Pustynia i las

Weekend. Wyczekiwany przez wszystkich czas w tygodniu - czas wypoczynku, radosnych chwil, ciekawych wrażeń. Staramy się zawsze dobrze zaplanować weekend, żeby nie stracić choćby jednej cennej chwili. Tak było i tym razem. Piątek - quady na pustyni (jupiiii!), sobota - piknik w lesie (las?!) 100 km od Riyadh. 

W czwartek nad stolicą Arabii unosił się pył i zawiewał wiatr, ale nie wyglądało to na nic poważnego. Na quady wybraliśmy się ze znajomymi Polakami, którzy do Arabii przyjechali chwilę przed przyjazdem Tomka. Na piątek zebraliśmy ekipę złożoną z 4 aut. Jedna rodzinka zrezygnowała, bo stwierdzili, że przy takim wietrze nie ma co jechać na pustynię. Wprawdzie w Arabii są od 6 lat, ale nikt jakoś nie przejął się ich słowami. Przecież wiaterek jest lekki - stwierdziliśmy. Podekscytowana czekałam na piątek. W końcu po raz pierwszy wyjeżdżałam poza miasto! Zobaczę pustynię! Co prawda byłam już na pustyni w Rajasthanie, ale tu pustynia jest inna - czerwony piasek! Duuuże wydmy! No i jeszcze wycieczka na quadach! Siedzieliśmy szczęśliwi w aucie gotowi na przygodę.

Już na samym wstępie nie układało się po naszej myśli. Wyjazd zaplanowany na 9:00 przedłużył się do 10:00. Pakowanie, dzieciaki, szukanie miejsca spotkania. Pech chciał, że akurat tego dnia Brunowi nie uśmiechało się siedzieć w foteliku samochodowym i marudził od samego początku. Uruchamialiśmy wszelkie pokłady naszej kreatywności, ale nic nie działało. Chyba podświadomie wyczuwał, że powoli zaczynamy tracić cierpliwość. Czas przeznaczony na dojazd do celu zaczął się niemiłosiernie wydłużać. Wstępnie miało nam to zająć pół godzinki, jechaliśmy już godzinę.

Początkowo wszyscy byli pewni, że dojedziemy na miejsce bez problemu, tym bardziej, że część ekipy już kiedyś jeździła na quadach z docelowej wypożyczalni. Niestety, wszystkie autostrady w Arabii wyglądają tak samo - pustynia, pustynia, pustynia..., beż, beż, beż... Zaczęliśmy krążyć w tę i z powrotem, potem się zatrzymaliśmy i chłopaki próbowali pomóc sobie GPSem. Na pewno jesteśmy gdzieś blisko - twierdzili. Niestety, to mógł być każdy zjazd z autostrady, bo pejzaż od 10 minut był identyczny… Zamiast podziwiać widoki, zaczęliśmy z nadzieją wypatrywać zarysu wydm - chociaż najmniejszych. Wydawało nam się, że po raz setny jedziemy tą samą drogą. W końcu byliśmy pewni jednego - nie wiemy, gdzie jesteśmy! Bruno jęczał, Tomek klął, ja wzdychałam. Płacz Bruna powoli zaczął drążyć dziurę w mózgu. Ostatnie 10 minut jazdy i zawracam do domu - krzyknął w końcu Tomek. Byliśmy wyczerpani i skrajnie rozdrażnieni przez wieczne jęki Bruna (oczywiście jego było nam najbardziej szkoda).

W końcu, po kolejnym zjeździe z autostrady, który wyglądał, jak wszystkie poprzednie, na horyzoncie zamajaczyły nam wydmy. WRESZCIE! Trafiliśmy - już bez entuzjazmu powiedział Tomek. Zaparkowaliśmy, zapoznaliśmy się ze wszystkimi. Uśmiechy wróciły na twarze. Po chwili jednak zorientowaliśmy się, że wiaterek jest tutaj trochę mocniejszy. Pojedziemy trochę głębiej w pustynię, zrobimy okrąg z aut i w środku zrobimy sobie piknik - zadecydowaliśmy entuzjastycznie. Sounds good! (“Brzmi dobrze”! - choć tak naprawdę jedyne, co brzmiało, to wzmagający się wiatr). No tak, trzeba tylko wiedzieć, że głębiej znaczy więcej piasku, znaczy mniejsza przyczepność i znaczy, że auta powinny mieć napęd 4x4. Nasz to zwykła Toyota, więc już po 5 metrach zakopaliśmy się! Ja - kobieta - rozumiem, ale faceci, żeby o tym nie wiedzieli?! ;-)

Pchnęli nas więc z powrotem na parking i przepakowaliśmy się do jednego z pozostałych aut. Zostaliśmy przez to trochę w tyle. Podróż ta też nie była zbyt komfortowa, bo samochód ledwo ciągnął po piasku (4x4, ale słaby silnik). Dojechaliśmy do innych, policzyliśmy szybko auta i zorientowaliśmy się, że jednego nam brakuje. Są tam - pokazali nam w oddali drugiego Hyundaia (w sumie były 3 takie). Chłopakom zachciało się rajdu po wydmach, ale chyba zapomnieli, że nie siedzą w Jeepie. No i bum! Zakopani! 

Wysiedliśmy. Wiało jak na przysłowiowym dworcu, tyle że mieliśmy jeszcze gratis w postaci piasku. Po chwili wdzierał się on we wszelkie możliwe zakamarki - buzia, oczy, uszy. Wyciągnęliśmy Bruna z auta (łopatka w dłoń, a jakże!), ale po chwili miałam wrażenie, że sam chce do niego wrócić, bo mrużył oczy, a jego mina mówiła - „mamusiu, ta piaskownica mi się nie podoba…”

Francuzi (bo to właśnie oni się zakopali) stali dalej, widać ich było coraz słabiej, bo unoszący się piasek zaczął tworzyć powoli zasłaniającą świat kurtynę. Chłopaki do nich ruszyli, próbowali pchać, ale i to nie pomogło. Niestety, nie mieliśmy żadnej linki. Przecież nikt nie przypuszczał, że rodzinna wycieczka przerodzi się w pustynny survival! Oczywiście z pikniku też nici, bo nikomu nie chciało się jeść kanapki z piaskiem popijanej herbatką z piaskiem. Chcieliśmy jak najszybciej wrócić. Ale co z zakopanymi? Na szczęście jedno z aut miało napęd na 4 koła i mocny silnik, więc właściciel postanowił wziąć swoją rodzinkę, wrócić na parking, załatwić jakąś linkę od wypożyczających quady i wyciągnąć czym prędzej niedoszłych rajdowców. Zabraliśmy się z nimi, chcąc jak najszybciej dostać się do naszego auta i wrócić do miasta. Po chwili wszyscy podjęli tę samą decyzję. Francuzi dosyć szybko zostali wyciągnięci z opałów i wreszcie wszyscy już rozmawialiśmy z powrotem na parkingu (to się nazywa szybka wycieczka na wydmy!) Pozostało jedynie porobić trochę zdjęć ;-) 

Dołączyli do nas znajomi, którzy poprzedniego dnia przestrzegali nas przed wiatrem i którym musieliśmy przyznać rację. Zawsze słuchać tych, którzy są tutaj dłużej, bo wiedzą, co mówią - przyrzekliśmy sobie z Tomkiem :-) Po krótkiej debacie, co robić, my pojechaliśmy na piknik do DQ (Diplomatic Quarter), gdzie wiatr był już delikatny i Bruno mógł się spokojnie pobawić. Następnie skorzystaliśmy z zaproszenia polskiej rodzinki i popołudnie spędziliśmy bardzo przyjemnie w jednym z compoundów. Dzieciaki pluskały się w basenie, ganiały z piłką po trawie, a my zajadaliśmy domowe wypieki gospodyni, popijając herbatką. 

Krajobraz przy wyjeździe z miasta

Krajobraz przy wyjeździe z miasta

W drodze - punkt kontrolny na granicy miasta Riyadh

W drodze - punkt kontrolny na granicy miasta Riyadh

Efektowny pomnik na punkcie kontrolnym

Efektowny pomnik na punkcie kontrolnym

W drodze...

W drodze...

Ciągle w drodze...

Ciągle w drodze...

Kramik z zabawkami na autostradzie

Kramik z zabawkami na autostradzie

Wypożyczalnia... Chwilowa radość była wielka

Wypożyczalnia... Chwilowa radość była wielka

Prezentowały się pięknie!

Prezentowały się pięknie!

Tak wygląda quad na wydmie ;-)

Tak wygląda quad na wydmie ;-)

Jeszcze raz dla utrwalenia widoku

Jeszcze raz dla utrwalenia widoku

My tu, "zakopani" tam

My tu, "zakopani" tam

Zbliżenie na "zakopanych"

Zbliżenie na "zakopanych"

To już Diplomatic Quarter

To już Diplomatic Quarter

Fontanna w DQ - to, co Bruno lubi najbardziej

Fontanna w DQ - to, co Bruno lubi najbardziej

Jest woda, jest zabawa!

Jest woda, jest zabawa!

Jest piasek, też jest zabawa!

Jest piasek, też jest zabawa!

Szybki piknik ;-)

Szybki piknik ;-)

DQ

DQ

DQ

DQ

W sobotę postanowiliśmy się nie spieszyć, w końcu mamy cały dzień, a podróż do lasu można wykorzystać na drzemkę Bruna. Blue Abaya - jeden z najsłynniejszych blogów o Arabii Saudyjskiej, tak opisuje las Rawdat Khuraim (rawdat w języku arabskim znaczy ogród): “It really is like a green oasis suddenly appearing from the desert” ("To naprawdę wygląda jak zielona oaza wyrastająca niespodziewanie na pustyni"). Oaza w środku pustyni! Cudownie - myślałam jeszcze w domu wyobrażając sobie las tak, jak to las zwykł w Europie wyglądać: zieleń, drzewa, kwiaty, śpiewające ptaki… 

Wyruszyliśmy koło południa. Bruno gotowy do drzemki. Nie mieliśmy ochoty na powtórkę z dnia poprzedniego, oj nie! Rzeczywiście junior zasnął po 15 minutach, ale niestety okazało się, że jego fotelik nie bardzo jest przystosowany do drzemki. Głowa ciągle mu leciała na klatę, co wybudzało go co chwilę ze snu. Męczył się niemiłosiernie, a my razem z nim. Nigdzie na foteliku nie było widać możliwości zmiany ułożenia, a Tomek twierdził, że instrukcji nie było. Dopiero po kilku dniach, całkiem przypadkowo, znalazłam instrukcję między siedzeniem fotelika a wkładką. Genialnie! W instrukcji tej dumnie napisali, że w foteliku jest schowek na… instrukcję! Sprzedawca chyba o tym nie wiedział :-/ Niestety, tę podróż Bruno musiał przespać z głową na klacie. Każdy z nas chyba wie, jaki ból karku pojawia się po przebudzeniu z takiej pozycji, auć! :(

Wracając do lasu… Drogowskazy bezbłędnie wskazywały drogę do King’s Forest - Rawdat Khuraim. To chyba jeszcze nie to - stwierdziłam, obserwując naokoło raczej niewielkich rozmiarów roślinność. Hmmm, auta poustawiane były wzdłuż granicy wyznaczonego palikami obszaru. To chyba jednak to - rozwiał moje wątpliwości Tomek. Wyczułam w jego głosie rozczarowanie. Oczywiście, że tak! Oaza?! To ma być oaza?! Żart jakiś! Przecież to jest wysuszona, popękana ziemia z kilkoma krzakami na krzyż i pojedynczymi drzewkami! To COŚ nazywają lasem?! Po chwili jednak zauważyliśmy, że kawałek dalej, w głębi widać gęstszą roślinność. Na Blue Abaya było rzeczywiście napisane, żeby przejść kawałek dalej od granicy. Bruno wylądował więc w nosidle, Tomek wziął torbę piknikową i ruszyliśmy. Im bliżej tego zielonego obszaru byliśmy, tym bardziej miny nam rzedły, bo okazało się, że teren ten jest ogrodzony i po furtce ani śladu! Blue Abaya wyjaśniła nam, że owszem, las składa się z dwóch części - jedna bardziej sucha i mniej zielona, dostępna dla Saudyjczyków, druga zalesiona, zielona jak nasze lasy latem, zagospodarowana jedynie dla… króla. No tak, wszystko jasne. Pozostało nam podziwiać las przez ogrodzenie. Staliśmy przy nim jak dzieci obserwujące lizaki na sklepowej wystawie.

No trudno! Znaleźliśmy kawałek trawiastego obszaru i rozłożyliśmy koc. Rozejrzałam się naokoło. Sucho, kolczaste krzaki i gdzieniegdzie przebiegające myszoskoczki pustynne. No dobra, ptaki śpiewały ;-) No i były dwa drzewa! Co przykuło moją uwagę, to sterty śmieci zostawione przez Saudyjczyków. Smutne to, ale naród ten w ogóle nie jest nauczony sprzątać po sobie i dbać o naturę. Tym bardziej nie ma mowy o recyklingu czy segregacji śmieci! Sorry? What’s that? - usłyszysz od Saudyjczyka, zapytanego o recykling. 

Posiedzieliśmy trochę, poobserwowaliśmy żyjątka pustynne, pobawiliśmy się, zjedliśmy i… wróciliśmy do domu. Potem wyczytaliśmy, że rzekomy las jest najpiękniejszy wiosną, kiedy wszystko kwitnie i że można do niego wejść z różnych stron. W takim razie chyba byliśmy o nieodpowiedniej porze roku i z nieodpowiedniej strony ;-)

Kto wie, może kiedyś postanowimy się jeszcze przekonać.

Poniżej ujęcia z Rawdat Khuraim. Po takim weekendzie, łatwo wyciągnąć jeden wniosek - saudyjska pustynia niewiele różni się od saudyjskiego lasu ;-)

Spacer po lesie ;-)

Spacer po lesie ;-)

My też spacerujemy! Te białe plamki to stokrotki, serio!

My też spacerujemy! Te białe plamki to stokrotki, serio!

Las zza ogrodzenia

Las zza ogrodzenia

W pozycji "na wielbłąda"

W pozycji "na wielbłąda"

Tak mieszkają myszoskoczki. Samych mieszkańców ciężko złapać obiektywem

Tak mieszkają myszoskoczki. Samych mieszkańców ciężko złapać obiektywem

Typowo leśna roślinność

Typowo leśna roślinność

Jeszcze jedna charakterystyczna roślinka

Jeszcze jedna charakterystyczna roślinka

Niby pustynia, ale ruchome budki z lodami są :-)

Niby pustynia, ale ruchome budki z lodami są :-)