Spotkania w compoundach

Czym jest „compound”? Google translator zaskakuje mnie wyjaśnieniem – tłumaczy wyraz jako „a thing that is composed of two or more separate elements; a mixture”. Spodziewałam się innego opisu. Bardziej dosłownego. Może małe zamknięte osiedle, może zbiór domków odseparowanych od reszty miasta, itp. A tutaj „rzecz złożona z dwóch lub kilku oddzielnych elementów, mieszanina”. Mieszanina? No tak, można by powiedzieć, że compound to mieszanina – ludzi, ras, krajów, charakterów, miejsc, historii, kultur, wyznań. Bo w tzw. compoundach mieszkają przyjezdni, ludzie z różnych stron świata. Compoundy są mniejsze i większe, starsze i nowsze, mieszkania/domki w nich tańsze i droższe, mieszkańcy bardziej lub mniej zamożni, rozrywki bardziej lub mniej luksusowe. Są baseny, place zabaw, sklepy, ścieżki spacerowne, kafejki, puby, restauracje, siłownie, własne autobusy, itp. Wszystko to, o czym potencjalny wczasowicz marzy, gdy wyjeżdża na urlop all inclusive. Żyć, nie umierać! 

W pierwszy weekend Tomek umówił nas na spotkanie w takim compoundzie (przypominam, że my mieszkamy w mini-compoundzie, choć bardziej tu pasuje nazwa "apartamentowiec pod nadzorem"). Jedziemy... Wypatruję ogrodzonego drzewkami i niskim murkiem osiedla. Zjeżdżamy z obwodnicy. Teraz każda uliczka wygląda dla mnie tak samo. Ehh, jak można połapać się w tym mieście? Domki takie same, skrzyżowania identyczne, pełno zjazdów dla chcących zawrócić. Rozglądam się, chłonę pejzaż wielkiego miasta Riyadh. O, patrz! Tu chyba jakieś więzienie – mówię do Tomka, wskazując na wysoki mur z drutami kolczastymi i budki z patrolem. To właśnie compound – odpowiada Tomek z wielkim uśmiechem. Z otwartymi ustami obserwuję wjazd na teren – zakręcone uliczki niczym tor gokartowy, pooddzielane betonowi blokami. Zajeżdżamy do kontroli, wychodzi pan z karabinem, sprawdza auto pod maską, w bagażniku. Usta mam nadal otwarte. Zamykam je dopiero na parkingu, gdzie Tomek wesoło rzuca, że mogę już pozbyć się abaji. Pierwsze wrażenie nienajlepsze. Uświadamiam sobie, że jednak jesteśmy w kraju, z którego pochodzi duża liczba terrorystów-zamachowców, tych, o których do tej pory słyszałam tylko z tv. Taka kontrola to must, gwarancja bezpieczeństwa. Patrzę na Bruna i przez głowę przemyka mi czarna myśl. Czym prędzej odrzucam ją od siebie.

Compound tętni życiem. Głosy szalejących na ulicach i placach zabaw dzieciaków mieszają się z głosami rozmawiających dorosłych, którzy popijają kawę albo inne, bardziej orzeźwiające napoje w kafejkach, barach, restauracjach. Bruno świetnie się tu bawi. Może lepiej byłoby dla niego mieszkać w takim miejscu? – rozmyślam. Tomek wspominał, że możemy zapisać się na listę oczekujących, bo do tego akurat compoundu chce się dostać bardzo dużo ludzi. Szkoda jednak by mi było zamienić piękne, nowe, przestrzenne mieszkanie na połowę mniejszy, przechodzony bangalow, bo obecnie tylko za takie coś firma Tomka byłaby skłonna nam zapłacić, a dopłacać z własnej kieszeni przecież nam się nie uśmiecha. Po kilku godzinach przebywania w takim miejscu zaczynam dostrzegać rzeczy, które pewnie z czasem by mi przeszkadzały. Koty, wszędobylskie koty. Oczywiście nie mam nic przeciwko kotom, bo sama hoduję dwa, ale są pewne aspekty... Konkretniej rzecz ujmując – piasek z placu zabaw dla dzieci służył tu kotom za kuwetę. Do tego nieustające głosy i odgłosy pod oknami, nienajnowsze już sprzęty i wyposażenie miejsc rozrywki. Hmm, powoli dochodzę do wniosku, że chyba jednak wolę moje nowiutkie, zaciszne, pachnące mieszkanie. Poza tym, czyż nie lepiej ruszyć się z domu i przyjechać sobie do compoundu raz-dwa razy w tygodniu? Obserwując rodziny mieszkające w compoundach mam wrażenie, że nie bardzo chce im się ruszać, bo tak naprawdę mają wszystko pod ręką. Ostatecznie stwierdzam, że jest to kwestia wyboru – albo zaszyjesz się w compoundzie i w największej mierze będziesz korzystać z możliwości, jakie on daje, albo też będziesz mieszkać w mieście i zapewnisz sobie rozrywki poza nim, niejako zmuszając się do poznawania okolicy i innych miejsc. Pozostaje więc pytanie, gdzie szybciej poczujesz się znudzony. Dla mnie aktualnie odpowiedź jest prosta – zostajemy w mieście.

Compound to też miejsce, gdzie muzułmańskie oko nie ma wglądu. Tak więc w kraju, gdzie alkohol jest zabroniony i nie można go nigdzie kupić, za murami pilnie strzeżonymi przez arabskich strażników kwitnie biznes alkoholowy. Można tu kupić trunki wszelakich barw, smaków, procentów. Jedynie opakowanie jakieś takie mało zachęcające – plastikowa butelka po wodzie mineralnej topowej marki międzynarodowej ;-) Wystarczy jednak spróbować domowego winka, żeby znaczenie samego opakowania szybko odeszło w niepamięć i stało się mało istotnym szczegółem... Niestety, ma to też swoje minusy, bo ludzie na co dzień zamknięci w czterech ścianach, korzystając w wolnej chwili z dobrodziejstw miejscowej pogody, odpoczywają nader często przy owych plastikowych butelkach. Królestwo Arabii Saudyjskiej nie jest więc wyjątkiem – spotkasz tu alkoholika lub takiego, co to po wychyleniu niejednego siada za kierownicą samochodu. Smutne, ale prawdziwe... Wyjściem jest trzymać się z daleka od takich ludzi.

Poniżej kilka ujęć z naszego apartamentowca oraz galeria z przykładowego compoundu.