Przylot - 25.01.2015

Jesteśmy - ja i moja latorośl! Po 3 m-cach rozłąki z synem Tomek mógł go wreszcie przytulić i usłyszeć słodkie "tata" mówione z paluszkiem wycelowanym między jego oczy (niech żyje skype, facetime i tego typu wynalazki!). Przywitało nas ciepłe powietrze, ale po całym dniu spędzonym na lotniskach i w samolotach (od 6:30 do 21:00!) byłam skrajnie wykończona i nic, tylko chciało mi się ryczeć i schować w najmniejszy kąt naszego zakurzonego od pustynnego piasku auta. Płakałam.... Płakałam, bo puściły nerwy i opuściła mnie nagromadzona przez cały dzień adrenalina, wszystkie emocje znalazły ujście w moich rzewnych łzach. Bruno też był rozdrażniony i wymęczony wszelkimi wrażeniami i po nieudanej próbie wykąpania go (stał pod prysznicem i ryczał), butla, łóżko i kołysanki mamy zrobiły swoje - oboje zasnęliśmy błogim snem dziecka. W nocy budziłam się kilka razy odganiając dziwne sny, gdzie wciąż atakowana byłam przez stado czarnych kruków (bynajmniej nie chodzi tu o Ptaki Hitchcocka). Obawy, Strach, Wyobraźnia robiły swoje... 

No i witaj przygodo! Zaczęło się... Siedzę sobie przy wielkim stole, w wielkim salonie, w wielkim mieszkaniu, w wielkim mieście - Riyadh :-) Syn mój odsypia wczorajszą podróż radośnie pochrapując. Należy mu się! Mnie pozostaje napicie się imbirowo-miodowej herbaty i naskrobanie kilku słów "na świeżo". Po wstępnym rekonesansie stwierdzam, że mieszkam w pół-pałacu pół-więzieniu. Pałac, bo mamy wielki nowiutki apartament, a więzienie, bo jedynym miejscem, gdzie możemy z Brunem spacerować bez zawijania mnie w czarną abaję (suknie przykrywającą kobiece ciało od szyi po czubki palców u stóp) jest... "spacerniak" – jakże uwielbiana przez wszystkich więźniów ścieżka okalająca więzienie między jego ścianami, a wysokim na 3 metry murem. Hmmm, brakuje tu jedynie kolczastych drutów pod napięciem. Bruno jednak wydaje się być tym wszystkim niewzruszony i z wielkim uśmiechem i zaangażowaniem odpowiada na wszelkie gry i zabawy, jakie jestem mu w stanie zaproponować na sztucznej trawie (a jakże!). Całe szczęście, że są schody, bo jego najnowszym celem stało się nabycie umiejętności pokonywania schodów na dwóch własnych nogach! :-) 

 

Hit! Na dworze co najmniej 25 stopni. Na patio wyszła 7-letnia dziewczynka (przedstawiła się, ale nie byłam w stanie zapamiętać dziwnie brzmiącego arabskiego imienia). Ubrana w pełny dres i golf! Zaznaczę, że ja i Bruno – jak  przystało na warunki polskiego lata – w  krótkim rękawku, spodenkach i sandałach! Powiedziała, że jest z Jordanii i na dzień dobry wyraziła swoje zdziwienie, że nam nie zimno!!! (A Tobie nie gorąco?! – pomyślałam zaskoczona). Myślałam, że mnie zagada na amen. Bruno chyba miał podobne odczucie, bo początkowo uśmiechał się i gugał coś do niej po swojemu, ale szybko dał sobie spokój i ogłuszony słowami wyrzucanymi z szybkością karabinu maszynowego zasnął po 10-ciu minutach. Korzystając z okazji uciekłam do swojego cichego azylu. Nadejdzie i u nas ten dzień, jak syn nasz ukochany będzie próbował przegadać wszystko i wszystkich naokoło. Ehhhh.... ;-) 

Wspomnę jeszcze, że z jednej rzeczy jestem dzisiaj dumna – ugotowałam rosół! Może nie był to rosół idealny  – sos sojowy zamiast soli, kolendra zamiast natki pietruszki, noodles zamiast makaronu, ale Bruno i Tomek zajadali się ze smakiem. Cóż, potrzeba matką wynalazku.... i kuchni ☺

Lotnisko Frankfurt - jeszcze nie wiemy, co nas czeka

Lotnisko Frankfurt - jeszcze nie wiemy, co nas czeka

Wspomniany "spacerniak"

Wspomniany "spacerniak"

I ulubione schody Bruna

I ulubione schody Bruna

Bruno na "spacerniaku"

Bruno na "spacerniaku"

Nasz dziedziniec

Nasz dziedziniec