Przetrwać kryzys

13. znowu wypadł w tym miesiącu w piątek. Minął kolejny miesiąc z życia Bruna :-) Minął również kolejny tydzień. Niezbyt dla mnie przyjemny, bo dopadł mnie kryzys… Cóż, spodziewałam się prędzej czy później i spodziewam się również kolejnych, ale wiem, że trzeba je jakoś przetrwać i przeczekać…

Oczywiście nazbierało się z każdej strony. Tęsknota za rodziną, znajomymi, Wrocławiem…, SAMOCHODEM!!! Nie dosłownie, bo przecież auto mamy, ale prowadzeniem auta, serio! Każda z nas zapewne, prowadząc auto, czuje się niezależna, może pojechać gdzie i kiedy chce, nie czekając na pomoc drugiej osoby. Szczególnie, jak w okolicy nie ma żadnego innego środka transportu (transport miejski w Riyadh nie istnieje, a zakończenie budowy metra przewidziane jest na 2018 rok - oczywiście “inshAllah” ;-)) Shit! Tu jest trochę jak w Stanach (w końcu Saudowie czerpali od Amerykanów!): nie możesz prowadzić - nie istniejesz, bo do każdego miejsca trzeba dojechać. Często nie ma chodników, sklepy spożywcze są głównie w centrach handlowych, więc nie wyskoczysz sobie do “warzywniaka”, bo akurat potrzebna Ci jest pietruszka (a propos, korzenia pietruszki nie mogę tutaj nigdzie znaleźć…). Miasto jest wielkie, więc nawet jeśli jedziesz na playgrupę, to się umęczysz, bo korki są o każdej godzinie i pół godziny w taksówce to minimum. Pół biedy jeśli dzieciak siedzi ci spokojnie na kolanach - tak, wiem, teraz wszyscy rodzice mówią: “Bez fotelika?!” Niestety… Ale masz wybór - ruszyć się z dzieckiem lub zwariować w domu. Uwierzcie mi, po 2 tygodniach siedzenia w czterech ścianach, przyznalibyście mi rację.   

Temat samochodu jeszcze się nie kończy, bo ok, mamy auto, ale nie jest to auto, które pozwalałoby nam na eksplorację Arabii i wypady poza miasto. Dlaczego? Ano dlatego, że wszystkie fajne miejsca są dostępne jedynie albo na wydmach, albo po przejechaniu przez wydmy. Przypominacie sobie naszą wycieczkę na quady? Bez auta 4x4 nie ma sensu gdziekolwiek jechać! Tutaj są naprawdę piękne miejsca, ale niestety trzeba mieć odpowiednie auto. I w tym miejscu zaczynają się schody i wkracza arabskie “inshallah”…

Od kilku tygodni Tomek stara się o kredyt na auto (co nam się bardziej opłaca, niż kupienie od ręki, bo miesięczny dodatek na auto, jaki Tomek dostaje w pracy, spokojnie pokryłby ratę kredytową na fajne, duże auto). Niestety, nie dość, że bank jest niezbyt skory do udzielenia kredytu (przecież w tym kraju żadna firma nie stara się o klienta, bo im mniej klientów, tym mniej pracy - taka jest filozofia!), to jeszcze firma Tomka też przeciąga wydanie odpowiednich papierów, chociażby zaświadczenia o zarobkach. Od Annasza do Kajfasza, jak mówi biblijne powiedzenie. “Ok, ok, mister Tomas, inshallah”. No i jak tu się nie wku…. !? Naprawdę! Ilość osób, do których Tomek uderza z tą sprawą jest ogromna, począwszy od pracownika kadr (normalnie, ścieżka powinna skończyć się już tu!), po managerów różnych szczebli, na CEO skończywszy (czyli szef wszystkich szefów!). Jak jednego dnia wydaje się, że już coś ruszyło, to kolejnego okazuje się, że jesteśmy w punkcie wyjścia! Jak to społeczeństwo może funkcjonować? Nie pytajcie, nie wiem!

Compound - kolejny temat. Cóż, mieszkanie duże i piękne. Cóż, na playgrupy jeżdżę, więc raczej się nie nudzę. Cóż, miejscówka fajna. Ale! Nie mamy placu zabaw, nie mamy ścieżek spacerowych z trawką i drzewkami, nie ma miejsca, gdzie można by zostawić dziecko choć na godzinkę, żeby sobie z siłowni skorzystać (takie miejsca w większości compoundów są). Cały dzień jestem z dzieckiem! W każdym innym kraju (choć już miałam ochotę napisać, “w normalnym kraju” ;-)) nie miałabym nic przeciwko, bo przecież przychodzi mąż z pracy, wsiadasz w samochód i jedziesz, gdzie cię dusza poniesie, żeby troszkę się oderwać od tej codzienności z maluchem. Ale nie tutaj! Mąż przychodzi z pracy i owszem, jedziemy, ale wszyscy razem! Na zakupy! Cóż za rozrywka! Minęło już trochę czasu i pojeździłam po różnych compoundach (widziałam około 8), więc wiem, że niektóre są naprawdę ładne i życie w nich bardziej urozmaicone. Żeby jednak trafić do takiego, trzeba wydeptać duuużo ścieżek…

Tomek oczywiście poruszył już ten temat z kadrami i nie tylko (choć sami ciągle się jeszcze zastanawiamy, czy chcemy się przenosić; warto jednak zapisać się do wybranego, bo na miejsce czasami trzeba poczekać), ale na razie odbija się echem. Oczywiście - przyznają rację, oczywiście - rozumieją, oczywiście - zajmą się tym. Tylko kiedy? Nie wiem…

Wracając do wyjazdów za miasto. Dosyć blisko jest z Riyadh do małego państewka-wyspy Bahrain. Wszyscy przyjezdni zachwalają weekendowe wycieczki na ową wysepkę. Już nawet nie ze względu na możliwość legalnego wypicia sobie piwka, ale ze względu na całość - tam już jest inny świat. Kobiety chodzą bez abai, kobiety mogą prowadzić auto, kobiety mogą usiąść w kafejce na zewnątrz i wypić sobie spokojnie kawkę (w Arabii ta przyjemność przypada tylko mężczyznom), kobiety mogą porozmawiać z mężczyznami. INNY ŚWIAT! Na wyciągnięcie ręki! Nie jest to jednak takie proste…

Od samego początku chcemy bardzo pojechać do Bahrainu, ale oczywiście CO? Muszę mieć wizę wyjazdową, żeby móc jednorazowo wyjechać sobie do innego kraju. Wizę załatwia firma Tomka, więc już możecie sobie dopowiedzieć, jak się sprawy toczą :-( Ale nadzieja umiera ostatnia, więc się nie poddajemy. Od Annasza do Kajfasza! ;-)

I rzecz ostatnia, która leży mi na sercu - nasze rzeczy z Polski. Ciągle na nie czekamy. Już nawet nie pamiętam, co ja tam spakowałam! A najśmieszniejsze jest to, że one już są w Riyadh od 5 marca. Tak! Czekają w magazynie (mam nadzieję, że jeszcze się do nich nie dobrali ;-)).  Niestety, ja ciągle w tych samych butach (i to krytych, bo przecież sandały w zimie w Arabii nie są potrzebne), dziecko bawi się zakrętkami i rurkami do picia, bo znudziło mu się sześć zabawek, które udało nam się przywieźć, a kupować nowych się nie opłaca, bo w kartonach pełno tego! Koty obdrapały wszystkie możliwe meble, bo drapaka ciągle nie mają (w sklepie dla zwierząt nie znaleźliśmy żadnego!) W dodatku sytuacja się powtarza, jak z bankiem. Trudno było znaleźć firmę, która chciałaby nam te rzeczy przywieźć do domu. Nie to, że takich firm nie ma, ale jakoś niechętnie odpowiadają na telefony, na maile… Powtarzam, tutaj nie ma walki o klienta! Wreszcie znalazł się jeden chętny, który ogarnia sprawę od półtora tygodnia. Schody są jednak dłuuuugie i strooooome… Wiadomo, trzeba jakieś dokumenty na wydanie zgody z izby handlowej. Jak dokumenty są, to na nieodpowiednim papierze, bo muszą być na firmowym (prośba o zgodę na odebranie rzeczy idzie z ramienia firmy Tomka - nie wiem dlaczego :-/). Jak jest papier, to musi być nagle firmowa pieczątka. Jak jest pieczątka, to brakuje jakiegoś numeru. Masakra! W tę i z powrotem, na górę i w dół, w lewo i w prawo. I ciągle coś do załatwienia ma ten mój biedny Tomek! A że z natury jest cierpliwy, to jakoś daje radę. Od czasu do czasu przychodzi jednak gorszy dzień - wtedy to lecą siarczyście wszystkie możliwe przekleństwa, po polsku i po angielsku - możecie sobie wyobrazić ;-)

No i jak? Trochę się tego nazbierało… 

Na szczęście kryzys przychodzi i odchodzi, a jak odchodzi, to świat wygląda znowu bardziej kolorowo :-)

Do zażegnania kryzysu przyczynił się też pewnie mile spędzony weekend (no! oprócz sobotniego 3-godzinnego pobytu w klinice ;-)) 

Piątek spędziliśmy w gościnie u polskiej rodzinki, którą poznaliśmy na imprezie w rezydencji ambasadora. Tomek poznał wcześniej gospodarza na maratonie w Dubaju, więc chłopaki mieli wspólny temat do rozmów ;-) Tego samego dnia odwiedzili ich jeszcze jedni znajomi Polacy, więc towarzystwo było doborowe. Było wspaniale! Gospodyni przygotowała arabskie pyszności, gospodarz polał arabską kawkę, a że są w Arabii od 2 lat, nasłuchaliśmy się wielu ciekawych opowieści, historii, anegdotek, porad. Ludzie bardzo optymistyczni, widzący dobre strony takiego pobytu, przywrócili nam znowu dobre humory i wiarę w to, że będzie dobrze :-) 

W sobotę, jak już wspomniałam, pojechaliśmy do kliniki, bo Tomek od jakiegoś czasu miał niefajny kaszel i chcieliśmy sprawdzić, czy wszystko ok. Wizyta i badania (aż 7 - pojechali po bandzie!) zajęły mu półtorej godziny, ale wyszedł zadowolony. Stwierdziliśmy jednak, że może od razu ja pójdę się zarejestrować, skoro już jesteśmy. No i drugie półtorej godziny spędziliśmy na czekaniu na wizytę - tym razem moją, ponieważ pan w recepcji wywnioskował, że do lekarza to ja chcę teraz ;-) No nic, zostaliśmy i ostatecznie ja też byłam zadowolona (choć praktyki zastosowane przez panią doktor lekko odbiegały od znanych mi norm ;-)).

Ponieważ byliśmy już mega głodni, w nagrodę za cierpliwość w klinice, poszliśmy do restauracji, która jako jedyna w Riyadh udostępnia taras dla kobiet i rodzin (tylko dlatego, że właścicielką jest księżniczka i tak sobie zażyczyła - chwała jej za to! :-)). Zestaw lunch’owy był rewelacyjny (dowody na zdjęciach!), objedliśmy się jak bąki, a Bruno mógł sobie biegać swobodnie po tarasie.  

Tak wyglada klinika - taki nasz Medicover czy Luxmed

Tak wyglada klinika - taki nasz Medicover czy Luxmed

Piętra kliniki

Piętra kliniki

Oczywiście poczekalnie są oddzielne - dla kobiet i mężczyzn (zdjęcie z ukrycia ;-))

Oczywiście poczekalnie są oddzielne - dla kobiet i mężczyzn (zdjęcie z ukrycia ;-))

A to już na tarasie restauracji Le Notre

A to już na tarasie restauracji Le Notre

W tle charakterystyczny dla Riyadh "otwieracz do butelek" - Kingdom Center - jeden z najwyższych "drapaczy chmur" w Arabii Saudyjskiej

W tle charakterystyczny dla Riyadh "otwieracz do butelek" - Kingdom Center - jeden z najwyższych "drapaczy chmur" w Arabii Saudyjskiej

Widoczny na zdjęciu napój to jallab - orzeźwiający napój robiony z winogrona, daktyli i wody różanej z kruszonym lodem oraz orzeszkami pinii - PYSZNY! 

Widoczny na zdjęciu napój to jallab - orzeźwiający napój robiony z winogrona, daktyli i wody różanej z kruszonym lodem oraz orzeszkami pinii - PYSZNY! 

To dopiero przystawka ;-)

To dopiero przystawka ;-)

Danie główne. Szczerze, to spodziewaliśmy się mniejszych porcji... ;-)

Danie główne. Szczerze, to spodziewaliśmy się mniejszych porcji... ;-)

Na dobicie! - deser nr 1 (zawsze biorę, jak jest w menu - chocolate fondant)

Na dobicie! - deser nr 1 (zawsze biorę, jak jest w menu - chocolate fondant)

Deser nr 2. Musiałam zrobić zdjęcia, bo były przepięknie podane (podobnie smakowały :-))

Deser nr 2. Musiałam zrobić zdjęcia, bo były przepięknie podane (podobnie smakowały :-))

Na koniec widok z drugiej strony. Tak wygląda Riyadh - ciągle coś budują 

Na koniec widok z drugiej strony. Tak wygląda Riyadh - ciągle coś budują