Kolaż, część II

Pustynny piknik

Czas na pierwszą wyprawę na pustynię! Czas na pierwszy test dla naszej XXL fury! Przecież po to między innymi kupiliśmy duże auto. Mitsubishi Pajero - na takie się zdecydowaliśmy. Inna sprawa to bezpieczeństwo na saudyjskich drogach. Panuje tutaj totalna samowolka, dlatego duże auto jest tutaj jak najbardziej wskazane. Uliczny ruch to jednak opowieść na osobny wpis.

Wróćmy do naszej wycieczki. Wyprawy na pustynię organizowane są tutaj przez Polaków co czwartek. “Karawana” kierowana jest przez doświadczonego, mieszkającego 10 lat w Arabii fana wypraw na pustynię, przygotowanego na wszelkie niedogodności i niesprzyjające warunki pogodowe (też się tutaj zdarzają!). Jego auto wygląda jak auto Mister Gadget’a! Również jego radziliśmy się przed kupnem auta. Na pustynię jedzie się po południu i wraca około północy. Jedynym minusem jest fakt, że w takiej ciemnicy już nie widać pięknych krajobrazów i nie bardzo jest co podziwiać. Ale sam wyjazd to super przygoda i niesamowity klimat. To taki piknik nocą! 

W zeszły czwartek spakowaliśmy więc wszystko, co uznaliśmy za przydatne na taki wypad i wyruszyliśmy o wyznaczonej godzinie we wskazane miejsce. Niestety Bruno od jakiegoś czasu nie sypia w dzień, więc porę wyjazdu uznał za odpowiednią na drzemkę (było ok. 18:00). Zanim wszyscy się zebrali - w sumie pięć aut - to minęła jakaś godzinka. W międzyczasie niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, a horyzont co chwilę rozświetlała błyskawica. I tu mała dygresja: Czy nam się uda kiedykolwiek pojechać na pustynię i nie trafić na jakieś niespodzianki?! Shit! Przecież nasza ostatnia wyprawa (przypominam: wyprawa na quady) skończyła się szybkim powrotem z powodu silnego wiatru. Czy można mieć większego pecha w kraju, gdzie praktycznie przez 365 dni w roku jest słonecznie?! Koniec dygresji…

Piorun z lewej, piorun z prawej, piorun nad nami. No i zahaczyliśmy o burzę… Krople zaczęły uderzać o karoserię, Bruno się obudził i jak zobaczył, co dzieje się naokoło (ciemno, pioruny, deszcz, wyboista droga), już nie zasnął, tylko siedział z wytrzeszczonymi oczami, szepcząc pod nosem “kap kap kap”… Droga nie prowadziła przez wydmy, była to droga szutrowa, więc jechało się - że tak powiem - twardo. Co trochę natrafialiśmy na szczeliny, kamienisty podjazd czy stromy zjazd. Oj, naszą Toyotką byśmy tutaj nie nawojowali! Osobiście przypomniały mi się czasy licealne, kiedy to spędzałam godziny, grając w Colin’a McRae! Szuter lubiłam najbardziej! To jednak nie ja siedziałam teraz za kółkiem! Na szczęście, jak zajechaliśmy na miejsce, jeszcze chwilę pokropiło, ale potem, jak na zamówienie, przestało. Od głównej drogi ujechaliśmy jedyne 20 km, ale droga była tak poharatana, że zajęło nam to ok. 45 minut! Gdyby ktoś kazał mi wrócić samej, to chyba wyjście do centrum handlowego bez abai uznałabym za mniej ryzykowne! 

Na miejscu ciemnica! Uczestnicy - stare pustynne wygi - w 5 minut rozłożyli stoliki, krzesełka, zaświecili lampy, włączyli muzykę, rozpalili grilla. Stoły zaczęły zapełniać się smakołykami, napojami, wypiekami domowej roboty (gdybym wiedziała, że to tak wygląda, to przynajmniej bym coś upiekła!). Było sporo dzieciaków, ale niestety akurat tego wieczoru Bruno nie miał ochoty na jakąkolwiek zabawę; chyba klimat mu nie przypasował. Pewnie wolałby smacznie spać w swoim łóżeczku. Do tego mieliśmy wrażenie, że trochę bał się ciemności, która panowała naokoło i jak tylko próbował wychodzić poza krąg światła, to wracał z płaczem. Jedyny moment, kiedy udało się go czymś zainteresować, to moment zapalenia sztucznych ogni na torcie (jeden z uczestników miał akurat urodziny i żona zrobiła mu niespodziankę). Potem Bruno coś tam się pobawił, połaził, poobserwował dzieci, robaczki, ogień na grillu, aż wreszcie stwierdziliśmy, że nie ma co go tak męczyć i położyliśmy misiaka w aucie. Trochę trwało zanim usnął, ale zmęczenie wzięło górę i wreszcie usłyszałam spokojne pochrapywanie…

To był moment, kiedy mogłam spokojnie wspiąć się na okalające nasze miejsce górki i porobić trochę zdjęć. Nie wyszły może idealne, ale dopiero zaczynam przygodę z moją nową miłością - Nikonem. A klimat, jaki panuje nocą na pustyni jest niesamowity… Wspomnienie z podróży do Indii wywołało uśmiech na mojej twarzy, kiedy to z Tomkiem leżeliśmy pod stertą kołder na pustyni w Radjastanie i nie byliśmy w stanie podziwiać gwiaździstego nieba, bo byliśmy struci na amen. Brygada właśnie rozpaliła ognisko. To podkręciło klimat pikniku. Było cicho, ciepło i przyjemnie. Pstryk, pstryk, pstryk - w ciemności słychać było tylko aparat.

Wróciliśmy około północy. Na tylnym siedzeniu smacznie spał niczego nieświadomy maluch…

Jedziemy na "zbiórkę", podziwiamy widoki z okna

Jedziemy na "zbiórkę", podziwiamy widoki z okna

Obrzeża Rijadu... Generalnie - wiocha

Obrzeża Rijadu... Generalnie - wiocha

Zaczęło się ściemniać

Zaczęło się ściemniać

Tak wyglądała jazda po szutrze

Tak wyglądała jazda po szutrze

W świetle lamp

W świetle lamp

Rzut na piknik

Rzut na piknik

Zbliżenie na męża :)

Zbliżenie na męża :)

Płonie ognisko... na pustyni

Płonie ognisko... na pustyni

Wyprzedaż garażowa w Salwie

Na następny dzień wszyscy spaliśmy do 8:00 i po leniwym poranku pojechaliśmy do znajomego do Salwy (o compoundzie Salwa pisałam już wcześniej).

Tego dnia w Salwie organizowana była tzw. “wyprzedaż garażowa”, czyli wyprzedaż w stylu amerykańskim - przejrzyj i zbierz swoje stare przedmioty, ciuchy, zabawki, itp. i sprzedaj je po promocyjnej cenie. Cel szczytny, bo zarobione pieniążki miały trafić do ofiar trzęsienia ziemi w Nepalu (fajnie, że nawet tutaj organizowane są takie akcje). Wyglądało to trochę jak polskie targowisko, więc znaleźć można było praktycznie wszystko, brakowało jedynie spożywki. Poustawiane na placyku stoliki, parasole i sprzedawcy zachęcający do kupna wystawionych rzeczy. Niestety, wystarczyło pół godzinki spaceru między stoiskami i już mieliśmy dosyć. Temperatura spowodowała, że zachciało nam się zimnej lemoniady, więc czym prędzej uciekliśmy do kafejki (dżizas, jak dobrze, że ja nie muszę w tych compoundach nosić abai!). Potem był czas na obiadek w miejscowej restauracji. Obżarstwo zakończone deserem rozmiarów chleba (takiego dobrego, polskiego chleba!). Gdzieś trzeba było spalić te przejedzone kalorie, więc chłopaki poszli pograć w squasha, a ja z Brunem korzystałam z uroków basenów. W taką pogodę było to najlepsze rozwiązanie i największa przyjemność. Potem kawka, odpoczynek w kafejce i zakupy w miejscowym sklepie (zazdroszczę im, że wszystko mają tam pod ręką). Wsiedliśmy do auta i wystarczyło przejechać przez bramę, żeby usłyszeć ciężki oddech Bruna. Dużo wrażeń…

W poszukiwaniu rozrywek

W poszukiwaniu rozrywek

Zawsze coś się znajdzie

Zawsze coś się znajdzie

Po kąpieli. Nie dał się ubrać ;)

Po kąpieli. Nie dał się ubrać ;)

Tak nam dobrze...

Tak nam dobrze...

Bla bla bla...

A co robimy z Brunem na co dzień? Pogoda jest już tak piękna (tak, tak, niejeden marzy, żeby trafić na taką nad Bałtykiem), że praktycznie siedzimy ciągle w basenie. Mimo, że temperatura tutaj przekracza już 40 stopni, to odczuwalna jest niższa, czyli inaczej niż w Polsce. Klimat jest suchy, więc nawet 5-minutowy spacer w abai nie jest tak upierdliwy, jakby się to mogło wydawać. A jak wiaterek zawieje po wyjściu z basenu, to nawet zatrząść się można. Z zimna! Bruno ma więc cały zestaw dmuchanych zabawek do basenu i codziennie z wesołym “ciap, ciap” wyczekuje pod drzwiami na kolejną dawkę chloru! Oczywiście jeździmy ciągle na playgroupy albo odwiedzamy się nawzajem z mamuśkami, więc grono znajomych i ich dzieciaków powiększa się z tygodnia na tydzień.

Czy może być coś lepszego? 

Czy może być coś lepszego? 

Tak się bawimy na playgroupach!

Tak się bawimy na playgroupach!

Kino domowe :P

Kino domowe :P

Pierwsze cięcie

Odbyliśmy również pierwszą wspólną wizytę u… fryzjera! Najwyższa pora, bo Bruno już prawie nic nie widział zza przydługawej grzywki. Czasami już miałam ochotę spiąć te niesforne włosiska jedną z moich spinek, ale jak mogłam zrobić coś takiego mężczyźnie? Do salonu poszliśmy w hotelu Four Season, bo tylko w takim miejscu można być pewnym, że wyjdzie się w jednym kawałku. Chyba nikt nie zdecydowałby się pójść do barbera z ulicy… Na pierwszy ogień poszedł tata, bo też już zaczynał przypominać Zenka ze Złotopolskich (ten, kto nie wie, wygooglować!). Potem Bruno! Dla nas był to pierwszy raz, ale dla pana fryzjera chleb powszedni - udowodnił nam to już na początku. Tata na fotelu, syn na specjalnym podwyższeniu obok niego. Nożyczki śmigały tak sprawnie i szybko, że Bruno nawet nie zdążył się znudzić. Rezultaty jak najbardziej zadowalające. 

A co ze mną? W Arabii Saudyjskiej nie ma fryzjerów dla kobiet! No bo jak obcy facet może dotykać włosów kobiety, która nie jest jego żoną?! Kobiety muszą więc same troszczyć się o swoją fryzurę. Nie wiem, jak radzą sobie Saudyjki z mniej zamożnych rodzin (pewnie tną się nawzajem z różnym rezultatem), wiem natomiast, że te bogate potrafią wyskoczyć na jeden dzień do Europy tylko i wyłącznie w tym celu! Dla nas, przyjezdnych, jak wiadomo nie ma różnicy, jakiej płci dłonie dotykają naszych włosów. Ważne, żeby był to dobry fryzjer/ dobra fryzjerka. W compoundach można znaleźć tzw. “fryzjerów”, ale ich kompetencje bardzo często przypominają kompetencje wspomnianych już barberów z ulicy. Moja koleżanka robiła sobie ostatnio balejaż. Hmmm, różnica “przed” i “po” żadna! Inna kazała sobie podciąć grzywkę. Hmmm, musiała ją sobie sama wyrównać w domu. Nie mówię, że w Polsce takie rzeczy się nie zdarzają, ale jednak wachlarz usług jest nie do porównania. Oczywiście, spróbowaliśmy szczęścia w Four Season i spytaliśmy pana w recepcji, czy kobiety też obsługują, ale pan wybuchnął śmiechem, jakby właśnie usłyszał dobry żart. Jak się zorientował, że nie żartujemy, bo nasze twarze pozostały niewzruszone, speszony rzucił tylko “Nieee” i życzył miłego dnia. Oczywiście po pewnym czasie można dostać namiary na dobrego fryzjera, który nawet na prośbę przyjedzie do domu, ale nie jest to jednak takie łatwe, jak wszędzie poza Arabią. Z moimi włosami zdecydowałam się więc poczekać do pierwszego wakacyjnego wyjazdu…

Rachu ciachu i po strachu!

Rachu ciachu i po strachu!

W rękach profesjonalisty...

W rękach profesjonalisty...

Znalezione, nie kradzione

Moje zmagania z taksówkarzami trwają - raz jest lepiej, raz gorzej. Jestem cała w skowronkach, kiedy uda mi się dojechać gdziekolwiek bez przygód. Ostatnio przyjechał po mnie pan, który ni w ząb nie umiał po angielsku, a do tego nie korzystał z gps’a! Jak ja się napociłam w tym aucie, żeby go zrozumieć i cokolwiek wyjaśnić! Niestety, nie udało się i zrezygnowana dzwoniłam do swojej koleżanki - Syryjki, która arabski zna i wyjaśniła mu, jak ma jechać. Masakra! Mimo wszystko, byłam dla pana bardzo miła i wyrozumiała i, jak się potem okazało, opłaciło się. Przy całym zamieszaniu, jakie panuje podczas jazdy z siedzącym (a raczej mało siedzącym) na kolanach półtoraroczniakiem, łatwo jest wyjść z taxi zostawiając coś w środku. Ja zostawiłam telefon! I to po raz drugi! Dokładnie tydzień wcześniej zrobiłam to samo, ale teraz sytuacja było o tyle beznadziejna, że: 

  1. Pan taksówkarz nie znał angielskiego.
  2. System Uber akurat tego dnia wysypał się i nie można była sprawdzić na stronie danych kierowcy i numeru telefonu do niego.
  3. Sygnał w telefonie miałam wyciszony, więc pan taksówkarz nie mógł usłyszeć leżącej na tylnym siedzeniu komórki.
  4. Tomek nie odpowiadał na facebooku, a ja nie znałam numeru telefonu do niego.
  5. Manager naszego compoundu akurat zmienił telefon i nie zdążył jeszcze przetransmitować sobie numerów telefonów ze starego, więc on też nie miał numeru do Tomka!

DRAMAT!!!

Tydzień wcześniej udało się od razu zadzwonić do taksówkarza i ten potwierdził, że telefon jest i że przywiezie go Tomkowi do pracy. Jak powiedział, tak zrobił i byliśmy mu za to bardzo wdzięczni. W drugim przypadku straciłam już nadzieję, bo ile razy można mieć takie szczęście?!

Jedyna nadzieja była w fakcie, że przy dzwonieniu na mój telefon, ciągle był sygnał (dzwoniła na niego ta sama koleżanka - Syryjka, bo jedynie ona odezwała się na FB i próbowała mi pomóc). Wreszcie odezwał się Tomek, ale nic nie mogliśmy zdziałać bez numeru telefonu do taksówkarza! Po jakimś czasie (dla mnie to była wieczność!), Tomek wpadł na pomysł użycia aplikacji “Find my iPhone” - dzięki niej można zdalnie włączyć alarm w telefonie. Tak właśnie zrobił, a potem natychmiast zadzwonił na mój telefon. Jakie było jego zdziwienie, jak taksówkarz odebrał! Wiedząc, że nie mówi on po angielsku, Tomek poprosił kolegę o pomoc i taksówkarz obiecał, że przywiezie telefon do domu. Jak powiedział, tak zrobił i po 15-stu minutach usłyszałam dzwonek do domofonu. Zbiegłam w te pędy po schodach, odebrałam telefon cała wdzięczna i szczęśliwa. Taksówkarz nawet nie chciał “znaleźnego”, choć próbowałam kilka razu wcisnąć mu pieniądze! 

Po dwóch takich zdarzeniach, nabrałam szacunku dla taksówkarzy Ubera. Jestem przekonana, że gdziekolwiek w Europie, telefonu już bym nie zobaczyła…

Jak widzicie, nie narzekam na codzienną nudę. A jeśli już się wkrada, sama sobie jestem w stanie zapewnić wzrost adrenaliny! ;-)

Ps. Jako przykładni obywatele, na głosowanie prezydenckie też się udaliśmy, żeby nie było! Losy ojczyzny nie są nam obojętne!