Jarmark, czyli okazja na zakupy

Oczywistym jest, że kobiety, które przyjeżdżają do Arabii Saudyjskiej ze swoimi mężami nie zawsze pracują lub ich dzieci są już w wieku szkolnym i ich życie głównie kręci się wokół domu. Te, które nie przepadają za chodzeniem po centrach handlowych i nie lubią marnować czasu, zaczynają szukać innych zajęć. Najczęściej są to oczywiście robótki ręczne, gotowanie, malowanie i wszystko to, co można wyczarować własnymi rękami oraz z dostępnych produktów.

Usługi i wyroby ręczne proponowane są na stronach internetowych, a chętni do kupienia mogą zażyczyć sobie konkretnych wyrobów (na przykład tort na zamówienie). Takie biznesy kwitną wśród przyjezdnych.

Artyści (bo tak pozwolę sobie ich nazwać) od czasu do czasu mają możliwość pochwalenia się i sprzedania swoich wyrobów na jarmarkach (nie tylko świątecznych). Takie jarmarki organizowane są najczęściej w compoundach i uczestniczyć w nich mogą również ludzie z zewnątrz. 

Jarmarki to idealna okazja na zapoznanie się z ręcznymi wyrobami, spróbowanie jedzenia ze wszystkich stron świata, zakup pamiątek z Arabii oraz spędzenie czasu ze swoją rodziną w bardzo przyjemnej i radosnej atmosferze. Na jarmarkach proponowane są zabawy i gry dla dzieci, malowanie twarzy, sportowe rozgrywki, pokazy. Jednym słowem trochę rozrywki w mało rozrywkowym kraju ;)

Do tej pory trafialiśmy na raczej małe jarmarki, ale postanowiłam o nich napisać, bo ostatnio uczestniczyliśmy w naprawdę dużym i świetnie zorganizowanym. Ilość stoisk i proponowanych rozrywek zaskoczyły nas. Spacerując po uliczkach co trochę spotykaliśmy znajome twarze, co najlepiej świadczyło o rozgłosie i potrzebie takich wydarzeń. Nasz maluszek po początkowych szaleństwach zasnął głębokim snem, a Bruno tak się wyszalał, że po wyjściu z imprezy wystarczyło zapięcie pasów w aucie, żeby odpłynął w krainę snów...

Jarmarki reklamowane są na rijadzkich fanpage'ach, a plakaty wyglądają na przykład tak:

Poniżej zdjęcia z jarmarku w Al-Nakheel Village Compound:

 Pisałam, że w Nakheel Village spotkaliśmy dużo znajomych (Rijad jest mały!). Byli to między innymi bliscy nam sąsiedzi z Jordanii - Dana i Kareem. Tutaj Dana ze swoją mamą, która przyjechała w odwiedziny. No i ja z mamusią :)

Pisałam, że w Nakheel Village spotkaliśmy dużo znajomych (Rijad jest mały!). Byli to między innymi bliscy nam sąsiedzi z Jordanii - Dana i Kareem. Tutaj Dana ze swoją mamą, która przyjechała w odwiedziny. No i ja z mamusią :)

 Tomek, Bruno i Kareem 

Tomek, Bruno i Kareem 

 A tu już jarmark po zachodzie słońca:

Oczywiście nie wróciliśmy z pustymi rękami. Tato, koszulka jest dla Ciebie! ;)

Skusiliśmy się również na tajemnicze słodkości:

 Po lewej "cheese cake" (czyli sernik na zimno) - okazał się słodkim biszkoptem posypanym... tartym żółtym serem. Smak inny, ale całkiem niezły. Zielony deser, to Buko Pandan - rodzaj filipińskiego puddingu robionego z kokosa ("buko") oraz tropikalnych liści "pandan", które są azjatyckim odpowiednikiem wanilii i nadają potrawom słodki smak. Znaczącym składnikiem jest również "gulaman", czyli rodzaj alg, z których robi się galaretkę. Już chyba wiadomo, skąd zielony kolor tego deseru :) Całkiem dobry, choć trochę mdły...

Po lewej "cheese cake" (czyli sernik na zimno) - okazał się słodkim biszkoptem posypanym... tartym żółtym serem. Smak inny, ale całkiem niezły. Zielony deser, to Buko Pandan - rodzaj filipińskiego puddingu robionego z kokosa ("buko") oraz tropikalnych liści "pandan", które są azjatyckim odpowiednikiem wanilii i nadają potrawom słodki smak. Znaczącym składnikiem jest również "gulaman", czyli rodzaj alg, z których robi się galaretkę. Już chyba wiadomo, skąd zielony kolor tego deseru :) Całkiem dobry, choć trochę mdły...

Ciąża i poród w Arabii Saudyjskiej

Jeszcze przed wyjazdem do Rijadu rozmawiałam z moim ginekologiem (który również prowadził moją pierwszą ciążę) i ciągle miałam w głowie jego słowa: "Poród w Arabii to czysta przyjemność". Co prawda nie on sam rodził w królestwie ;), ale takie dochodziły do niego słuchy.

Tak naprawdę ubezpieczenie jakim jesteśmy objęci w Arabii jest "wypasione", a prywatne szpitale w Rijadzie na najwyższym poziomie. Z czasem więc zdecydowaliśmy, że nie będę wracać na poród do Polski. Chcieliśmy być wszyscy razem, w komfortowych warunkach mieszkaniowych i ostatecznie mama też zgodziła się przyjechać pomóc nam w pierwszych miesiącach. Czego chcieć więcej?

Jak więc wyglądała dziewięciomiesięczna lekarska opieka oraz mój poród w Rijadzie? O tym poniżej...

Trochę potrwało, zanim znalazłam ginekologa, a właściwie ginekolożkę (bo o ginekologu słyszałam tylko jednym i podobno Saudyjki raczej do niego nie chodzą, bo przecież nie przystaje pokazać się obcemu mężczyźnie), która mi odpowiadała, bo nie ukrywam, że czułam pewien dystans do tych, które przyjmowały mnie w hidżabie. W Polsce przyzwyczajona byłam do bardziej otwartego stosunku lekarza do pacjentki, nawet jeśli był to mężczyzna, więc poszukiwałam podobnego nastawienia. Z tego względu dwa pierwsze szpitale odpadły (choć mam koleżanki, które w nich rodziły i nie narzekały - kwestia dogadania się). 

Wrzuciłam więc pytanie na utworzony przez przyjezdne mamy portal Facebook'a - "Riyadh Playgroup", z prośbą o wskazanie dobrego szpitala i ginekologa. Najwięcej głosów od odpisujących mam otrzymała doktor greckiego pochodzenia, przyjmująca w Dr. Sulaiman Al-Habib. "No dobra" - pomyślałam. Poszłam raz i już tak zostało. Co prawda doktor mnie szczególnie nie ujęła (według mnie ma za dużo pacjentek i wydaje się być ciągle w pośpiechu - powiedzielibyśmy "przyjmowanie taśmowe"), ale europejskie podejście i lekka rozmowa przesądziły, poza tym byłam już w czwartym miesiącu, więc była to już najwyższa pora, żeby się na kogoś zdecydować. Szpital też wydawał mi się najbardziej zorganizowany ze wszystkich sprawdzonych do tej pory. 

Pewnie gdyby to była moja pierwsza ciąża, przejęta swoim stanem postarałabym się bardziej, ale do drugiej ciąży podchodziłam z większym luzem i skoro czułam ruchy dziecka oraz wszystkie standardowe badania były wykonywane w odpowiednim czasie, nie miałam się czym martwić. 

Co mnie już na samym początku zaskoczyło, to fakt, że w większości przypadków to nie ginekolog przeprowadza badanie usg. Robi to specjalistka od usg, w osobnym gabinecie. Trochę więc upierdliwe było przechodzenie z jednego gabinetu do drugiego oraz oczekiwanie na swoją kolej, bo wyglądało to tak: gabinet ginekologa (tzw. “gadka-szmatka”) -> gabinet usg -> gabinet ginekologa w celu omówienia rezultatów badania -> laboratorium (w razie pobierania krwi do badań). Na każdą z tych wizyt wzywali osobno, więc wizyta w szpitalu przeciągała się czasami do dwóch godzin. A oczywistym jest, że Bruno był za każdym razem z nami, więc czasami stawało się to udręką. O ileż łatwiej byłoby mi po prostu wsiąść w auto i pojechać samej, podczas gdy chłopaki mogliby pograć w piłkę! No cóż, ten temat wraca jak bumerang, ale trzeba się organizować w inny sposób. Dlatego, między innymi, nie przeszkadzało mi, że wizyty były rzadziej niż w Polsce (co dwa miesiące, podczas gdy w Polsce jeździłam co miesiąc).

Z ciekawostek (i myślę, że jest to jedna z większych różnic między Arabią, a Polską), w KAS przez całe dziewięć miesięcy wykonuje się jedynie usg brzuszne, czyli zewnętrzne. Tak, tak, pewnie nie jedna z mam się teraz dziwi. Ja byłam bardzo zdziwiona, ale jak zobaczyłam sprzęt i obraz z brzusznego usg, to już nic mnie nie dziwiło ;) Maszyny mają tutaj rewelacyjne (i nie trzeba do tego WOŚP!). Obraz był o niebo lepszy od usg dopochwowego wykonanego w prywatnej polskiej przychodni. Nawet ja byłam w stanie "rozszyfrować" poszczególne fragmenty ciała mojego synka. I już pod koniec trzeciego miesiąca wiedzieliśmy, jaka będzie płeć.

Tak naprawdę od samego początku szykowałam się na cesarskie cięcie (takie miałam zalecenie). Cesarkę w Polsce wspominałam dobrze (jeśli w ogóle tak można powiedzieć o operacji), więc mniej więcej wiedziałam, co mnie czeka. Dodatkowo operacja była z góry ustalona na konkretny dzień i godzinę (czego nie było we wrocławskim szpitalu; musiałam czekać na akcję porodową, aż wreszcie przyjęli mnie bez akcji, 5 dni po terminie). Oczywiście bałam się, oczywiście nie do końca wiedziałam, co mnie czeka, bo język angielski, bo obcokrajowcy naokoło, bo w końcu w muzułmańskim otoczeniu...

27 stycznia ze ściśniętym gardłem stawiłam się w szpitalu. Co musiałam mieć ze sobą? NIC! Szpital wszystko dostarczył. Dla własnego komfortu i dobrego samopoczucia wzięłam jedynie swoją koszulę nocną oraz kapcie (równie dobrze mogłabym korzystać ze szpitalnych). Zaprowadzono mnie do mojego pokoju (jak w hotelu! Nr 350 :)), który wyposażony był w mega wypasione automatyczne łóżko (jak pomyślę o tym wrocławskim...), szafę wnękową, łazienkę, lodówkę, dodatkową kanapę, a na ścianie wisiała plazma. Dla porównania - we Wrocławiu leżałam na sześcioosobowej sali i oczywiście całą szpitalną "wyprawkę", łącznie z termometrem, musiałam zapewnić sobie sama (pamiętam, że do szpitala jechałam z dwiema pokaźnymi torbami).

 Gotowa do startu...

Gotowa do startu...

Pielęgniarki przygotowały mnie do operacji w moim pokoju - wszystko przebiegało bardzo dyskretnie i delikatnie (na co dzień mają do czynienia z Saudyjkami, więc na niewłaściwe traktowanie nie ma tutaj miejsca). Przy wyjeździe z pokoju siostry zaproponowały mi zasłonięcie twarzy, na co zareagowałam śmiechem ("A co ja trup jestem?!" - pomyślałam sobie). Przed drzwiami na salę operacyjną zagadał do nas anestezjolog (Tomek ciągle jeszcze był ze mną, choć na salę nie miał wstępu). Po krótkiej pogawędce okazało się, że jest Hiszpanem, który studiował w Poznaniu, ma żonę Polkę i 23 lata mieszkał w Polsce. Oczywiście mówił bardzo ładnie po polsku. 

 START!!!

START!!!

Znieczulenie dostałam już na sali i zaczęło się... Cała operacja trwała trochę dłużej, niż w Polsce (głównie dlatego, że była to druga cesarka). Tutaj muszę przyznać, że tę w Polsce wspominam przyjemniej (i znowu - jeśli tak w ogóle można wspominać operację) - było krótko i bezboleśnie. Przy drugiej miałam wrażenie, że pod koniec znieczulenie już mi puściło i czułam mocne rwanie przy zszywaniu (niestety...). Chyba dawka nie była adekwatna do ruchów pani chirurg (anestezjolog w pewnym momencie nawet szepnął do mnie po polsku, że wolniutko jej to idzie). Z drugiej strony - może i wolniutko, ale dokładnie? Zaraz po skończeniu zabiegu zaczęłam ruszać palcami u nóg. No comments...

Chwilę poleżałam na obserwacji i zawieźli mnie do mojego pokoju. "O jak dobrze - cisza i spokój" - pomyślałam. Spokój był do momentu, jak mi Tomek powiedział, że maluch ma problemy z oddychaniem... Chyba każda mama wie, jak reaguje się na takie wieści, szczególnie przy wahaniach hormonalnych. Na szczęście po wyjaśnieniach lekarza uspokoiliśmy się, bo widzieliśmy, że Hugo jest w dobrych rękach. Ostatecznie przenieśli go na oddział NICU (Neonatal Intensive Care Unit), czyli nasz OION (Oddział Intensywnej Opieki Neonatologicznej), gdzie przez następnych kilka godzin Hugo miał podawany tlen, do momentu poprawy. Do końca naszego pobytu w szpitalu (kolejne 3 dni), został już na tym oddziale. 

Ja oczywiście, jak to matka Polka, spacerowałam do niego w tę i z powrotem z odciągniętym pokarmem (pierwsze mleko mamy to przecież złoto dla malucha!). A skąd miałam laktator? Na oddziale mieli ich kilka! Rewelacyjny automatyczny laktator, dzięki któremu rozbujałam sobie laktację i po dwóch dniach mogłam karmić maluszka na bieżąco. 

 Miejsce, gdzie mogliśmy być razem

Miejsce, gdzie mogliśmy być razem

Na obu oddziałach wszyscy wychodzili z podziwu jak ja, po cięciu cesarskim, mogłam tak szybko dojść do siebie. Ale pierwsze i drugie podejście do pionizacji nie było takie kolorowe, oj nie! Zalecili mi wstać już po ośmiu godzinach od operacji (dla porównania w szpitalu w Polsce wstałam dopiero po około dobie i z pomocą rehabilitantki!). Tutaj miałam tylko automatyczne łóżko oraz asystę pielęgniarki. Szczerze? Ryczałam z bólu! Zaparłam się jednak, bo przecież tam na dole (OION był piętro niżej) czekał na mnie mój syn. Szkoda mi było biednej pielęgniarki z Filipin, bo po dwóch podejściach stwierdziła, że widząc moje cierpienie chyba nigdy nie zdecyduje się na poród. Na szczęście ból szybko wymazałam z pamięci i co trzy godziny (bez znaczenia czy był to dzień, czy noc) maszerowałam dzielnie korytarzami saudyjskiego szpitala z buteleczką bezcennego nektaru :)

A maszerowałam oczywiście w abai (to tak zamiast szlafroczka ;)). Poza tym byłam chyba jedyną mamą, która w ogóle wychodziła ze swojego pokoju! Tutaj żadna świeżo upieczona mama nie wystawia nosa ze swojej norki. Za to rodziny walą w odwiedziny drzwiami i oknami, o każdej porze dnia i nocy. Czasami czułam się jak w akademiku! Imprezy na całego! Wyczekiwali w kolejce pod drzwiami z siatami pełnymi prezentów! A nie rzadko pod drzwiami pokoju można było znaleźć stroik z imieniem noworodka. O, na przykład taki:

 Całkiem spory ten stroik ;)

Całkiem spory ten stroik ;)

Nie dziwię się, że te biedne mamy potrzebują więcej czasu na rekonwalescencję...

Ja byłam szczęśliwa w moim pokoju - z książką w jednej, z laktatorem w drugiej ręce. Odwiedzał mnie jedynie Tomek, bo Bruno akurat się rozchorował i mama zostawała z nim w domu. Może to nawet lepiej, bo widać było, że nie do końca rozumie, dlaczego mama musi leżeć w szpitalu i ciężko mu było się z tym pogodzić. Na szczęście nie trwało to długo.

Jeśli chodzi o warunki szpitalne, to rzeczywiście nie było na co narzekać. Standard pokojów i opieka były rewelacyjne. Pielęgniarki i lekarki przychodziły na każde wezwanie, były bardzo wyrozumiałe, pomocne, zawsze uśmiechnięte i miłe. Do dyspozycji miałam praktycznie wszystko, czego może potrzebować mama noworodka. Jedzenie było na równie wysokim poziomie (zapomnij o zupach mlecznych!). Poniżej kilka fotek, dla zrozumienia zachwalanej wygody:

 Pokój z uwielbianym przeze mnie łóżkiem. Z boku przesuwany stolik z ruchomym blatem umożliwiającym zjedzenie posiłku w łóżku. A za stolikiem rewelacyjny laktator. Cóż, jedynie mój stroik trochę skromny ;)

Pokój z uwielbianym przeze mnie łóżkiem. Z boku przesuwany stolik z ruchomym blatem umożliwiającym zjedzenie posiłku w łóżku. A za stolikiem rewelacyjny laktator. Cóż, jedynie mój stroik trochę skromny ;)

 Rzut od strony łóżka

Rzut od strony łóżka

 Tak mnie więcej wyglądały posiłki:

Tak mnie więcej wyglądały posiłki:

Pobyt w szpitalu wspominam naprawdę dobrze. Takie wygody mocno się docenia, szczególnie po pobycie na wrocławskiej porodówce. Choć muszę przyznać, że z sentymentem wspominam pobyt w kilkuosobowym wrocławskim pokoju, gdzie na bieżąco można było zaczerpnąć porad bardziej doświadczonych mam (miałam takie szczęście, że dziewczyny, z którymi leżałam na sali, były mamami już po raz kolejny). W Arabii jednak, przy tak profesjonalnej pomocy lekarzy i pielęgniarek zdecydowanie wolałam to, co oferowali w szpitalu Al-Habib. 

Wychodząc ze szpitala dostałam całą listę rzeczy i witamin niezbędnych do rekonwalescencji oraz opieki nad maluchem.

Podsumowując, niezależnie od miejsca, gdzie rodzisz, najważniejsze w tym wszystkim jest Twoje nastawienie i świadomość, że jesteś tutaj po to, żeby zapewnić Twojemu dziecku jak najlepszy start. Nie ukrywam jednak, że nastawienie oraz uśmiech lekarzy i pielęgniarek ma równie wielkie znaczenie. Dzięki temu zyskujesz pewność siebie oraz wiesz, że dla swojego dziecka działasz, jak potrafisz najlepiej. 

Przy tym wszystkim dobrze jednak mieć odrobinę luksusu... :)

Pustynnych wycieczek ciąg dalszy

Zima w Arabii Saudyjskiej odkrywa przed jej mieszkańcami nowe możliwości. Jak już wcześniej pisałam, to idealna pora roku, żeby eksplorować pustynię. A że od pewnego czasu mamy w miarę stałą ekipę na wypady, praktycznie każdy weekend w styczniu wyjeżdżaliśmy poza Rijad w poszukiwaniu wrażeń.

Co mnie zaskoczyło na jednej z wycieczek to fakt, że to samo miejsce może zmieniać swoją twarz, w zależności od pogody oraz pory roku. Poza tym za każdym razem odkryć coś nowego - nowy punkt widokowy, nowy krajobraz.

Choć wydawałoby się, że pustynia to tylko piasek, ona zmienną jest...

Zależność tę zauważyłam, kiedy byliśmy po raz drugi w tym samym miejscu - Cathedral Rock (lub Dżabal Baloum). Po raz kolejny pojechaliśmy tam z rodzicami, ponieważ uznaliśmy, że będzie to dla nich ciekawy punkt piknikowy. "Ale jaja!" - dziwiłam się, jak zobaczyłam znany nam kąt na grilla, bo tym razem wokół charakterystycznej skały widniała delikatna trawa. Gdzieniegdzie nawet widać było małe kwiatki! Pustynia zakwitła!

Kolejną niespodzianką było stado wielbłądów. No tak, to idealna łąka, żeby poskubać trochę zielonej trawki. "Skąd one przyszły?" - dziwiliśmy się, bo wydawało się, że kawał drogi dzieli nas od zabudowań. Wygląda na to, że wielbłądy codziennie dużo spacerują.

Tak wyglądała okolica (szczerze, to zdjęcia wydają mi się ciekawsze niż z pierwszego wypadu). 

W drodze - formacja skalna Tuwejk (slideshow). Na jednym ze zdjęć, przy drodze, widać wielbłądy dwugarbne (baktriany), które w Arabii są raczej rzadkością.

Pustynne pastwisko (slideshow):

Tym razem kilku uczestników pikniku "zdobyło" najwyższy szczyt Tuwejk - Dżabal Baloum (zwany również Faridat Baloum, czyli "Jabłko Adama"), który znajduje się w bliskiej odległości od Cathedral Rock. Poniżej, różne oblicza Dżabal Baloum (slideshow):

Cathedral Rock jest rewelacyjnym miejscem piknikowym (slideshow):

I inne... (slideshow):

Kolejną wycieczkę z rodzicami odbyliśmy w miejsce, które również już kiedyś odwiedziliśmy. Pierwszym razem byliśmy tam jednak nocą, więc ciężko było powiedzieć czy okolica jest ciekawa. Pewnego grudniowego dnia, jeszcze przed przyjazdem rodziców, wyruszyliśmy z zamiarem odnalezienia tego punktu - Tomek wziął namiary od znajomego, z którym byliśmy tam właśnie owej nocy. Wydawałoby się, że dwa punkty zaczepienia wystarczą - zjazd z autostrady oraz miejsce docelowe. Nic bardziej mylnego!!! Krążyliśmy po pustyni chyba z dwie godziny i niestety nie udało się! Musieliśmy oddać pokłon pustyni, bo znalezienie na niej odpowiedniej drogi jest niczym błądzenie po oceanie... No cóż, trzeba było znaleźć coś zastępczego i jak najszybciej rozpalić grilla, bo wszystkim już burczało w żołądkach. To jednak nie był najlepszy wypad, bo pogoda nie dopisała - nie przypuszczałam, że tak można zmarznąć w Arabii Saudyjskiej! Jedynie doborowe towarzystwo uratowało piknik. Dzieciaki z czerwonymi nosami również bawiły się w najlepsze.

 Wielbłądy na pustyni o tej porze roku to częsty widok 

Wielbłądy na pustyni o tej porze roku to częsty widok 

 Zimno nie odbiera ochoty na kopanie piłki ;)

Zimno nie odbiera ochoty na kopanie piłki ;)

 Oj, było zimno!

Oj, było zimno!

 Surowy krajobraz kamienistej pustyni

Surowy krajobraz kamienistej pustyni

Druga próba, tym razem właśnie z rodzicami, okazała się strzałem w dziesiątkę. Tomek oddał przewodnictwo koledze bardziej doświadczonemu, który opracował trasę dojazdu (a że jest geodetą, nie było mowy o pomyłce). 

Tym razem dowiedzieliśmy się, że punkt piknikowy ekspaci nazywają "Fossils", czyli "Skamieniałości". Szybko zorientowaliśmy się dlaczego: koleżanka, załatwiając na uboczy swoje potrzeby ;), natrafiła na coś w rodzaju... skamieniałej muszli. Wybraliśmy się więc we wskazane miejsce, bo któż nie chciałby mieć takiej pamiątki! Oto, co można znaleźć w osuwających się skałach. Piękny okaz!

Ps. Tata trochę się namęczył, żeby ją "wydobyć" ;)

Szukając potem informacji w internecie o skamieniałościach w tych regionach, dowiedziałam się, że dolina Nadżd w okresie od 20 do 70 milionów lat temu była oceanem, więc obecnie w pasie Tuwejk znaleźć można pozostałości morskiej flory i fauny. Niesamowite, że tak suche tereny, były kiedyś pod wodą...

"Fossils" jest pięknym miejscem i trzeba je zobaczyć za dnia! Punkt piknikowy znajduje się przy drzewku, a otoczony jest skałami. Warto wspiąć się po ścieżce na górne partie, skąd rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na dolinę oraz skały.

 Rzut na punkt piknikowy

Rzut na punkt piknikowy

 Zbliżenie na piknik

Zbliżenie na piknik

 W takich skałach znaleźć można skamieniałości

W takich skałach znaleźć można skamieniałości

Okazało się, że tutaj również swoje pastwisko mają wielbłądy (slideshow):

Takie widoki czekały nas na górze (slideshow):

Ostatnie pustynne miejsce warte uwagi ("ostatnie" w tym wpisie, bo zapewne z czasem będzie ich więcej) znalazł również nasz znajomy geodeta. Chcę o nim wspomnieć, bo krajobraz różnił się od dotychczasowego - kamienista pustynia w połączeniu z czerwonym piaskiem oraz zielonymi dolinami. Do samego końca nie byliśmy pewni czy uda nam się tam dotrzeć ze względu na teren, ale ostatecznie udało się, a wybrana lokalizacja okazała się bardzo ciekawa. 

Widoki były takie (slideshow):

Na koniec kilka dowodów, że na pustyni znaleźć można kwiatki. Zauważyliśmy, że wyjątkowo smakują one wielbłądom.