Pierwsza baranina - 06.02.2015

Odważnie sięgam po barani udziec na półce marketu. Trzeba korzystać, bo przecież w Polsce drogie to, jak cholera. Pakowane są po dwa, w sam raz - myślę. Obiło mi się o uszy, że baranina śmierdzi, że jest twarda, ale przecież kilka razy jadłam, dobra była. Wołowina też nie najlepiej pachnie, a i gotować ją trzeba długo. Skoro jest dostępna, wcale nie będzie ciężko ją zrobić, a i kucharka ze mnie przecież nie najgorsza.

Nazajutrz, nie zaglądając nawet do internetu, stawiam wodę na rosół. Zobaczymy później, co zrobię z mięsem. Woda, warzywka, mięsko do garnka. Wolny ogień i gotowe, niech się gotują uda! Zadowolona zasiadam przed komputerem w salonie. Po chwili do nozdrzy mych zaczyna wdzierać się niepokojący zapach. No dobra, na początku trochę pewnie będzie zajeżdżać, jak gotujący się kurczak czy wołowina – uspokajam się. Nie podnoszę się nawet, bo przecież zaraz przejdzie. Woń coraz bardziej intensywna zaczyna niepokojąco nozdrza moje skręcać, wwiercać się wgłąb mojego organizmu, wywołując lawinę znaków zapytania na mej twarzy. Zdziwienie sięga zenitu! WTF?! Biegnę do kuchni, podnoszę delikatnie przykrywkę od garnka, w którym wywar mój ochoczo bulgocze. Bang! Nokaut a la idol mój Vitali Klitschko! Z odchyloną na metr od garnka głową wiem już, że rosołu z tego nie będzie. Pochłaniacz zapachów! Włącz pochłaniacz zapachów! – krzyczą w duecie mój nos i mózg. Pstryk! Tymczasowo ratuję się ucieczką z kuchni. Trudno, myślę, może chociaż mięso zmięknie, to zrobię jakąś potrawkę. Dam mu jeszcze godzinkę. Wracam do kuchni po wspomnianej godzinie. Już mniej ochoczo, już znając koniec mej przygody z baraniną, godząc się z porażką, intensywnie myśląc, co tu szybko zrobić na obiad. Wyciągam nieszczęsne udźce z wywaru, w jednej ręce widelec, w drugiej nóż... I promyk nadziei wlewa się w moje serce, bo mięso owo wydaje się być miękkie! Wącham, hmmmm, nie śmierdzi! Wszystko w wywarze pewnie zostało – myślę. Próbuję, mmmm..., smaczne! Miękka i smaczna baranina! Obiad uratowany – krzyczą moje endorfiny! I znów ochoczo sięgam po nóż, kroję mini-cukinie, drobno siekam imbir, czosnek i dymkę. Na koniec natka pietruszki i szczypiorek. Wszystko wesoło skwierczy na patelni. Do tego ryż i zmiksowane na papkę gotowane warzywa z soją. Podaję obiad mężowi, który zmęczony po pracy wraca do domu. Wow! – krzyczy – pyszne! Honor gospodyni uratowany... ☺

Wywar po baraninie stał przykryty w garnku do następnego dnia. Jak uchyliłam przykrywkę nazajutrz – mimo ostygnięcia – doznałam ponownego nokautu, więc przywitałam wywar ów niewdzięczny z kiblem...

Zdjęcie nienajlepsze, ale oddaje cały wysiłek 

Zdjęcie nienajlepsze, ale oddaje cały wysiłek