Kulturowy wieczór, czyli mama ma wolne

Wychodzę dzisiaj wieczorem sama! Wychodzę dzisiaj wieczorem sama! - z tą mantrą oraz wielkim uśmiechem obudziłam się rano w dzień wystawy Pani Gosi van Unen-Roszak zatytułowanej “City Lights”, zorganizowanej w rezydencji naszego Ambasadora oraz koncertu grupy Boulevard de Swing w rezydencji Ambasadora Francji. Wejściówki załatwiła mi bardzo życzliwa osoba. Przypomniały mi się czasy, kiedy sama byłam na stażu w ambasadzie i pomagałam przygotowywać takie imprezy. Ach, to były czasy… ;-) Tym bardziej byłam ciekawa obejrzeć i poznać wszystko od drugiej strony, teraz już jako widz. 

Już rano obmyśliłam plan co, gdzie i kiedy, czyli poszczególne kroki wyszykowania się na wieczór. Przecież nie idę na byle jakie wydarzenie! Dress code: Business Attire - widniało na zaproszeniu. Trzeba więc jakoś wyglądać - myślałam przeglądając moją uszczuploną garderobę (ciągle jeszcze czekamy na nasze rzeczy z Polski). No nic, coś wybiorę. Tomek powinien wrócić ok.17:30, więc jak mniej więcej przyszykuję sobie strój i umyję włosy to na zapięcie wszystkiego na ostatni guzik będę miała godzinkę. Akurat Tomek zdąży mnie zawieźć. Cudownie! 

16:30 - No, Tomek powinien być za godzinkę, spróbuję umyć głowę oraz wyprasować sukienkę. Piszę spróbuję, bo z maluchem to nie jest takie oczywiste. Albo będzie uczepiony mojej nogi, albo między moimi nogami będzie próbował dosięgnąć wodę ze swoim wesołym “ciap, ciap, ciap”, albo akurat będzie chciał coś od mamy i będzie mnie ciągnąć za rękę, nie zważając na to, że trzymam w niej słuchawkę od prysznica lub gorące żelazko, w najgorszym wypadku może mieć nagle ochotę na kąpiel. No nic, trzeba próbować, bo czas goni. Tym razem była dwójka. “Ciap, ciap, ciap” - wtórowałam “wesoło” (ekhm!) Brunowi w łazience… 

17:00 - Jest ok, zrobię coś do jedzenia Brunowi, bo nie wiem czy Tomek będzie wiedział co (tak, tak, wszechwiedząca mama :-)). Spytam Tomka przez sms, kiedy będzie. Brak odpowiedzi…

17:30 - Pewnie zaraz będzie w domu. Mówił, że będzie normalnie, bo poprzedniego dnia siedział w pracy wyjątkowo do 20:00. Wystawa zaczyna się o 19:00, więc trzeba wyjechać ok. 18:30, bo jedziemy do Diplomatic Quarter - myślałam ciągle jeszcze wyluzowana.

17:45 - W mojej głowie zaczyna rosnąć delikatna obawa, że Tomek jednak będzie trochę później. Spoko, w 45 minut jeszcze zdążę się pomalować, ubrać i ułożyć włosy.

18:00 - Obawa zamienia się w panikę. Bruno wesołymi okrzykami zagrzewa mamę do wspólnej zabawy. Dobra mina do złej gry… Sms od Tomka: Wyjeżdżam. Jadę do ciebie a ty schodzisz z Brunkiem - jak gdyby nigdy nic. WHAT?! WHAT?! Ja schodzę z Brunkiem?! Że niby jak?! Że niby wyszykowana i po drodze ubierając jeszcze Bruna?! Niech Cię szlag trafi - myślę już rozhisteryzowana. Dlaczego on mi to robi!? - krzyczy mi w głowie. 

18:10 - PLAN B!!! Łazienka. Bruno dostaje kosmetyczkę mamy z całą jej zawartością. Oczywiście wszystko ląduje na podłodze. Ja w 20 minut układam włosy i robię make-up (Można? Można! :-/). Wrzucam na siebie sukienkę, ubieram Bruna. Wchodzi mąż mój ukochany. Oczywiście, że kazałam mu przyjść jak najszybciej na górę! Rzucam mu Bruna w ramiona, ostatnie poprawki, zakładam buty i biegniemy do garażu. 

18:40 - Uffff - wzdycham w aucie. Jedziemy! “Ile razy bym nie wychodziła na imprezę, zawsze, ale to ZAWSZE przypominaj mężowi, że potrzebujesz chociaż godzinkę na SPOKOJNE wyszykowanie się” - przysięgam sobie w duchu. No bo przecież sam się nie domyśli ;-)

Już od progu rezydencji słychać język polski. Dobrze jest poczuć się jak u siebie… Wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. Winko, przekąski. Poznaję nowych ludzi, rozmowom nie ma końca. Tyle różnych historii! Są Polacy, którzy mieszkają w Arabii ponad 10 lat. Zaaklimatyzowali się, dorobili, odnaleźli w tym jakże innym od naszego świecie i są naprawdę szczęśliwi. Tyle informacji można nazbierać w ciągu jednego wieczora. Czy to ich nadmiar czy to wino spowodowało delikatny szum w głowie? ;-)

Obrazy (bo jest to wystawa obrazów Pani Gosi, przedstawiających Riyadh) zachwycają kolorami. Przedstawiają Riyadh troszkę inny, niż widzimy go na co dzień. Powiedziałabym, że to bardziej Nowy Jork, niż beżowa stolica Arabii. Może właśnie chcielibyśmy, żeby Riyadh tętnił życiem jak Manhattan… Poniżej kilka zdjęć z wystawy.

Wymykamy się z rezydencji i zmierzamy na koncert. Komórki muszą zostać w aucie, zabronione jest ich wnoszenie na teren rezydencji Ambasadora Francji. No trudno, wspomnienia zostaną w pamięci - myślę. Dzisiaj żałowałam - Oj, szkoda, że nie mogę pokazać na blogu, jak wszystko wyglądało. Scena ustawiona na świeżym powietrzu w ogrodzie, pięknie oświetlona. Zespół grał najsłynniejsze piosenki francuskie. Cała widownia kołysała się w rytm muzyki, byli tacy co nucili pod nosem teksty (no tak, w końcu większość z nich to Francuzi; też nuciłabym pewnie, gdyby ktoś śpiewał piosenki Lady Pank czy Perfect ;-)). Klimat i atmosfera niesamowite. Zapominam o całym pośpiechu i złości sprzed 2 godzin…

Po koncercie znów rozmowy, znów spotkania, znów nowi ludzie. Nie mogę się nadziwić, że mimo nieprzychylnych głosów o Arabii Saudyjskiej, w królestwie znajduje swoje miejsce tyle różnorodnych osobowości. Dla gości przygotowane są trunki, przekąski, ale co najważniejsze spotykają się tu ludzie z całego świata. Wydarzenia w ambasadach czy rezydencjach ambasadorów są dostępne praktycznie dla wszystkich. Plus takich imprez polega na tym, że im więcej ludzi znasz, tym łatwiej zdobyć jest zaproszenie lub bilet na kolejny event, bo zwykle rozchodzą się one jak świeże bułeczki. W miejscu takim jak Arabia, gdzie praktycznie nie ma żadnych rozrywek (nie ma kin, pubów, dyskotek; przynajmniej oficjalnie), ludzie pragną dostępu do życia towarzyskiego. Po raz kolejny więc sprawdza się dewiza, by w Arabii zbudować sobie jak największą sieć znajomych, bo tylko w ten sposób człowiek jest w stanie uczestniczyć w życiu towarzyskim i rozrywkach organizowanych przez przyjezdnych.

Kulturowy wieczór pełen wrażeń zaliczony! Do domu wracam ze znajomym znajomej mojej znajomej (a nie mówiłam! ;-))