O wszystkim, czyli aklimatyzacja w Dżuddzie

Minęły trzy miesiące. Czas aklimatyzacji w nowym miejscu, przyzwyczajania się do pogody, ludzi, warunków. Czas początkowych frustracji, zamieszania, zdobywania informacji, aż wreszcie organizacji i sprawnego funkcjonowania w nowych okolicznościach.

W tym wpisie więc trochę o wszystkim, czyli pierwsze wrażenia z Dżuddy… Osiem ważnych aspektów.

Po pierwsze - przedszkole dla naszego Starszaka. To szczególny czas dla nas, a zwłaszcza dla Bruna, który od października zaczął chodzić do przedszkola. Oczywiście nie obyło się bez stresu, bo najpierw wybór odpowiedniego. Jak zobaczyłam dwie pierwsze propozycje, to stwierdziłam, że moje dziecko chyba nie nadaje się jeszcze na przedszkolaka. Krzycząca i skacząca opiekunkom po głowach banda rozwścieczonych małpek nijak się miała do mojego wyobrażenia o miejscu, gdzie dzieci z zainteresowaniem zajęte są ręcznymi pracami i słuchają swoich opiekunów (a może mam zbyt wygórowane oczekiwania? W Polsce chyba nie jest aż tak źle?). Tymczasem dwie pierwsze propozycje były dla mnie bardziej “przechowalniami” niż przedszkolami.

Na szczęście trzecia opcja okazała się strzałem w dziesiątkę, a podejście do rozwoju dziecka wreszcie było odpowiednie (sama mam przygotowanie pedagogiczne, więc co nieco wiem o rozwoju dziecka i metodologii nauczania). Jest to placówka w duchu Montessori. Oczywiście można by od razu rzec, że uległam obecnej “modzie na Montessori”, ale różnicę było widać wraz z przekroczeniem progu. Cisza, dzieci grzecznie zwracające się do nauczycielki, ciekawe pomoce naukowe, wzbudzające w dzieciach naturalną ciekawość i kreatywność. Ufff…, udało się.

Bruno też polubił to miejsce “od pierwszego wejrzenia”. Bardzo szybko "podkówkę" na twarzy (wynikającą bardziej z przebywaniem w nowym miejscu i dłuższej rozłąki z mamą) zastąpił uśmiech. Tym bardziej, że niedługo po jego “starcie w dorosłość” dołączył do niego kolega z RPA - Jayden, który mieszka na tym samym osiedlu. Ci dwaj są teraz nierozłączni! 

Po drugie - transport do przedszkola. Oczywiście początkowe schody. Strome schody! Ponowne przeżywanie, że nie mogę po prostu wsiąść do własnego auta i odwieźć/przywieźć dziecko do i z przedszkola! Korzystałam najpierw z Ubera, ale szybko zorientowałam się, że daleko nie zajadę, bo 99,9% kierowców nie potrafiła nawet prostych zwrotów po angielsku! Nawet metoda na “Kali jeść, Kali pić” nie pomagała! Codzienne użeranie się z taksówkarzami trzeba było więc jak najszybciej zastąpić stałym kierowcą, który bez problemu będzie w stanie odebrać mnie z compoundu o konkretnej godzinie, będzie znał drogę do przedszkola i z powrotem i w razie jakichkolwiek zmian będę miała z nim kontakt. Co prawda mamy do dyspozycji kierowcę z Tomka firmy, ale obsługuje on 10 rodzin, więc niemożliwe, żeby korzystać z jego usług pięć razy w tygodniu rano i w południe. Jeździmy więc z nim dwa razy w tygodniu. Na pozostałe trzy dni trzeba było znaleźć inny transport. Po wspólnych poszukiwaniach (ja, Tomek oraz rodzice Jaydena) udało nam się znaleźć kierowcę pracującego w naszym compoundzie i ustalić z nim stałe godziny. I życie stało się znowu piękne!!! Bardzo mi na tym zależało, bo przecież niedługo mama wyjedzie i będę musiała odwozić Bruna z maluchem, a wtedy już sprawa mocno by się skomplikowała… 

Od dwóch miesięcy mamy więc w domu szczęśliwego przedszkolaka oraz szczęśliwych, spokojnych rodziców :)

Po trzecie - Dżudda. Jakim jest miastem?

MOKRYM! To pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Mokrym, bo wilgotność jest tutaj naprawdę wysoka! Z taką wilgotnością spotkałam się po raz pierwszy w Wietnamie i stwierdziłam wtedy, że za nic w świecie nie mogłabym żyć w takim klimacie. A jednak! Nigdy nie mów nigdy ;) Nie jest tak źle, można się przyzwyczaić.

Dżudda to miasto położone nad Morzem Czerwonym. To to samo morze, do którego ma dostęp Egipt, więc wielu Polakom jest znane. Nasz compound położony jest rzut beretem od morza, ale ze względu na specyfikę miejsca nie można korzystać z jego uroków. W każdym razie nie do końca… Powodem są restrykcje. Na publicznej plaży absolutnie nie można ściągnąć abai. Nie można więc w ciągu dnia spokojnie pospacerować, posiedzieć, bo… jest 30 stopni! Plus wilgoć! Pozostają nam więc prywatne, zamknięte plaże, które oczywiście są płatne. 150zł od osoby. Za cały dzień. Sam wstęp. Oczywiście są piękne, zadbane, czyściutkie, turkusowa woda, leżaczek, parasol, miękki piasek, morska bryza. Za taką cenę?! Oczywiście! Oto przykłady:

Bruno i Jayden :) 

Bruno i Jayden :) 

Po czwarte - abaja. Oczywiście ciągle trzeba ją nosić w miejscach publicznych, ale jakże różni się od tej z Rijadu! Abaje Dżuddanek są kolorowe, wzorzyste, nawet pstrokate. Zdarza się zobaczyć zestaw bluzka plus długa spódnica lub po prostu długa sukienka (niekoniecznie luźna, niekoniecznie ciemna). Hidżaby (czyli osłonki na twarz) Saudyjki też zakładają tutaj rzadziej. Miejsca publiczne wyglądają o wiele przyjaźniej.

Po piąte - osiedle zamknięte. Od samego początku dostrzegam plusy mieszkania na compoundzie. Większym niż w Rijadzie. Sam fakt, że nasze jest położone zaraz przy jednym z najwiekszych centrów handlowych w Dżuddzie - Red Sea Mall. Wreszcie można spacerkiem wybrać się do sklepu, jeśli czegoś zabraknie, albo na coś przyjdzie ochota. W centrum jest wszystko: supermarket, znane sieciówki, sklepy sportowe, apteka, duży plac zabaw dla dzieci, restauracje, kafejki, nawet wielka piaskownica! 

Na osiedlu jest też mały sklepik (w razie, gdy zabraknie mleka ;)), restauracja Bert’s (pysznie!), fryzjer (też dla kobiet!), kosmetyczka, baseny i… miejsce, gdzie nasz 3-latek lubi przebywać najbardziej - fontanna. Taka fontanna:

Hugo też lubi to miejsce :)

Hugo też lubi to miejsce :)

Dla mieszkańców osiedla do dyspozycji jest bus, który trzy razy w tygodniu jeździ do różnych centrów handlowych, marketów. Dzięki tej możliwości poznałam już większość galerii w Dżuddzie, a także znalazłam wreszcie sklepy, gdzie można kupić bardzo przydatne rzeczy za bardzo przystępne ceny. Są tutaj “chińskie sklepy” (np. Bashawat), gdzie można dostać rzeczy do 10zł, a wachlarz produktów jest baaaardzo szeroki (od robótek ręcznych, poprzez sprzęt do kuchni, dekoracje do domu, na papierze toaletowym skończywszy). Istny raj dla kobiety! Dla mnie zwłaszcza pod kątem scrapbooking’u. Kto nie spotkał się z terminem, oto przykład stron z naszego rodzinnego albumu:

IMG_6421.JPG

Podobnym pod względem zaopatrzenia miejscem jest suk, czyli arabski targ (my jeździmy na Al Shatee). O ile w Rijadzie zawsze obawiałam się wybrać do takiego miejsca, o tyle tutaj ujrzałam suk jako całkiem przyjazny targ, bo stoiska znajdują się w klimatyzowanych pomieszczeniach, a sprzedawcy targują się z uśmiechem na twarzy. Tutaj można znaleźć artykuły dziecięce, ciuchy, sprzęt domowy, czyli to wszystko, co kojarzy się z targiem. A co najważniejsze, to właśnie na suku można kupić najtańsze abaje - do wyboru, do koloru. Za każdym razem wracamy obładowane siatami. 

Po szóste - ludzie. Pozostając w klimacie uśmiechu, muszę przyznać, że ludzie w Dżuddzie są bardziej otwarci, wyluzowani i uśmiechnięci niż w stolicy królestwa. Pamiętam, że w Rijadzie nauczyłam się mieć posągową twarz w stosunku do męskiej płci (chodzi tutaj głównie o Arabów, Hindusów i Pakistańczyków). Nie patrz, nie uśmiechaj się, nie zagaduj, bo oni od razu odbierają to jak zachęta do flirtu. Tym bardziej, że pojęcie o “białych kobietach” jest tutaj jednoznaczne - uznaje się je za “łatwe” (zwłaszcza Amerykanki). Mężczyźni w Arabii podchodzą więc też do kobiet z dystansem, bo kontakt z obcą kobietą jest totalnie zabroniony oraz, jeśli udowodniony, surowo karany. Pamiętam więc moje pierwsze zakupy w Dżuddzie w znanej sieciówce. Szczena mi opadła, jak sprzedawca na luzie zaczął ze mną konwersację. I tak już tutaj pozostało. Jedyne na co trzeba uważać to przeholowanie w drugą stronę. Trzeba znaleźć złoty środek - pogadać, ale z wyczuciem.

Po siódme - zieleń. Dżudda jest zdecydowanie bardziej zielona niż beżowy Rijad. Oczywiście ma to związek z wilgotnością i panującym tu mikroklimatem. Nie brakuje mi już parków, skwerów, zielonych alejek, bo w Dżuddzie też one są - nawet w samym compoundzie. Roślinność jest soczyście zielona, wszystko kwitnie (szczególnie teraz!), kwiaty są duże i różnobarwne. A do tego śpiewają ptaszki...

Po ósme - znajomi. Najtrudniejszą częścią przeprowadzki było pożegnanie się ze znajomymi z Rijadu. Miałam tam pokrewne dusze, z którymi świetnie się rozumiałam i z którymi nawzajem się wspierałyśmy (uwierzcie, w Arabii trzeba mieć kogoś takiego!) W Dżuddzie zaczynamy budować na nowo krąg najbliższych znajomych. Różnica jest taka, że nie znamy tu ani jednej polskiej rodziny, spotykamy się więc głównie z Anglikami i obywatelami Południowej Afryki. Weekendy są wypchane spotkaniami przy basenie, grillami, urodzinami. Jeden z Anglików z Tomka pracy jest nawet aktorem-amatorem i gra w miejscowej grupie teatralnej "Off-runway players", więc mieliśmy okazję obejrzeć sztukę. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie poziom przygotowania, gry i scenografii. Dzięki mamie, która została z dziećmi spędziliśmy z Tomkiem kulturalny wieczór połączony z kolacją. Dawno się tak nie uśmiałam! Było naprawdę wyśmienicie. Oj, po spędzaniu większości czasu z dziećmi człowiek docenia takie chwile! 

Zaproszenie na przedstawienie "One for the Road". Zdjęć z samego przedstawienia nie mam, bo robienie ich było zabronione.

Zaproszenie na przedstawienie "One for the Road". Zdjęć z samego przedstawienia nie mam, bo robienie ich było zabronione.

Na koniec ciekawa anegdotka. Każdy czwartek w przedszkolu Bruna jest dniem tematycznym. Po zajęciach do rodziców rozsyłane są zdjęcia z przedszkolakami. W ostatni czwartek tematem były zwierzęta z dżungli. Dostaliśmy takie oto zdjęcie, a w mailu komentarz: "Spróbuj zidentyfikować swoje dziecko".

IMG_6430.JPG

No cóż... LOL :P