Magiczne "inshAllah"

3 MARCA 2015. NARESZCIE! Jestem prawowitym rezydentem (rezydentką też brzmi dobrze :-)) Królestwa Arabii Saudyjskiej! Dzisiaj Tomek przywiózł do domu i dumnie wręczył mi moją iqamę, czyli kartę stałego pobytu (“Resident permit”). Taki saudyjski pseudodowód osobisty. No! Teraz czuję się kimś! :-) Zwłaszcza, że starania o iqamę zaczęły się wraz z moim przyjazdem. Tomek codziennie naciskał na ludzi w kadrach, żeby działali w tej sprawie, ale tutaj wszystko jest “inshAllah” (czytaj “inszala” z akcentem na duże A), czyli “jeśli Allah zechce/ wszystko w rękach Allaha”. Wygląda na to, że tutaj nic nie zależy od człowieka, a nawet jeśli, to za sznurki i tak pociąga “ktoś inny”. A może to tylko wymówka…

W każdym razie, w Arabii na pytanie, “kiedy zrobicie to czy tamto”, nigdy nie usłyszysz “za tydzień/dwa, za miesiąc”, itp. Zawsze będzie “inshAllah”. I czekaj niecierpliwy człowieku… Europejczyk przyzwyczajony do wszechobecnych w Europie “deadline’ów” (czyli terminów) na początku w Arabii popada w obłęd (nie wspomnę już o pracowniku korporacji ;-)). Jak to!? Nie ma terminów!? Nie ma procedur!? Jak to wszystko działa!? Ano “InshAllah”! :-) Po jednej takiej sytuacji myślisz sobie, że chyba Cię nie zrozumiał(a) i dopytujesz kilka razy, ale ciągle słyszysz to samo “I don’t know, inshAllah!” Przy drugiej już pytasz tylko dwa razy, potem raz, aż wreszcie zaczynasz rozumieć, że na takie pytanie otrzymasz ZAWSZE tę samą odpowiedź, więc nie pytasz już w ogóle. I czekasz niecierpliwy człowieku… Oprócz magicznego “inshAllah”, przy okazji wyrabiania iquamy miałam też pierwszy raz styczność z saudyjską służbą zdrowia. O tym w szczegółach poniżej.

Kiedy wszystkie papiery potrzebne do wyrobienia iqamy zostały już złożone, okazało się, że muszę jeszcze zrobić badania lekarskie, czyli badanie krwi oraz rentgen klatki piersiowej. “No dobra, miejmy to już za sobą” - powiedział któregoś dnia Tomek i ustaliliśmy, że do kliniki pojedziemy na następny dzień z samego rana. “Masz adres?” - spytałam Tomka pro forma. “Mam ulicę” - odpowiedział. Po drodze okazało się, że na tej ulicy są dwa szpitale, więc stwierdziliśmy, że jeśli nie trafimy do odpowiedniego, pojedziemy do drugiego. (Pewnie teraz się dziwicie, jak to możliwe? Przecież jadąc na takie badania zawsze wiadomo, gdzie się jedzie - jest nazwa placówki i adres. A no nie! Nie tutaj! Tutaj trzeba się trochę bardziej postarać ;-)). Szpitale były obok siebie, więc byliśmy przekonani, że załatwimy sprawę szybko. O dziwo, Tomek nie dostał w pracy żadnych papierów potrzebnych do tych badań, ale pan doktor twierdził, że żadnych nie potrzebujemy. “They will know”- powtarzał Tomkowi (“Będą wiedzieć”). 

Zajeżdżamy do pierwszego szpitala, a raczej próbujemy się tam dostać, bo labirynt uliczek i ilość wjazdów powoduje, że już nie wiemy czy jesteśmy w szpitalu, czy w jakimś compoundzie. Pytamy o parking. Jeden strażnik mówi “jedźcie dalej”, drugi “tutaj nie ma parkingu”. W końcu widzimy jakiś mini parkindżek - budka ze strażnikiem, szlaban, kilka samochodów. Tomek pyta pana strażnika czy może wjechać. Pan nie rozumie - oczywiście nie mówi po angielsku. Pan strażnik zaczepia idącego właśnie do szpitala przypadkowego pana doktora. Pan doktor wyjaśnia, że to jest parking tylko dla VIP/dyplomatów. “Jeśli pan jest dyplomatą, to może pan wjechać” - mówi pan doktor. Tomek spogląda na mnie - łobuzerski uśmiech - i odpowiada ku mojemu zdziwieniu: “Oczywiście, że jestem dyplomatą”. Pan wskazuje jedyne wolne miejsce na parkingu, szlaban podnosi się w mgnieniu oka. Nawet nas nie legitymują! 

Szczęśliwi szukamy głównego wejścia, co jest niełatwe w ogromnym kompleksie. Wreszcie znajdujemy jakąś recepcję. Nasze błagalne spojrzenia mówią: “Czy ktoś tu mówi po angielsku?”. Nagle słyszymy: “W czym mogę pomóc?” nienaganną angielszczyzną od postawnego Saudyjczyka. Uratowani! :-) Im dalej tłumaczymy panu, o co nam chodzi, tym większe zdziwienie pojawia się na jego twarzy. “To nie tu” - od razu przechodzi mi przez myśl. Zła na siebie, że nie wypiłam rano kawy, czekam na dalszy rozwój wydarzeń. Wreszcie wszelkie nadzieje nikną z pytaniem przemiłego pana, skierowanym do mojego męża: “Czy pan jest wojskowym?” No tak, przedrostek “military” w nazwie szpitala mógł nam dać do myślenia, ale przecież to szpital na wskazanej przez firmę Tomka ulicy. Widzimy ulgę na twarzy Saudyjczyka, gdy Tomek odpowiada “nie” i już wiemy, że będziemy musieli jednak jechać do drugiego szpitala…

Ładujemy się do auta - Bruno już trochę zniecierpliwiony, ja łaknąca kawy, Tomek zły na siebie, że nie wziął namiarów GPS na szpital. Zajeżdżamy do drugiego szpitala - narodowego tym razem. Na szczęście tutaj jest parking (dla wszystkich!) i jedno główne wejście. W recepcji wszyscy bardziej interesują się Brunem niż powodem, dla którego tu przyjechaliśmy. Ponownie, im bardziej staramy się im wytłumaczyć, po co tu jesteśmy, tym większe zdziwienie pojawia się na ich twarzach. I już wiem, że to nie tu. W końcu jeden z recepcjonistów oznajmia, że to jest szpital dla członków rządu. No tak, znowu znaczący przedrostek - “national” (narodowy). Wskazują nam inny szpital, bo tam na pewno nas przyjmą na takiego rodzaju badania. NA PEWNO… Ostatnia szansa, ostatkiem sił decydujemy się na odwiedzenie wskazanego szpitala, tylko dlatego, że jest on blisko naszego mieszkania. Jedziemy już bez nadziei, zmęczeni korkami, głodni, spragnieni. To miał być szybki wypad na badania…

Dzień świra! Powtórka z rozrywki - po skierowaniu nas na I piętro przez ludzi z recepcji z parteru, wracamy na parter, skierowani przez ludzi z recepcji z I piętra. Nasz spacer po piętrach przywraca im jasność umysłu i stwierdzają, że u nich nie robi się takich badań. Eureka! Oczywiście wyciągają pomocną dłoń i tłumaczą czym prędzej, do jakiego szpitala mamy się udać. Oj nie, wracamy do domu… Niestety, z niczym. KAWA!!!

Wniosek: następnym razem pojedziemy tylko wtedy, jak będziemy mieć papiery i namiary GPS. Po kilku dniach mamy wszystko, co potrzebne. Klinika na drugim końcu miasta. Pobudka o 5:45, ledwo żyjemy, ale jedziemy pełni nadziei, że to już ostatni raz. Miejmy to już za sobą…

Zajeżdżamy pod klinikę 7:30. Dobry czas! Tomek z papierami idzie sprawdzić czy to wskazane przez firmę miejsce. Owszem, klinika ta, ale otwarte od 9:00. Nie, to się nie dzieje naprawdę - przemyka mi w jednej sekundzie. W drugiej wyrzucam Tomkowi, że nie sprawdził w Internecie,  o której otwierają. Znowu na darmo ściągałam śpiącego Bruna z łóżka! “Dzwoniłem na wskazany numer, nikt nie odebrał” - odpowiada. No tak…

Wracamy do domu. Jedziemy jeszcze raz tego samego dnia, ale po południu. Dopiero teraz widzę, że to jakieś stare miasto, nieciekawa dzielnica, pełno śmieci i brudu (delikatnie mówiąc). Budynek kliniki też jakiś taki “wczorajszy”. No nic, miejmy to już za sobą. 

W recepcji od razu wiedzą, gdzie nas skierować. Alleluja!!! To już na pewno tutaj - myślę, gdy kierownik przejmuje nasze papiery i przytakując powtarza nazwę firmy, w której pracuje Tomek. Mimo kolejki, kierownik każe nas obsłużyć jako pierwszych (no tak, “biały” ma tutaj pierwszeństwo). Poczekalnia i fotel do pobierania krwi znajdują się w jednym pomieszczeniu. Z obawą ogarniam wzrokiem sprzęt, przybory i ręce pani, która odgradza mnie od czekających mężczyzn kotarą. W miarę sterylnie - pocieszam samą siebie, choć podświadomie wyliczam wszelkie choróbska, jakimi mogłabym się tutaj zarazić. Rękawiczki, igła ze sterylnego opakowania - upewniam się. Potem tylko szybko rentgen klatki piersiowej i uciekam, gdzie pieprz rośnie ;-) Automatycznie, w biegu, pytam jeszcze w recepcji, kiedy będą wyniki, na co pani: “Wyślemy pani smsa, inshAllah”. Tomek kwituje tylko z uśmiechem: “No no, na pewno dostaniesz smsa…” I co? Dostałam? Nie dostałam! Na szczęście wyniki trafiły do firmy i dziś cieszę się moją iqamą :-)

Ps. Wygląda na to, że lekarz, który kierował Tomka na badania, wskazał mu pierwsze placówki, tylko dlatego, że Tomek nalegał, żeby było bliżej naszego adresu. Zapewne pan doktor sam nie wiedział, czy mi te badania tam zrobią, czy nie. Może tak, może nie. Wszystko zgodnie z magicznym… 

InshAllah!

Pisane po arabsku

Pisane po arabsku