No problem, madame!

Taksówki… To temat, o którym kobieta w Arabii Saudyjskiej może powiedzieć bardzo dużo. To chyba jedyny kraj, gdzie kobieta, pozbawiona w ciągu dnia z możliwości skorzystania z własnego męża lub innego opiekuna jako kierowcy, skazana jest na taksówki. Wiele rodzin saudyjskich posiada własnego kierowcę, opłacanego miesięcznie. W wielu compoundach można również znaleźć wachlarz dostępnych kierowców. U nas natomiast nie ma takiej możliwości, więc musieliśmy poradzić sobie sami. 

Bardzo szybko dowiedzieliśmy się, że w Riyadh działa Uber - amerykańska firma, która stworzyła sieć taksówek oraz uruchomiła aplikację na telefon, umożliwiającą zamówienie taksówki, śledzenie ruchów auta oraz pozwalającą na zapłatę za usługę przez internet. W sam raz dla mamy z maluchem :-) Tomek może w ten sposób śledzić naszą trasę i upewnić się, że dojechaliśmy w wyznaczone miejsce.

Dlaczego Uber, a nie taksówka “z ulicy”? O taksówkarzach saudyjskich krążą już tutaj legendy. Po pierwsze - ich angielski jest na poziomie prawie zerowym (PRAWIE, jeśli wziąć pod uwagę zwrot “Ok madame/sir, no problem", który opanowali w stopniu zaawansowanym) i mija co najmniej godzina zanim koleś zrozumie, gdzie chcesz jechać. Po drugie, nie używają GPSów, a są to głównie obcokrajowcy z Bangladeszu czy Indii, którzy w ogóle nie znają miasta Riyadh i jeśli ty nie będziesz wiedzieć, gdzie i jak trzeba jechać, to możesz być pewna, że w taksówce spędzisz dwie godziny! Dzięki Uber od razu oznaczasz swoją lokalizację oraz miejsce docelowe, więc nie ma szans, żeby nie dojechać, bo kierowca ma wszystko na mapie (choć i w tym przypadku zdarzają się tacy, którzy po wejściu do taksówki rzucają: “Gdzie jedziemy, Madame?” - ręce opadają). Są i takie cwaniaki, którzy zawiozą Cię okrężną drogą, albo będą udawać, że nie wiedzą, gdzie jest wjazd do compoundu, żeby tylko wydłużyć Twój czas spędzony w taksówce. Ale na takich na szczęście jest rada - reklamacja! Zawsze uwzględniona! :-)  

Z Uber korzystam od samego początku. Oczywiście najczęściej jeżdżę taksówką, jak jadę z Brunem na playgrupę. Generalnie jestem zadowolona, ale - jak już wcześniej wspominałam - tutaj też zdarzają się “ciekawe przypadki” ;-) O tym poniżej.

Aplikacja UBER. "Everyone's privat driver" ;-)

Aplikacja UBER. "Everyone's privat driver" ;-)

Mój pierwszy raz. Zamawiam taxi przez aplikację. Wow! Super! - myślę sobie widząc jak czarne autko na ekranie mojej komórki zawraca i jedzie w stronę naszego apartamentowca. Widzę czas, jaki kierowca potrzebuje na dojazd oraz dane auta i kierowcy. Wózek, abaja, Bruno i schodzimy do bramy wyjściowej. Aplikacja pokazuje mi 3 minuty do przyjazdu kierowcy. Uff, gorąco... - myślę sobie, bo stoimy już za bramą, więc zaczynam się powoli grzać pod abają. Do tego Bruno beztrosko rzuca piłkę na ulicę, raz po raz, zmuszając mamę do wysiłku fizycznego z trzepoczącą między nogami kiecką. 3 minuty zaczynają się dłużyć. Dzwonię do kolesia i pytam go, kiedy będzie. “Where?” - zdziwiony odpowiada, na co ja tym bardziej zdziwiona: “What do you mean, where?”. Tłumaczę mu, że przecież dostał lokalizację, że czekam już grubo ponad 10 minut, że jestem z dzieckiem, itd. “Yes, madame, no problem”. Jakie “no problem”! - gotuję się w środku. Kątem oka widzę, jak Bruno zaczyna buszować w torbie i wyciągać po kolei: łopatkę, chusteczki, butelkę z wodą, termos i układać wszystko z beztroską miną wzdłuż ulicy. “Where are you?” - warczę do słuchawki z zaciśniętymi zębami i pytam czy jest daleko od Al Malaz (dzielnica, w której mieszkamy). Pan kierowca (z akcentu można było wywnioskować, że Hindus) odpowiada: “Me no Al Malaz, me on the way to airport”. “WHAT???!!!” - wybucham. "Are you kidding me?!" - dorzucam jeszcze, wkurzona na maksa. “No, no, no kidding, madame”.* Dobre sobie! Zrezygnowana rzucam tylko do niego, że zamówię innego, rozłączam się i biegnę pozbierać wszystko to, co Bruno pieczołowicie porozkładał. Zamawiam nową taxi i na szczęście czekam już tylko 5 minut…

Innym razem trafiam na bardzo rozgadanego kierowcę z Bangladeszu. Zazwyczaj panowie kierowcy nie rozmawiają z klientką, co jest oznaką szacunku (lub braku znajomości języka angielskiego; to się jeszcze powtórzy ;-)), ale ten widocznie wiedział, że Europejki mają inną mentalność i nawijał mi całą drogę. Poznałam cały życiorys owego kierowcy, łącznie z kondycją zdrowotną członków jego rodziny oraz ceną jaką zapłacił rządowi saudyjskiemu za wydanie na świat piątki dzieci. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ewidentnie próbował mnie przekonać do zmiany wiary na muzułmanizm. Co trochę, między zdaniami, dorzucał jakieś magiczne sentencje po arabsku, mające być błogosławieństwem dla mnie, Bruna i moich przyszłych dzieci. Bo przecież na jednym nie mogę poprzestać! “Wszystko w rękach Allaha” - powtarzał co trochę. “Ty się nie musisz o nic martwić! Nie martw się o ilość dzieci, nie martw się o to, skąd weźmiesz pieniądze na ich edukację. To jest zmartwienie Allaha, on wszystkiego dopilnuje. Im więcej dzieci, tym więcej błogosławieństwa dla matki“. No tak, mój bóg nie da mi na edukację dzieci, Allah owszem! ;-) “Tak, tak” - odpowiadałam tylko, uśmiechając się do rumianej twarzy kierowcy w lusterku i wyobrażając sobie siebie co rok na porodówce ;-)

Pozytywne było natomiast to, że znał bardzo dobrze Riyadh i Dzielnicę Dyplomatyczną, więc bez problemu zawiózł mnie we wskazane miejsce. Za wyjątkiem jednego - stanął pod budynkiem nr 7, twierdząc że jest to nr 13 (może jest przesądny i nie chciał stawać pod 13-stką ;-)). Na szczęście spotkałam od razu inną mamę, która zmierzała na tę samą playgrupę…

Ostatnia przygoda z taksówkarzem (to i tak nieźle, jak na 2 miesiące pobytu ;-)) miała miejsce w jednym z compoundów, gdzie byłam z Brunem na playgrupie u jednej z mam. Ponownie zdarzyło mi się, że kierowca zrezygnował po 15-stu minutach czekania (na szczęście już wiem, jak to sprawdzać na aplikacji, więc nawet nie dzwoniłam, tylko zamówiłam innego). Zobaczyłam na mapce, że podjeżdża pod compound i… stoi. Kurczę - myślę sobie - chyba nie wie, że musi przejechać przez punkt kontrolny i dopiero potem przejechać przez właściwą bramę, żeby dostać się do mieszkań. Dzwonię więc do niego i pytam, gdzie jest. On mi na to, że jest w compoundzie i żebym dała mu numer domu. "Przecież widzę, że nie jesteś w środku" - myślę sobie i spoglądam jeszcze raz na mapkę. Daję mu numer domu i wyjaśniam, że musi przejechać przez pierwszą bramę i potem jest ta właściwa na teren compoundu. “Aha, druga brama!” - entuzjastycznie odpowiada kierowca. No dobra, chyba zrozumiał. Czekam… Spoglądam znowu na mapkę, ale samochód ani drgnął. "Co on robi!?" - myślę sobie. Ubieram abaję, pakuję Bruna do wózka i postanawiam podejść pod bramę (nie było mowy o podejściu do pierwszej, bo to jakiś kilometr, a słońce grzało niemiłosiernie). Widzę, że Uber dalej stoi! Dzwonię znowu i pytam, dlaczego nie wjeżdża. Kierowca odpowiada, że jest pod bramą. 

-    “Którą?” - pytam

-    “Pod bramą compoundu”. 

-    “Wjedź proszę do środka”.

-    “Jaki numer domu?” (Fuck! Ile razy jeszcze o to spyta!? Zresztą, przecież nawet nie wjechał do środka!)

-    “Jestem już pod drugą bramą i będę tu czekać”

-    “Ja też jestem pod bramą” 

-    “No tak, ale pod pierwszą i musisz wjechać do środka, żeby dotrzeć do drugiej, przy której ja stoję”

-    “Aha, ok madame” (ale słyszę, że wcale nie ok!)

Teraz następuje mój monolog, przez który przewija się taka ilość synonimów na powiedzenie, żeby przejechał przez pierwszą bramę i kontynuował, że aż byłam pod wrażeniem zasobu słów, jakimi się posłużyłam. Niestety, wszystko przez złość! W zenicie! 

-    “Rozumiesz?” - kończę swój monolog

-    “Yyyyy… Ekhm… Yyyy… Nie, proszę pani, nie rozumiem” (mamy sedno sprawy!)

"No i co ja mam zrobić!" - myślę sobie, spuszczając zrezygnowana ręce i patrząc błagalnym wzrokiem na Bruna. Przecież nie będę zamawiać kolejnego, bo to nie ma sensu. Chyba będę musiała iść ten kilometr do pierwszej bramy i już na samą myśl zaczynam się pocić. “Czekaj na mnie przy bramie” - warczę w słuchawkę i kończę rozmowę. Nagle, z budki strażników wychodzi jeden z ochroniarzy. Oferuje mi pomoc (chyba usłyszał mój monolog…), dzwoni do kierowcy i po arabsku wyjaśnia mu, co ma zrobić. Wystarczyły 2 zdania! Uratowani! Uber już jedzie! Podziękowałam najładniej jak mogłam mojemu wybawicielowi i wsiadłam do auta. “Przepraszam Panią, ale nie mówię zbyt dobrze po angielsku” - niewinnie usprawiedliwił się kierowca. Pozostało mi tylko uśmiechnąć się wyrozumiale do lusterka i odpowiedzieć - "No problem, sir…" :-)

A to dopiero 2 miesiące…

 

*tłumaczenie pierwszego dialogu

  • "Gdzie?"
  • "Co masz na myśli?"
  • "Nie ma problemu, proszę pani". 
  • "Gdzie jesteś?"
  • "Ja nie Al Malaz, ja lotnisko".
  • "CO?! Chyba żartujesz!?"
  • "Nie, nie, nie żartuję proszę pani..."