Kolaż, część I

Przedwczoraj wieczorem wreszcie usiadłam (odetchnęłam po skończonym zleceniu) i zrobiłam listę zdarzeń, o których planowałam napisać na blogu, żeby ostatni miesiąc i cała reszta miały ręce i nogi. Trochę się tego nazbierało, więc powoli jadę od początku… Przygotujcie się na spory kolaż - opowieści pustynnych okraszanych fotami ciąg dalszy! 

Nie umieszczę tutaj opisu Bahrainu, ponieważ post miałby chyba z 10 stron; Bahrain zostawię sobie na deser, bo to inna, oddzielna bajka…

Barbecue

Zacznę od 24. kwietnia, dnia kiedy zorganizowaliśmy w naszym apartamentowcu barbecue (dzień po otrzymaniu naszych pudeł, więc zamieszanie na całego). Jak to mieliśmy w zwyczaju w Polsce - jak zapraszać znajomych, to już dużo - tak i tutaj chcieliśmy, żeby ludzi było więcej, żeby trochę poimprezowali, pogadali, pointegrowali się. Było więc towarzystwo dosyć liczne oraz międzynarodowe. Początkowo chcieliśmy ustawić stoły w pokoju klimatyzowanym obok basenu i tam się rozłożyć z imprezą, ale niestety burza piaskowa pokrzyżowała nam plany i ostatecznie zostaliśmy w domu. Trochę kiepsko wypadliśmy z organizacją (przydałoby się kilka kelnerek!), ale na szczęście pomogli nam znajomi sąsiedzi, a i goście byli wyrozumiali. Dzieciaki ganiały, dorośli rozmawiali, towarzystwo było doborowe! Kebab był, kurczak był, szaszłyki były, sałatki były. Nawet wisienka na torcie była w postaci domowego winka i oryginalnego browarka (kto to przyniósł?! ;-)) 

Tacy byliśmy zajęci biesiadowaniem, że nie uwieczniłam na zdjęciu ani jednego szaszłyka!

Święto, święto...

29. kwietnia. Wielkimi krokami zbliżało się Święto Konstytucji 3 Maja. Jak świętować w Rijadzie? Nigdzie indziej, jak w domu Ambasadora! (Oczywiście, nie pamiętam, żebym jakoś szczególnie świętowała 3 Maja w Polsce, ale na obczyźnie to inna sprawa). Impreza bez dzieci, więc trzeba było się jakoś zorganizować. Nie było wyjścia, jedno z nas musiało zostać z Brunem. Za krótko tu jesteśmy, żeby mieć już zorganizowaną nianię dla Bruna. Na szczęście dla mnie, tym razem padło na Tomka. Tak się złożyło, że jakiś miesiąc wcześniej poznałam przeuroczą Polkę, mieszkającą 15 lat w Stanach, która przyjechała do Rijadu z mężem - pracującym dla Amerykańskiej Ambasady - oraz z 3-letnią córeczką. Rodzinka mieszka w dzielnicy dyplomatycznej niedaleko domu Ambasadora, więc chłopaki pełnili tego wieczoru rolę nianiek, a my - na co dzień matki-Polki - szykowałyśmy się na imprezę. Kiecka, wysoki obcas, czerwona szminka, o tak! Obawiałam się, że impreza będzie trochę sztywna, no i jak bez dzieci, to pewnie będzie mało ludzi…

Jakie było moje zdziwienie, kiedy przeszłam przez hol i zobaczyłam towarzystwo wewnątrz! Taka impreza!? Ludzi pełno! Naokoło było słychać więcej języka angielskiego niż polskiego! Co trochę spotykałam znajomą mamę-Amerykankę z playgrupy. Były to najczęściej żony attaché wojskowych, którzy na takie uroczystości są zawsze zapraszani. Jedna z nich nawet stwierdziła, że jest to zawsze najlepsza impreza w roku! Wcale mnie to nie zdziwiło, bo było rzeczywiście niesamowicie! Uroczyście, ze stołami uginającymi się pod jedzeniem. Mało brakowało, żebym cały wieczór spędziła przy stole dla niedbających o linię - ciasta, ciasteczka, desery, fontanna czekoladowa! Jedyną rzeczą, jaka mnie od tego oderwała, była swojska, polska… żubrówka! Ambasada zaserwowała nawet kiełbasę dla tych bardziej spragnionych wieprzowych smakołyków (ja do nich nie należałam i po 30. latach spędzonych w towarzystwie kiełbasy, zdecydowanie wolałam makaron z krabem!). Szybko zrozumiałam, dlaczego na uroczystości zebrało się tylu chętnych. Atmosfera była co najmniej zachęcająca. Co trochę przed oczami migała mi chusta: czerwono-biała (czyli “szimagh”) lub biała (czyli “ghutra”), przytrzymywana przez czarny “obważanek”, czyli iqal (ikal). Saudyjczyków było sporo, nawet kilku wysoko postawionych (odznaczali się charakterystycznym outfitem). A gdzie można ich było najczęściej spotkać? Ano przy stanowisku z trunkami procentowymi! Tak, tak! Podobno na “terytorium Polski” Allah nie widzi… ;-)

W pewnym momencie przystanęłyśmy porozmawiać ze znajomą. Ogarnęłam kątem oka otoczenie, w jedną i w drugą stronę. Nagłe “klik” w głowie spowodowało, że mój wzrok wrócił w jeden punkt. Twarz mężczyzny - myślę… ja znam tę twarz! Myślę… to on, czy nie on? Myślę… ja mam naprawdę dobrą pamięć do twarzy, ale po tylu latach… czy to możliwe?! Musiałam głupio wyglądać, ale w tym momencie chyba nikt nie zauważył mojego zawieszonego wzroku. Muszę się dowiedzieć! Okazało się, że kolega mojej koleżanki stoi z owym mężczyzną, więc dyskretnie odsunęła go z kręgu znajomych i spytała o jego imię. Zgadzało się! No to włączamy się do towarzystwa wszystkie! Szybkie “cześć, cześć” i bez namysłu rzucam prosto z mostu: “Masz na imię Paweł?” “Tak, mam” - niepewnie odpowiada. “Jesteś z Ząbkowic Śląskich?” Teraz to już na maksa się zdziwił. “Taaaak” - jak w zwolnionym tempie. “Ja nie mogę!” - myślę sobie. “Chodziłeś do podstawówki nr 4” - kontynuuję już bardziej twierdząco niż pytająco. “Taaaak” - nadal zwolnione tempo plus wytrzeszcz oczu. Ha! Dobra jestem! “Ja też” - odpowiadam ze śmiechem. Oczywiście mnie nie poznał, ale jak mu podpowiedziałam, że jestem jedną z córek bibliotekarki, to lampka mu się zapaliła. NIESAMOWITE! Spotkać kogoś z rodzinnego miasteczka w takim miejscu?! To się zdarza naprawdę rzadko! Świat jest mały! Co prawda nie chodziliśmy do jednej klasy, ale mieliśmy wspólnych znajomych i poza tym Paweł naprawdę niewiele się zmienił! W Rijadzie jest inżynierem przy budowie metra, więc od razu dowiedziałam się, że metro w 2018 roku, to czysta utopia. Insh’Allah! :-)

Do naszych pociech i mężów wracałyśmy z koleżanką w bardzo dobrych humorach! Wieczór jak najbardziej udany! 

Przy stole widocznym z tyłu spędziłam najwięcej czasu - słodkości!!! Z przodu też sama słodycz :-D

Przy stole widocznym z tyłu spędziłam najwięcej czasu - słodkości!!! Z przodu też sama słodycz :-D

Widać gołym okiem, żeby bawiłyśmy się dobrze 

Widać gołym okiem, żeby bawiłyśmy się dobrze 

Widok z jednej strony basenu

Widok z jednej strony basenu

I z drugiej strony...

I z drugiej strony...

To ten charakterystyczny outfit VIP

To ten charakterystyczny outfit VIP

Rzecz o aucie i o compoundzie

W ostatnim wpisie na facebooku wspominałam o aucie oraz compoundzie. Tak! Auto jest! Auto duże, czarne (niektórzy mówią, że to dobrze, inni, że źle, cóż - okaże się), z napędem na cztery koła (welcome pustynio!). Oczywiście nie obyło się bez przygody, bo już na następny dzień po kupnie Tomek musiał wrócić do serwisu, bo przy zmianie biegów autem rwało (nie wiem, czy mogę użyć słowa “biegi”, bo skrzynia jest automatyczna, w każdym bądź razie chodzi o tę część ;-)). “Wrzucamy auto na kanał, 5 minut, regulujemy komputer i zaraz ma pan go z powrotem” - usłyszał Tomek. Tak, tak, 5 minut… Po 10 minutach było: “Może napije się pan kawki?”, a po pół godziny przyszedł kierownik z wesołym “Mister Tomas, zapraszam do mojego biura”. Posiedzieli, pogadali, wypili kolejną kawkę, przyszedł pan mechanik, sypnął do kierownika coś po arabsku i ten z wielkim uśmiechem i dumą poinformował Tomka: “Zawiozę pana do domu i auto będzie gotowe już na sobotę!” (był czwartek, w piątek serwis zamknięty, więc stąd sobota). Tomek, przyzwyczajony już i podejrzewający koniec historii, grzecznie wsiadł do auta kierownika i wrócił do domu.

Dobrze, że ciągle mieliśmy jeszcze auto z wypożyczalni! Na szczęście tym razem słowa dotrzymali i w sobotę ruszyliśmy przez Riyadh nową furą.

Compound? Cóż, sprawy potoczyły się innym torem, niż się spodziewaliśmy.

Cieszyliśmy się bardzo, jak okazało się, że będziemy mieć możliwość obejrzenia ewentualnego miejsca dla nas w compoundzie, szczególnie, że był to compound, który widzieliśmy już wcześniej i bardzo nam się podobał. Miejsce zorganizował dla nas szef kadr z pracy Tomka . Dostaliśmy od niego plan domku (w compoundzie nazwali go “townhouse”): parter, piętro, 2 sypialnie. Ok! Powinno być dobrze - myśleliśmy. Jedziemy na zwiady! 

Początek bardzo obiecujący, bo wszyscy przy punkcie kontrolnym i na recepcji mili i uśmiechnięci. Atmosfera przyjazna i rozluźniona. Pakujemy się do melexa managera i ruszamy na zwiedzanie. Zielono, czyściutko, mijamy restaurację, sklepik, przejeżdżamy koło żłobka, placu zabaw, kortu tenisowego. Zajeżdżamy pod siłownię, bo to oczywiście jeden z ważniejszych punktów dla Tomka. Hmmm, tu już nie tak optymistycznie. Jedyne 2 bieżnie na cały obiekt, sprzęty mocno wysłużone, zapach nie najlepszy. Siłownia nie jest jednak tutaj najważniejsza… Zajeżdżamy pod nasz “townhouse”, który okazuje się być szeregówką. Już po przekroczeniu progu w mojej głowie zapala się czerwone światło. No nic, wchodzę na czerwonym, w końcu to Arabia Saudyjska, STOP nie istnieje. Ale im dalej, tym gorzej - jak w bagno! Tomek jednak stoi w progu. “Dżizas, wmurowało go!” - myślę. Ja się nie poddaję, idę pozwiedzać chałupę. Niestety, gdzie bym nie poszła, w mojej głowie słyszę echo: “nie, nie, nie!”. Niby wszystko odświeżone, wyczyszczone, niby powierzchnia 100 m. kw., ale jakoś słabo zagospodarowane, rozkład pomieszczeń taki, że wszystko wydaje się malutkie. Gdzie dziecko ma tu pobiegać, pobawić się, gdzie w tym wszystkim koty? Tomek przekroczył próg! Patrzę na niego i widzę na jego twarzy wymalowane: “nie, nie rób mi tego!” Wygląda jak olbrzym w domku Misia Puchatka - głową prawie sięga sufitu! “To jest miejsce dla rodziny?” - pytam dyra HRów w myślach. “To bardziej przypomina domek letniskowy niż “house”!” Wychodzimy. Zawiedzeni i rozczarowani, bo spodziewaliśmy się innego nastroju po obejrzeniu tego miejsca. Nie ma sensu jednak zamieniać naszego przestronnego apartamentu na o połowę mniejszy domek, nawet za cenę zieleni i placów zabaw. Idzie lato, więc i tak przez większość czasu będziemy chcieli się chronić w domu i wiem, że lepiej mieć dużo miejsca w domu, niż dużo miejsca na zewnątrz. No nic, próbowaliśmy… Ostatecznie, stwierdziliśmy, że najlepiej będzie pomieszkać rok w obecnym miejscu i zobaczyć, jak się żyje w porze gorącej i w porze… mniej gorącej. 

Jeszcze tego samego wieczoru Tomek wysłał maila do szefa kadr, tłumacząc mu, dlaczego wolimy zostać w naszym mieszkaniu. Po chwili dostał odpowiedź: “Przykro mi, że miejsce nie odpowiada Waszemu gustowi, ale potwierdziłeś mi, że chcesz się przeprowadzić i procedura już ruszyła. Przeprowadzacie się 1 lipca” (to w wielkim skrócie!). Co!? To chyba jakiś żart!? “Nie odpowiada waszemu gustowi!?” Tu nie chodzi o gust! Tu chodzi o warunki i o w miarę wygodne życie w tym “mało wygodnym” kraju! Przecież nie może nas tak po prostu zmusić do przeprowadzki! Co tu robić? Oczywiście stres i poczucie braku zrozumienia nie pozwoliły nam dobrze spać. Do tego mieliśmy jeszcze cały weekend czekania i niepewności przed sobą, bo Tomek miał się spotkać z managerem w niedzielę (przypominam, że niedziela jest tutaj pierwszym dniem pracy w tygodniu). 

Tak się złożyło, że na następny dzień, czyli w piątek, wybieraliśmy się do znajomych Polaków (o szczegółach trochę niżej, bo wydarzenie warte poświęcenia uwagi). Dwie polskie rodziny, z którymi już wcześniej mieliśmy przyjemność się spotkać, a które mieszkają w Rijadzie już dłużej, znają realia i mają większe doświadczenie, były lekarstwem na nasze zmartwienie. Przegadaliśmy temat, podsunęli nam rady i już wiedzieliśmy, jaki nurt obrać. Plan był taki, żeby ostro się zaprzeć i kategorycznie powiedzieć, że się nie zgadzamy, a już szczególnie na NIE jest żona, która stwierdziła, że absolutnie do takiego miejsca się nie przeprowadzi (zwalać wszystko na rodzinę, to tutaj najlepsze posunięcie!). Dla tych, którzy planują lub chcieliby tutaj przyjechać: koniecznie dopytać  o wszystkie szczegóły w kontrakcie, o realia, jakie tutaj panują, bo naprawdę trzeba zwracać uwagę na wszystko i trzeba wiedzieć, o co walczyć i w jaki sposób!

Wypasiony Al-Bustan

Wracam jednak do samego spotkania! Znajomi mieszkają w Al-Bustanie, compoundzie położonym dosyć daleko od miasta. Odległość jest tu jednak nieważna, bo wcale do miasta jeździć nie trzeba! Compound jest taki, że już przy wjeździe szczęka mi opadła i zamknęłam ją dopiero po wyjeździe. W jednym z wcześniejszych postów pisałam o pięknej Salwie. Al-Bustan jest jeszcze piękniejszy! Po pierwsze jest nowszy i nowocześniejszy. Ville są duże i stylowe, rozrywek i miejsc do spotkań i zabaw nie można zliczyć na palcach dwóch rąk. Naprawdę, tam jest full wypas! Parki, place zabaw, boiska (jedno jest kryte z zawieszoną pod sufitem bieżnią!), restauracje, sklepy, baseny, uliczki spacerowe, miejsca na barbecue i inne imprezy, amerykańska szkoła. Nie mogłam wyjść z podziwu! Do tego popołudnie i wieczór były niesamowicie przyjemne, bo w doborowym towarzystwie. Gospodyni dogodziła naszym podniebieniom, a rozmowom nie było końca (Bruno smacznie spał w wózku, więc mogliśmy spokojnie dłużej zostać). No i te bezcenne porady doświadczonych… :-)

Myślę, że ta fotka najlepiej oddaje klimat spędzonego w Al-Bustanie wieczoru. Made by M. :-)

Myślę, że ta fotka najlepiej oddaje klimat spędzonego w Al-Bustanie wieczoru. Made by M. :-)

I ta również. Made by M.

I ta również. Made by M.

Tak mi dobrze...

Tak mi dobrze...

Po weekendzie, Tomek już pewny swego, pojechał do pracy. Ku naszej uciesze, rozmowa z dyrem kadr przebiegła po naszej myśli. Po kategorycznym “nie” Tomka i jego mocnych argumentach, manager HRów jeszcze raz próbował przekonać go do przeprowadzki, ale po drugim kategorycznym “nie”, odpuścił sobie całkowicie. 

No przecież nie będzie nikogo zmuszał do przeprowadzki!!!  

C.D.N.