Trzynastego w piątek

Trzynastego w piątek kojarzy nam się zazwyczaj z pechem, choć większość złych zdarzeń tego dnia to czysty przypadek. Ja od narodzin Bruna uważam trzynasty za najszczęśliwszy dzień w miesiącu. W lutym bieżącego roku trzynasty również okazał się pełen pozytywnych wrażeń.

Piątek - pierwszy dzień weekendu, tzw. muzułmańska niedziela. Dla nas Tłusty Czwartek w rezydencji Ambasadora oraz after party - wieczór walentynkowy w jednym z compoundów, w klubie, który powstawał na naszych oczach i który zwykliśmy nazywać “Naszym Klubem”.

Nie mam odpowiednich butów na ten wieczór - oznajmiam Tomkowi. Oczywiście wiedziałam o tym od początku tygodnia, ale przecież sama nie wsiądę do auta i nie pojadę  kupić sobie butów! (gwoli wyjaśnienia - kobiety tu nie mają prawa siadać za kółkiem i na zakupy mogą jeździć jedynie z opiekunem bądź taksówką). Owszem, mogłam wziąć taxi i jechać na zakupy z Brunem, ale zakupy z dzieckiem w centrum handlowym? Potrzeba przynajmniej dwojga rodziców do ogarnięcia! Jeszcze trochę czasu minie, zanim Bruno zacznie zachowywać się jak Saudyjski maluch w sklepie (czyli grzecznie siedzieć w wózku lub spokojnie iść za rękę z mamą lub tatą), choć zastanawiam się czy przy tej petardzie jest to w ogóle możliwe. To już jest chyba inny żywioł… ;-)

Wracając do mojego niemałego (a jakże!) problemu, postanowiliśmy pojechać do centrum… w drodze do rezydencji (jedyne słuszne wyjście!). Ryzykując tym samym, że wieczór spędzę jednak w schodzonych botkach, które są jedynymi w miarę wieczorowymi butami, jakie obecnie posiadam (reszta ciągle kołysze się na statku płynącym do portu w Dammam ;-)). 

Weryfikacja godziny modlitwy. Ok, akurat między jedną a drugą - mamy szczęście. Do ambasady powinniśmy również zajechać na czas. Elegancko ubrani ładujemy się do auta. Azymut ustawiony na Panorama Mall - duże centrum handlowe. Po drodze oczywiście korki, bo Saudowie ruszyli z domów (w końcu sklepy w piątek otwierają się o 16:00), w centrum pełno ludzi. Jeden sklep, drugi sklep, trzeci sklep… NIC! Tu nie ma fajnych, tam nie ma rozmiaru. Wreszcie wchodzę do sklepu jednej z moich ulubionych marek. Widzę! Piękne! Czarno-białe z kokardką, będą idealne, bo ubrana jestem a la Alicja z Krainy Czarów. Przymierzam po uprzednim napisaniu pani ekspedientce na kartce mojego rozmiaru. Dobre! Nawet nie pokazuję Tomkowi, bo przecież nie ma go w sklepie - Bruno odpowiednio zadbał o jego czas spędzony w centrum. Biorę, płacę, wołam moich chłopaków i jedziemy do Diplomatic Quarter. Gładko poszło - myślę, zakładając buty w aucie. Przypadły do gustu również Tomkowi.

W rezydencji wita nas Pan Ambasador. Wszyscy eleganccy, uśmiechnięci. Słychać rozmowy, śmiechy, krzyki dzieci. Bruno od razu zaczyna pogoń za innymi dziećmi, próbując nadążyć za starszymi od siebie. Po 5 minutach jego eleganckie koszula i spodnie wyglądają jak strój rolnika po wykopkach. No cóż, mama się starała…

Podczas takiego typu uroczystości w rezydencji organizowany jest zawsze konkurs na najlepszy wypiek imprezy. Były więc pyszne pączki, chrusty, ale też sernik, beza czy ciasto kawowe. Pyszności!!! Specjalne jury obradowało przez godzinę zanim ogłoszono rezultat. Tym razem wygrały pączki. Reszta dla uczestników imprezy, se se se :-D Już przed wymienionym deserem zdążyliśmy się najeść jak dzikie bąki (choć brzmi to dość łagodnie w tym konkretnym przypadku), więc jak jeszcze wciągnęliśmy pączki, to miałam wrażenie, że się będę turlać! Niestety, musieliśmy się turlać, bo Bruno nie przestawał biegać. Przed 21:00 stwierdziliśmy, że pora na after party, więc poturlaliśmy się do auta. Szczerze to nie bardzo nam się chciało tam jechać. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co zrobimy z Brunem, ale obiecaliśmy że będziemy, więc ruszyliśmy w stronę compoundu.

Wydawało nam się, że Bruno zaśnie po drodze, bo przecież ganiał przez cały wieczór jak struś pędziwiatr, ale on radośnie wykrzykiwał pojedyncze sylaby na swoim foteliku, jakby dopiero zaczynał zabawę. W compoundzie wrzuciliśmy go do wózka i skierowaliśmy kroki do klubu.

Przez okna sączyła się przyjemna dla ucha muzyka. Weszłam na górę (Tomek został z Brunem w restauracji, piętro pod klubem) i już nie chciałam wychodzić. Muzyka i klimat klubu pochłonęły mnie w zupełności, upajały wszystkie moje zmysły. Przyciemnione wnętrze, światło świeczek, rozświetlona scena, zapach palonych cygar nie chciały już mnie wypuścić ze swych niewidzialnych objęć. 

Na zmianę z Tomkiem schodziliśmy do Bruna, ale wreszcie przed 23:00 stwierdziłam, że jeśli chcemy zostać, on musi zasnąć. Wózek, spacer po wyludnionych uliczkach compoundu, kołysanki uśpiły malucha po 10 minutach. Alleluja!!! 

Ewentualny plan “co zrobić ze śpiącym Brunem” obmyśliliśmy ze znajomą dzień wcześniej. Wózek z juniorem został wstawiony do siłowni, która znajdowała się obok klubu. Mimo niewielkiej odległości muzyka i głosy były tam ledwo słyszalne (niech żyją saudyjskie mury!), więc spokojnie z Tomkiem mogliśmy już wspólnie przysiąść w klubowych fotelach, zamienić parę słów ze znajomymi, pokołysać się w rytm rockowych ballad, które śpiewa cały świat… :-)

Nie obyło się bez tańców i improwizacji muzycznych. Co trochę na scenie pojawiał się ktoś inny. Niesamowite jak wielu jest grających na instrumentach i śpiewających amatorów, o których świat się nie dowie. Całe szczęście, że chociaż my możemy karmić uszy ich talentem.

Po imprezie Bruno na śpiąco został przeniesiony z wózka do auta, z auta do wózka i w końcu z wózka do łóżka. Spał błogim, spokojnym snem…

Szczęśliwi rodzice zresztą też :-)

W rezydencji Ambasadora

W rezydencji Ambasadora

Tłusto w czwartek ;-)

Tłusto w czwartek ;-)

Improwizacje w Klubie 

Improwizacje w Klubie 

Coraz weselej :-)

Coraz weselej :-)

Improwizacji ciąg dalszy - tym razem keyboard

Improwizacji ciąg dalszy - tym razem keyboard