W poszukiwaniu rozrywek - 27.01.2015

Odwiedziliśmy z Brunem dzisiaj nasz basen, który znajduje się piętro nad nami – na  dachu apartamentowca.  W Polsce w taką pogodę nie byłoby gdzie usiąść, położyć się, czy nawet stanąć, a tu.... pustka! Leżaki pocą się pod pokrowcami, woda ochoczo chlupocze, słońce przygrzewa zachęcająco. No i co?! No i głupio, bo to przecież zima! Dziwnie, ale rzeczywiście niby gorąco, niby żadnej chmurki na niebie, niby pełne słońce, ale jakoś inaczej. Musimy jeszcze poczekać na orzeźwiającą kąpiel.

Postanowiłam też wyjść poza nasz apartamentowiec i rozejrzeć się naokoło (krok, na który nie każdą Europejkę byłoby stać ;-) Może jakiś plac zabaw, może jakiś minipark. Przeszliśmy z Brunem kawałek i widzę, tam na horyzoncie – zarys placu zabaw. Już zaczęłam widzieć oczami wyobraźni Bruna na huśtawce, na zjeżdżalni, w piaskownicy. Z zapałem pcham wózek w określonym celu! Wchodzimy! Jesteśmy! I... zamiast huśtawki zawieszone na wysokości 1,5 metra uchwyty (skojarzyłam je z dyscypliną olimpijską, gdzie zawodnik na dwóch uchwytach robi różne wygibasy – cóż, dyscyplina chyba nie dla Bruna...). Zjeżdżalnia – jest! Nawet dwie! Coś mnie tknęło, dotykam, @%$&^# !!! Gorąca jak cholera! Myślę – dobra, Bruno ma długie spodenki, jakoś zjedzie. Dwa razy wrzuciłam go na zjeżdżalnię (przecież sam nie wejdzie, bo schody jak dla 10-latka!) i myślałam, że ducha wyzionę. Upociłam się, jakbym przerzuciła przyczepę ziemniaków! (Zaznaczam, że wyszłam poza naszą „posiadłość”, więc miałam na sobie czarną abaję!). Bruno chwilę pomarudził, ale na szczęście dla mnie zajął się grzebaniem w piasku. Służyłam mu za parasol, bo już ujrzałam na jego policzkach niepokojąco powiększające się pąsy. Na plecach powoli tworzył mi się strumyk, rzeczka, wodospad ;-) Oj, lato tu będzie wyzwaniem!

Uspokajam przerażonych moim wyjściem – nikt mnie nie zaczepił, nikt nie zagadał, nikt nie wykonywał podejrzanych ruchów. Dzień jak co dzień ☺