Najcenniejszy skarb królestwa

Przygotowując się do wyjazdu do Arabii Saudyjskiej, sięgnęłam po książkę Tomka Michniewicza “Swoją drogą”, na którą trafiłam całkiem przypadkowo w sklepie, szukając jakiegoś przewodnika po królestwie. Jako miłośniczka literatury podróżniczej czytałam dwie poprzednie książki Tomka i bardzo podobało mi się jego obiektywne spojrzenie na inne kultury. Przeglądając więc nową, stwierdziłam, że będzie to dobry wstęp do mojej przygody z beżowym światem. I rzeczywiście, nie pomyliłam się… Książkę oczywiście gorąco polecam! 

Jeden z fragmentów książki opisuje Arabię jako kraj prorodzinny. Do tej pory, kraj ten znałam jedynie z tv - obraz oczywiście stereotypowy. Nic więc dziwnego, że kojarzyłam Saudów z atakami terrorystycznymi (przecież 15. z 19. zamachowców na WTC pochodziło z Arabii Saudyjskiej!), a Saudyjki z wtórującymi mężom zamachowcami-samobójczyniami (cóż innego mogą one mieć pod tą abają, jak nie bomby!?). Czyż nie taki obraz przedstawiany jest nam na co dzień? 

A tu zaskoczenie! Saudyjczycy kochają dzieci! Coś takiego! Jak takie społeczeństwo może kochać dzieci? - zadawałam sobie pytanie. Jednak rzeczywiście, kochają! Nie tylko Saudyjczycy! Wszyscy muzułmanie! Udowadniają to na każdym kroku, odkąd tu jestem. 

Saudyjczycy w większości mają bardzo liczne rodziny - od 4. dzieci wzwyż. Prawda jest taka, że  to głównie opiekunki (sprowadzane głównie z Azji i sponsorowane przez głowę rodziny) zajmują się dziećmi, więc dlaczego nie pozwolić sobie na taką ilość? Zresztą, poczynając od trzeciego, dzieci zaczynają zajmować się już sobą nawzajem. Do tego wszystkiego dochodzi klimat, w którym dzieci dorastają głównie w domach, bo mamy raczej nie wychodzą z nimi na zewnątrz. Nie widuje się też mam spacerujących z wózkami. To wszystko jednak wynika z czynników klimatycznych, tradycji, infrastruktury miejskiej, a nie z braku chęci zajmowania się własnymi dziećmi.

W Arabii Saudyjskiej dzieci są respektowane i przyjmowane z otwartymi rękami w każdym miejscu. W Polsce tylko niektóre miejsca (najczęściej oznaczone) są przyjazne rodzicom z dziećmi. Tworzy się kafejki “kidsfriendly” ("przyjazne dzieciom"), miejsca spotkań dla mam z dziećmi, rozrywki przeznaczone tylko dla rodziców i ich pociech. Tutaj nawet nie ma pytania, czy miejsce jest przyjazne rodzinom, bo wszystkie takie są! Na początku czailiśmy się z Tomkiem czy pójść do jakiejś restauracji (taka “przyczajka” to właśnie przyzwyczajenie z Polski ;-)), bo może nie pozwolą nam wejść z dzieckiem, bo może będą krzywo patrzeć. Teraz nie ma nawet chwili zawahania. Restauracja? No to restauracja! Saudyjska, włoska, japońska, francuska - wszyscy przyjmują nas z wielkim uśmiechem. W restauracjach są place lub pokoje zabaw dla dzieci, często rozdają balony, kredki, malowanki. Dzieci mogą biegać po restauracji, krzyczeć i robić, co im się żywnie podoba i jest to dla dorosłych tak ewidentne, jak modlitwa pięć razy dziennie. Jakimś cudem takie miejsca nie przypominają zoo (czego chyba boją się restauratorzy w Polsce) - może właśnie dlatego, że dla każdego jest to całkiem normalny stan rzeczy. 

Jeśli chodzi o Bruna, to już w ogóle inna historia… Nasz maluch jest blondynem (a raczej siwkiem!) o niebieskich oczach. Z tego względu jest traktowany z jeszcze większą czcią (muszę tak napisać, bo reakcje na niego czasami są dla mnie zaskakujące). Gdziekolwiek Bruno by się nie pojawił, uwaga skupia się od razu na nim. Bruno jest brany na ręce, Bruno jest głaskany, Bruno jest nawet całowany (na szczęście, nie za często)! Bruno dostaje w hotelu balona, w restauracji czekoladki, w cukierni ciasteczka. Wiele osób na jego widok odmawia jakieś magiczne sentencje, starsze osoby dotykają go często w czoło i potem całują własne palce, co wygląda jak rodzaj błogosławieństwa. Szaleństwo! Znam rodziców, którym nie do końca się to podoba, ale według mnie, jeśli nie przekracza to pewnej granicy i ja nie czuję się z tym źle i widzę, że Brunowi to nie przeszkadza, to nie mam nic przeciwko. Wolę zdecydowanie takie zachowanie, niż jakby mieli krzywo na niego patrzeć i wytykać go palcami…

Zadziwiające jak mężczyźni reagują na dzieci. Szeroki uśmiech, miłe słowo. Bardzo często można zobaczyć ojców z wianuszkiem dzieci robiących zakupy. W żadnym innym kraju nie spotkałam się jeszcze z takim podejściem mężczyzn do dzieci. A jakie są kobiety? Hmmm, początkowo odczuwa się pewien dystans, spowodowany czarną abają. Kobieta ma zasłoniętą twarz, więc nie jesteś w stanie powiedzieć, jaka jest jej reakcja. Po pewnym czasie jednak, kiedy już normalnym staje się dla Ciebie, że odsłonięty jest jedynie jeden kawałek twarzy, zaczynasz dostrzegać zwężające się na widok dziecka oczy i już wiesz, że jest to szczery i serdeczny uśmiech. Miałam jedną sytuację, po której już całkiem psychiczna przeszkoda w postaci czarnej kurtyny opadła.

Byliśmy w markecie. Zrobiliśmy zakupy w spożywczym sklepie i chcieliśmy jeszcze pochodzić po innych sklepach. Czekałam więc z Brunem wewnątrz centrum, a Tomek w tym czasie poszedł zanieść zakupy do auta. Bruno oczywiście froterował podłogi, biegał między ludźmi i wózkami sklepowymi, wprowadzając wszystkich w stan gotowości i maksymalnej uwagi. W pewnym momencie upatrzył sobie sklep z bielizną i zaczął tam na zmianę wbiegać i wybiegać. Dwie panie ekspedientki, oczywiście zasłonięte od stóp do głów, znudzone oglądaniem czubków własnych butów (przez dłuższą chwilę w sklepie nikt się nie pojawił), podjęły wyzwanie do zabawy. Ganiały Bruna między wieszakami, bawiły się z nim w “a kuku”, próbowały wynaleźć mu jakiekolwiek zabawki. Nagle, jedna z nich uklękła i w pozycji “na czworaka” zaczęła biegać za Brunem, udając szczekającego psa! Wmurowało mnie! Nie byłam gotowa na coś takiego! Na pierwszy rzut oka wyglądało to przekomicznie! Abaja i niqab (część, która zasłania twarz) powodują, że kobiety wyglądają w nich bardzo poważnie, dostojnie. W tamtym momencie udowodniły mi jednak, że ich strój nie stanowi żadnej przeszkody w zabawie z dzieckiem! Oczywiście moje odczucia były jak najbardziej pozytywne - w jednej chwili moje wszelkie wcześniejsze hamulce w stosunku do Saudyjek puściły… Na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. Nie wydaje mi się, żeby którakolwiek ekspedientka Polka byłaby w stanie coś takiego zrobić ;-)

Dziecko w Arabii jest najważniejsze. Jeśli dziecku dzieje się krzywda, wszyscy naokoło zareagują i będą starać się pomóc. Dziecko powoduje, że czasami trudne relacje lub nieprzyjemne sytuacje międzykulturowe ułatwiają dogadanie się. Ostatnio jak wracaliśmy z Bahrain, utknęliśmy przy bramkach, gdzie pobierają opłatę 20 riali za przejechanie przez most łączący Bahrain z Arabią. Dlaczego? Ano dlatego, że nie mieliśmy gotówki, a kartą jak na złość nie można było zapłacić. Byliśmy wściekli, bo najpierw kazali nam przejechać ze zwykłego okienka do takiego, gdzie autoryzowani byli jedynie specjalni podróżujący (pewnie dyplomaci i VIP), następnie pan kazał nam zawrócić do banku i wybrać gotówkę (“Skręcicie w prawo, potem w prawo i jeszcze raz w prawo i tam wybierzecie pieniądze”. Standard! Od razu wiedzieliśmy, że to ściema). Rzeczywiście, okazało się, że nie jest to bank, ale jakaś firma ubezpieczeniowa i pieniędzy wybrać się tam nie da! Porażka! “Weźmy go na dziecko” - mówię do Tomka (no bo przecież powrót do miasta i szukanie bankomatu zajęłoby nam pewnie kolejną godzinę, a to oznaczałoby dla Bruna godzinę dłużej w aucie! Z powodu głupich dwóch dych!). Spróbowaliśmy i… udało się! Pan, po naszych błaganiach, że dziecko i że długa droga przed nami oraz widząc nasze twarze “na zbitego psa”, zajrzał do auta, ujrzał jasny łepek Bruna i jego machającą na przywitanie rączkę (a może na pożegnanie...), uśmiechnął się, pokręcił głową i bez słowa otworzył szlaban! Udało się! 

Dziecko roztapia wszystkie lody… :-)