Pierwsza abaja - 04.02.2015

Warto wspomnieć, że nie w każdym centrum handlowym są sklepy z abajami, trochę trzeba się nachodzić. Jak już znajdujesz, niekoniecznie muszą tam mówić po angielsku. My w takim właśnie sklepie mieliśmy przyjemność kupić moją pierwszą oryginalną abaję. 

Niczym nastolatka nabywająca prawo do swej pierwszej abai, wybieram niecierpliwie wśród wieszaków z czarnymi powłóczystymi sukniami. Na pierwszy rzut oka wszystkie takie same, co tu wybierać, biorę pierwszą lepszą! A nie, nie, jednak nie. Wiercąc okiem dostrzegam różnice – tu cekin, tam kolorowe oczko, tu diamencik, tam kolorowa nitka, jeszcze dalej delikatne marszczenie przy kołnierzyku, jedne mają zwężane rękawy, inne proste, są poszerzane w biodrach i są wycięte w talii, coś się dzieje, niewiele, ale jednak! Jest! Tak! Ta jest dla mnie! Wybieram prostą, rozszerzaną do dołu, z prostymi rękawami, stójką i delikatnym marszczeniem; tylko krótki zameczek na założenie przez głowę (kolor jest oczywisty). Śliczna! Lecę przymierzyć. Pani mnie zatrzymuje i mówi pięknie łamaną (ledwo zrozumiałą) angielszczyzną: This M, you S. Hmmm, chyba chodzi jej o rozmiar. No tak, dla mnie raczej S. Przynosi, przymierzam. Fuck! Ale to długaśne! Puka Pani, chyba chce mnie obejrzeć. Wychodzę a ona: Oh my god! (czyli wzywać Allaha na daremno to oni mogą ;-)) So big! (że niby ja „big”!?) I śmiejąc się dodaje: You XS. No tak, wszystko jasne, abaja za duża. Po wnikliwym obejrzeniu, okazuje się jednak, że ta S-ka może być, tylko trzeba skrócić na dole (ta to nawet na Anję Rubik byłaby chyba za długa) i skrócić rękawy. Wprawnymi dłońmi krawiec na miejscu zaznacza odpowiednie długości. Płacimy. Pani wypisuje kwitek mówiąc z wielkim uśmiechem do Tomka: „My name?” Patrzę na Tomka, Tomek zdezorientowany patrzy na mnie. Siedzący na foteliku sklepowym klient Saudyjczyk pod nosem mamrocze: „My name or your name?” Wahając się Tomek wymienia swoje imię. Trafione! Pani chce wiedzieć coś jeszcze, ale tym razem Tomek się poddaje. Saudyjczyk przychodzi z pomocą, służy za tłumacza między Tomkiem, a ciągle uśmiechniętą Panią. Ostatecznie udaje się wypełnić kwitek. Odbiór jutro o 19:00 (trochę jestem zawiedziona, jeszcze jeden dzień czekania!)

Wracamy nazajutrz. 19:30! Dlaczego? Ano dlatego, że aplikacja w telefonie wskazująca czas codziennych modlitw oznajmia, że kolejna o 19:07. Sklepy pozamykane przez kolejne pół godziny (pięc razy dziennie!). Opóźniamy więc nasz wyjazd z domu. Abaja już na mnie czeka. Idę podniecona do przymierzalni, zakładam... Idealna! Prezentuję się mężowi. Komentuje z uśmiechem od ucha do ucha: „Sweet!”, ja na to: „Sexy!”. Wybuchając perlistym śmiechem Pani spuszcza wstydliwie głowę ukrywając pąsowe policzki. Że też odważyliśmy się na takie żarty ;-P

Oto stałam się właścicielką mojej pierwszej abai. Dla mnie to tymczasowa egzotyka, dla Saudyjek -  codzienność.