaliśmy ani jednej chwili spędzonej w RPA. 

Północ kraju jest malownicza - rozległe przestrzenie, plantacje pomarańczy, orzechów, awokado, wzgórza, lasy, wodospady. Wszystko, za czym tęskni dusza po dłuższym pobycie w pustynnym królestwie. Spędzaliśmy tyle czasu na dworze, ile się dało, wdychając świeże jesienne powietrze (zima w RPA, to jak nasza złota polska jesień). W każdym miejscu, w którym się zatrzymywaliśmy lokal wyposażony był albo w taras, albo w ogródek (poszczególne miejsca będę opisywać poniżej, pod zdjęciami), więc jak tylko poranne promienie słoneczne ogrzały powietrze, wychodziliśmy na zewnątrz. 

Południowa Afryka uchodzi za kraj niebezpieczny, w którym kradzieże, rozboje, a nawet morderstwa zdarzają się bardzo często. Trzymaliśmy się więc z dala od dużych miast i zawsze w pobliżu turystycznych szlaków. Nam nie przytrafiła się żadna przykra sytuacja, zawsze i wszędzie mieliśmy się na baczności. Ostrożność mieszkańców była jednak widoczna gołym okiem - domy bardzo często (zwłaszcza te duże i piękne) otoczone były wysokim murem z drutem kolczastym. Przy okazji pogawędek z obywatelami RPA (w miejscach turystycznych było ich bardzo dużo) słyszeliśmy również kilka historii o kradzieżach, napaściach i wyszukanych sposobach na obrabowanie turystów. Podobno jednym ze sposobów było rzucenie ciężkiego kamienia z wiaduktu na jadący samochód, który grupa przestępców następnie okradała.   

Czarnoskórzy mieszkańcy stanowią 80% społeczności południowoafrykańskiej. Dla nas byli bardzo mili i uprzejmi, a dzięki Brunowi zyskiwaliśmy sobie jeszcze większą sympatię. Nie po raz pierwszy wszyscy zwracali uwagę na uroczego blondynka o niebieskich oczach ;). Obywatele RPA wydają się być dumni z tego, że wywalczyli sobie niepodległość i równouprawnienie, choć niektórzy ciągle jeszcze narzekają, że podziały społeczne wciąż istnieją. Biednych jest bardzo wielu i widać to na każdym kroku. Skupiska ludzi to głównie małe wioski żyjące własnym życiem, zabudowane małymi (bardzo często rozpadającymi się) domkami. Do większych miast jest daleko i bardzo mało osób dysponuje samochodem, na ulicach jest więc mały ruch, a ludzie przemieszczają się albo “na stopa”, albo małymi busikami kursującymi między wioskami i miastami.

Jedna z rzeczy, która nas zaskoczyła, to ceny - nie są one zbyt wygórowane, zwłaszcza w restauracjach. Można zjeść bardzo dobrze (i dużo!) i w miarę tanio. Południowoafrykańczycy uwielbiają mięso, zwłaszcza steki. Początkowo nie wiedzieliśmy, jakiej są one jakości, ale jak spróbowaliśmy raz, to już do końca wyjazdu nie mogliśmy przestać śnić o soczystym mięsie! A cena? Dla porównania - w Polsce za dobry filet ze steka (zaznaczam - DOBRY) trzeba zapłacić ok. 120 zł, w RPA - 50 zł. Jakże więc można nas winić za monotematyczność przy wyborze menu ;)

A jak poradziliśmy sobie z aktem urodzenia? 

Początkowo chcieliśmy dać jeszcze jedną szansę Ambasadzie Polskiej, ale po pierwszym telefonie (po pierwszym, gdy udało nam się w ogóle połączyć, bo to nie takie proste…), nasze nadzieje prysnęły jak bańka mydlana, bo pan konsul oświadczył nam, że są w stanie zorganizować akt w… UWAGA - dwa miesiące! Żadnej porady, żadnej podpowiedzi… Trzeba więc było działać na własną rękę. Osoby, na które można zawsze liczyć - rodzice! Wybrali się do wrocławskiego urzędu z naszymi dowodami i załatwili akt na miejscu. Jeszcze tego samego dnia zamówiliśmy kuriera DHL, który odebrał akt od rodziców. Dokument mieliśmy odebrać po 5 dniach w centrum dystrybucyjnym DHL, w jednym z większych miast (inaczej dowóz trwałby 2 tygodnie, bo byliśmy w małym miasteczku Sabie). Na wszelki wypadek DHL wziął jednak od nas adres hotelu w Sabie. Jakież było nasze zdziwienie (i radość!), gdy kurier pojawił się po 2 dniach w drzwiach naszego domku w Sabie! 

Podsumowanie: Ambasada kontra Obywatel? Odpowiedź jest prosta…

Dobra, dosyć gryzmołów! Mam nadzieję, że jeśli zabrakło czegoś w tekście, odnajdziecie to na zdjęciach.

PRZYSTANEK NR 1 - Park Narodowy Pilanesberg

Zatrzymaliśmy się w King Resort. Domki wyglądały, jak na zdjęciu, a sam resort był bardzo przyjemnie zagospodarowany, z dużą ilością rozrywek dla dzieci. 

Zatrzymaliśmy się w King Resort. Domki wyglądały, jak na zdjęciu, a sam resort był bardzo przyjemnie zagospodarowany, z dużą ilością rozrywek dla dzieci. 

Widok z naszego tarasu.

Widok z naszego tarasu.

W naszym ośrodku nie serwowali śniadań, ponieważ trwał akurat remont części kuchenno-jadalnej, więc na śniadanie wybraliśmy się do poleconego pobliskiego resortu - Kwa Maritane. Restauracja mieściła się w niezwykle przytulnym budynku z tarasem, który rozciągał się nad wybiegiem dla zwierząt. Tak więc wyglądało nasze pierwsze śniadanie w RPA (slideshow - zdjęcia zmieniają się po kliknięciu na pierwsze):

Kolejnego dnia wybraliśmy się do Narodowego Parku z nadzieją, że uda nam się wypatrzeć jakieś zwierzęta. Nie byliśmy w pełni przekonani, bo Pilanesberg uchodzi za park, gdzie raczej nie za wiele można zobaczyć. Chcieliśmy chociaż skorzystać z pięknego, słonecznego dnia - idealnego na piknik w specjalnie przygotowanym do tego miejscu, wewnątrz parku. Było bardzo przyjemnie, a widoki i napotkane zwierzęta wcale nas nie rozczarowały (slideshow):

Odwiedziliśmy jeszcze pobliskie Sun City, zwane "miastem-zabawą". Jest to wielki resort z pałacem, kasynami, sklepami, restauracjami, basenami. Nam jakoś nie szczególnie przypadł do gustu, może dlatego, że pojechaliśmy tam dosyć późną porą i nie zobaczyliśmy głównej atrakcji - pałacu. A może nie bez powodu niektórzy nazywają to miejsce największym kiczem świata? Mimo wszystko, myślę, że o innej porze dnia nasze odczucia byłyby pozytywne, bo miejsce wydawało się bardzo ciekawie zagospodarowane, z wieloma atrakcjami.

PRZYSTANEK NR 2 - Park Krugera (Skukuza)

Zatrzymaliśmy się w obozie Skukuza - największym w Parku Krugera. Domki były bardzo standardowe, z całym wyposażeniem kuchennym oraz tarasem z grillem. Skukuza to małe miasteczko, znaleźć tam można restaurację z tarasem serwującą przepyszne dania w rozmiarach XXL, sklep ze wszystkim, co dusza zapragnie (łącznie z przepięknymi ręcznie robionymi pamiątkami), stację benzynową, itp. Każdy obóz w Krugerze organizuje wycieczki safari, na które można pojechać o różnych porach dnia i nocy. Na kilku takich byliśmy (jeździliśmy na zmianę, ponieważ dzieci w wieku Bruna nie mogą brać udziału w safari) i byliśmy bardzo zadowoleni. Poza tym, po parku można jeździć wyznaczonymi trasami własnym samochodem, więc korzystaliśmy również z tej możliwości. 

Najpierw slideshow z samego obozu:

Każdy turysta przyjeżdżający do Parku Krugera obiera sobie za cel "wytropienie" Wielkiej Piątki spośród zwierząt, do której zalicza się: słoń, bawół, lew, nosorożec oraz lampart. Cztery pierwsze dosyć łatwo jest spotkać przy regularnych, codziennych wycieczkach w głąb parku. Z lampartem jest już niestety trudniej... Pewnie dlatego, że żyją one samotnie i przemieszczają się bardzo szybko - w końcu są kotami. Nie spędzają jednak całych dni, wylegując się w jednym miejscu, jak to zwykły robić lwy. Nie mogliśmy więc uwierzyć, jakie spotkało nas szczęście, gdy przy jednym z ukrytych między krzakami jeziorek dojrzałam cętkowaną sierść! Byliśmy jedynymi widzami 5-minutowego przedstawienia! (najczęściej, jak już ktoś dojrzy zwierzę, zatrzymuje się przy nim kilka aut i ciężko o dobry widok). Lampart odbył krótki spacer wzdłuż brzegu jeziora, zatrzymując się na chwilę aby ugasić pragnienie. Chłonęliśmy ten widok z entuzjazmem! Za chwilę kocur czmychnął w busz. Byliśmy w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze... Innego dnia udało nam się zobaczyć lamparta leżącego na skale. Cieszyliśmy się jego widokiem również zaledwie kilka minut.

Poniżej ujęcia z parku (slideshow). Zaznaczam, że mój obiektyw nie ma zoom'u, więc wszystkie fotki robione są z takiej odległości, jaka faktycznie dzieliła nas od zwierząt: