Po prostu jedź!

Jadąc do Arabii, Bruno i ja zostawiliśmy za sobą wszystkie lokalne atrakcje i znajomych, a jedno i drugie zapewniało nam cotygodniowe rozrywki. Zamotana salsa, wspólne obiadki z mamuśkami, Wózkownia - seanse kinowe dla rodziców z dziećmi, spotkania przy kawie z dziewczynami z pracy

No tak, Tomek będzie pracował większą część dnia, więc będzie miał co robić - myślałam. A ja i Bruno? Co my tam będziemy robić? Jak ja sobie zorganizuję czas? Przecież zwariujemy siedząc w domu! Pamiętam pierwsze słowa Tomka - Tutaj nie możesz się zastanawiać, po prostu jedź! Wszędzie tam, gdzie uważasz, że możesz spotkać ludzi. Bo tutaj najważniejsze są kontakty z ludźmi. Tylko w ten sposób jesteś w stanie zorganizować sobie czas wolny. Inaczej przepadniesz w tym wielkim, obcym mieście.

On sam już na początku skorzystał z pomocy życzliwych ludzi i zwiedzał, chodził, jeździł gdzie tylko była okazja. Dzięki temu, gdy przyjechaliśmy z Brunem do Riyadh, krąg towarzyski Tomka był już dosyć spory i od samego początku wiele się działo.

Posłucham go więc, uskuteczniając politykę otwarcia na różnego rodzaju wyjścia, również takie dla mam z dzieciakami, bo przecież Bruno potrzebuje kontaktu z maluchami w swoim wieku. Na najsłynniejszym portalu społecznościowym można znaleźć tzw.playgroupy”, również w Riyadzie. Ja trafiłam na grupę mam organizujących spotkania 2 razy w tygodniu, oba prowadzone przez Australijkę mającą troje dzieci (z których jedno przyszło na świat właśnie w Arabii). Jedno ze spotkań jest stałe i odbywa się co wtorek w Ambasadzie Brytyjskiej (Wadi playgroup), drugie organizowane jest w mieszkaniach poszczególnych uczestniczek spotkań (Riyadh playgroup).

Mogłabym zastanawiać  się, kręcić nosem, bo trzeba jechać spory kawałek, zamawiać taxi, słono za nią zapłacić, wcześnie rano się wyszykować, a w dodatku przecież wszyscy będą tam mówić tylko po angielsku. Po prostu jedź! - słyszę słowa Tomka odbijające się jak echo w mojej głowie. I wiem, że będą z tego same korzyści.

Wtorek - Wadi playgroup. Wstaję rano, szykuję siebie i Bruna, zamawiam taxi (o tym w jednym z kolejnych postów, bo warte opisania), jadę w korkach, które tutaj nigdy nie ustają. Wjeżdżamy do Diplomatic Quarter (dzielnica dyplomatyczna). Zajeżdżamy pod ambasadę spóźnieni. Domofon, brama, brama, brama… Portier znajduje moje nazwisko na liście przygotowanej przez Penny, zabiera mi komórkę (nie będzie więc zdjęć - myślę) i w zamian wręcza przepustkę. Znowu brama, jeszcze jedna, przechodzimy przez przyjemny skwerek, basen i wreszcie docieramy. W środku wesoło, kolorowo, pełno zabawek, uśmiechniętych maluchów. Przedstawiam się najpierw mamom rozpoznanym dzięki zdjęciom ze wspomnianego portalu. Witają mnie bardzo życzliwie.

Bruno od razu rzuca się w wir zabawy. Jest szczęśliwy, buzia uśmiechnięta od ucha do ucha. Ja też się nie nudzę. Rozmowom nie ma końca. Tyle nowych słów! Ciekawe tematy! Lepszej lekcji języka angielskiego nie można sobie wymarzyć! Jest też chwila, kiedy siadamy z maluchami i śpiewami piosenki (dzięki Mother Goose Club znam większość z nich :-)), gestykulując i zapraszając dzieci do wspólnej zabawy. Czad! 2 godziny mijają mi jak sekunda. Wychodzimy zadowoleni.

Zanim zamówię taksówkę, pospaceruję jeszcze trochę po dzielnicy, Bruno może pośpi - myślę. Decyduję się pójść do apteki (w trakcie rozmów dowiedziałam się, że tu w pobliżu jest jedna apteka, a akurat potrzebowałam konkretnej rzeczy). Bruno zasypia w 5 min. Jest ciepło, ale nie gorąco. Po dystrykcie spacerują ludzie różnych narodowości, głównie mężczyźni. Jestem bez abaji, bo wszyscy twierdzili, że w dzielnicy dyplomatycznej nie trzeba jej zakładać. Po 15 min. spaceru stwierdzam jednak, że to jakaś pomyłka, bo męskie i damskie spojrzenia przeszywają mnie na wskroś. Po drodze spotykam może z 3 kobiety - wszystkie w abajach. Nie wymiękam, a co! Po zakupach w aptece przystaję przy Starbucks (tak! w dzielnicy mają nawet Starbucksa!). Jakiś Saudyjczyk podjeżdża czarną furą, otwiera okno i wypala z wielkim szarmanckim uśmiechem - Too hot for baby. Lepszego tekstu na podryw nie mogłeś wymyślić – myślę i odpowiadam z równie wielkim uśmiechem - He doesnt care, hes sleeping :-D Wykorzystując moment wyciągam telefon i zamawiam taksówkę, całkowicie ignorując przystojniaka w arafatce. Odjeżdża. Następnym razem w Diplomatic Quarter abaja - decyduję. No, chyba że będę z Tomkiem. Wtedy żaden z mężczyzn nie pozwoli sobie nawet na krótkie spojrzenie

Środa - Riyadh playgroup. Jedziemy do jednej z mam - Sam, Brytyjki, która opiekuje się słodkim Torrenem i podobnie, jak ja jest tutaj od 3 tygodni. Sam też przyjechała tutaj z dwoma kotami. Całą rodziną mieszkają w compoundzie - Khuzama Village (jestem tu po raz pierwszy). I znowu jest przyjemnie - domowe ciasteczka, herbata/kawa, przekąski dla dzieci, owoce. Tym razem sami chłopcy. Bawią się rewelacyjnie. W domu i na zewnątrz. Ja zbieram od dziewczyn informacje o lekarzach, szpitalach, rozrywkach dla dzieci w Riyadzie. Przyjemny i owocny początek dnia - myślę, wracając taksówką.

Motto w Arabii - Po prostu jedź! :-)

Tak się bawią dzieciaki w playgroupie