Matka-Arabka

Po uporaniu się z zakładką Nasze Podróże (jestem w miarę na bieżąco, gdyby nie liczyć wycieczki do USA z końca 2015 roku - całkiem wypadło mi z głowy!), ze strojem Krakowiaka (patrz Facebook funpage: https://www.facebook.com/ziarnkiempiasku/) oraz z paroma innymi sprawami, o których pisałam na facebook'u, zabieram się wreszcie do pisania o tym, co w świecie saudyjskim najciekawsze, czyli o codzienności. 

Ostatnio dużo czytam i rozmyślam na temat instutucji mamy. Oczywiście będąc matką dwóch urwisów nie mogę się nie zgodzić ze stwierdzeniami typu: "dla mamy dzień jest za krótki", "mama nie ma chwili wytchnienia", "kilkuminutowy samotny pobyt w toalecie to luksus", itp., itd. i zastanawiam się, co jest dla nas, mam, lepsze - bycie z maluchem 24 godziny na dobę i wiara, że pełne poświęcenie się wychowaniu dziecka przyniesie w przyszłości owoce, czy może jednak odpuszczenie i podzielenie się opieką z nianią/opiekunką/gosposią. I nie mam tutaj na myśli przebywania z dzieckiem do kilku godzin dziennie, kiedy mama jest w pracy. Mam na myśli dzielenie się obowiązkami przez cały dzień, przyjęcie pod dach kobiety, która będzie żyć z całą rodziną tak długo, jak będą tego potrzebować (najczęściej całe życie).... Jak my patrzymy na taką pomoc?

Każdego dnia wychodzę z moimi chłopakami na osiedlowe place zabaw. Kogo spotykam na placyku w takiej samej sytuacji w Polsce? Inne mamy, babcie, ojców i dziadków. Tak! Jasna sprawa! A kogo spotykam tutaj? Opiekunki (nazywane tutaj z angielskiego "maids"). Najczęściej są to Filipinki mieszkające z arabskimi rodzinami (w większości Saudyjskich rodzin posiadanie gosposi to standard, podobnie u rodzin Libańskich oraz Jordańskich). Wszystkie arabskojęzyczne dzieciaki wychodzą na dwór z opiekunkami. Rodziców nigdy z nimi nie ma... Wszyscy u nas na osiedlu wiedzą, jak wyglądają rodzice Huga i Bruna, za to ja znam może z dwie matki Arabki (z czego jedna z nich to nasza sąsiadka), o ojcach już nie wspomnę. 

I tak się czasami zastanawiam, jaki model wychowania jest lepszy. Matka-Polka bardzo często poświęca siebie całą, żeby zadbać o ognisko domowe, żeby sprostać powierzonej misji. Jesteśmy mamami, kucharkami, sprzątaczkami, przy tym wszystkim pozostając żonami. Nasz dzień jest tak wypełniony domowymi czynnościami, że często nie mamy chwili dla siebie, na przysłowiowy oddech. Gdzie w to wszystko upchnąć jeszcze manicure, pedicure, fryzjera, książkę, siłkę, spotkanie z przyjaciółką, hobby (już wiecie, dlaczego mam tak mało czasu na blog ;)). Już same nie wiemy czy to my gonimy dzień, czy to dzień goni nas. Łatwo przy takim trybie stracić cierpliwość, wpaść w złość.

Nie będę ukrywać, że spędzanie prawie całego dnia w domu z dwójką urwisów to nie lada wyzwanie i nie zawsze sielanka. Szczególnie jeśli nie ma możliwości wyjazdu chociaż na jeden dzień do dziadków lub pomocy z ich strony w ciągu tygodnia. A co jeśli dochodzi do tego fakt, że nie mogę wsiąść w auto i pobyć przez chwilę sama, z dala od tego wszystkiego. To naprawdę mocno daje się odczuć, zwłaszcza jeśli mieszka się daleko od kraju i tym samym daleko od rodziny. Nie ma chwili na odpoczynek...

A Matka-Arabka?

High life! Żyć, nie umierać! Stała opieka nad dzieckiem 24 godziny na dobę. Pomoc w kuchni, pomoc przy sprzątaniu. Jest z kim zostawić dziecko, można wyjść w każdej chwili na spotkanie, zakupy, do salonu kosmetycznego. Arabki naprawdę dbają o swoje zdrowie psychiczne. Na pierwszy rzut oka można sobie pomyśleć, że dzieci są wychowywane przez "mejdki", a rodziców mało w ich życiu. Pół dnia szkoła, drugie pół - opiekunka (no bo przecież dzieciaki całe popołudnie siedzą na placu zabaw, na basenie, albo biegają po compoundzie). Czy to jednak osłabia więź rodziców z dziećmi? Na początku pobytu odpowiedziałabym oburzona: "Pewnie!" Przecież matka ciągle zajęta jest sobą!  Teraz myślę, że posiadanie gosposi niekoniecznie wpływa na relacje dziecko-rodzice. Oczywiście to zależy od rodziny. Poznałam kilka Libanek i Jordanek, które mają gosposię, ale ich dzieci w żadnym stopniu nie były mniej do nich przywiązane. Maluchy trzymały się ich spódnicy, podobnie jak moi chłopcy mojej. 

Myślę, że tu chodzi o pewien balans. Sama łapię się na tym, że czasami mam ochotę powyrzucać moje dzieci za okno (choć darzę je miłością bezgraniczną!) O wiele lepiej byłoby, żeby w takim momencie zajął się nimi ktoś kogo znają i kogo darzą sympatią. Dla mojego własnego i ich bezpieczeństwa. Dla zdrowia psychicznego. Właśnie takiej roli spodziewałabym się po opiekunce moich dzieci. Pewnego dnia, jeszcze w Rijadzie, spytałam mojej koleżanki Libanki, co należy do obowiązków jej gosposi. Odpowiedź brzmiała następująco: sprzątanie, pranie, przygotowanie składników na obiad, sprzątanie po posiłku, opieka nad dziećmi - kiedy trzeba. Wyobrażacie sobie taką codzienną pomoc? Ile czasu można zaoszczędzić! Nie wspomnę już jak taka pomoc przydaje się w sytuacjach nagłych, chorobie jednego z dzieci. 

Dla nas niewyobrażalne jest czasami, żeby mieszkał z nami ktoś obcy. "Obca baba w domu?!" - tak komentujemy styl życia Arabów. Może i obca, ale tylko na początku. Z czasem gosposia staje się częścią rodziny - często zastępuje babcię, mamę, koleżankę, siostrę. Arabowie przyzwyczajeni są do takiej pomocy domowej. Wychowywani wraz z opiekunką, sami w swoich rodzinach powielają ten styl życia, dla nich posiadanie gosposi to standard, rzecz normalna, na którą trzeba przewidzieć miesięczny budżet. "Mejdki" bardzo często zabierane są z rodziną na wakacje, do restauracji, na imprezy. Częstym obrazkiem jest dziecko siedzące na kolanach opiekunki, w towarzystwie rodziców. 

Oczywiście nie uogólniam tutaj. Są Polki, które nie odzwierciedlają zachowania i stylu życia przysłowiowej Matki-Polki. Są również rodziny arabskie, które gosposi nie posiadają, a matki ogarniają cały dom, często z trójką lub czwórką dzieciaków. Gosposia pozostaje jednak cechą charakterystyczną kultury arabskiej, która korzysta z taniej siły roboczej napływającej z Filipin czy Afryki.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że korzyści z tej współpracy są obustronne...

 

O wszystkim, czyli aklimatyzacja w Dżuddzie

Minęły trzy miesiące. Czas aklimatyzacji w nowym miejscu, przyzwyczajania się do pogody, ludzi, warunków. Czas początkowych frustracji, zamieszania, zdobywania informacji, aż wreszcie organizacji i sprawnego funkcjonowania w nowych okolicznościach.

W tym wpisie więc trochę o wszystkim, czyli pierwsze wrażenia z Dżuddy… Osiem ważnych aspektów.

Po pierwsze - przedszkole dla naszego Starszaka. To szczególny czas dla nas, a zwłaszcza dla Bruna, który od października zaczął chodzić do przedszkola. Oczywiście nie obyło się bez stresu, bo najpierw wybór odpowiedniego. Jak zobaczyłam dwie pierwsze propozycje, to stwierdziłam, że moje dziecko chyba nie nadaje się jeszcze na przedszkolaka. Krzycząca i skacząca opiekunkom po głowach banda rozwścieczonych małpek nijak się miała do mojego wyobrażenia o miejscu, gdzie dzieci z zainteresowaniem zajęte są ręcznymi pracami i słuchają swoich opiekunów (a może mam zbyt wygórowane oczekiwania? W Polsce chyba nie jest aż tak źle?). Tymczasem dwie pierwsze propozycje były dla mnie bardziej “przechowalniami” niż przedszkolami.

Na szczęście trzecia opcja okazała się strzałem w dziesiątkę, a podejście do rozwoju dziecka wreszcie było odpowiednie (sama mam przygotowanie pedagogiczne, więc co nieco wiem o rozwoju dziecka i metodologii nauczania). Jest to placówka w duchu Montessori. Oczywiście można by od razu rzec, że uległam obecnej “modzie na Montessori”, ale różnicę było widać wraz z przekroczeniem progu. Cisza, dzieci grzecznie zwracające się do nauczycielki, ciekawe pomoce naukowe, wzbudzające w dzieciach naturalną ciekawość i kreatywność. Ufff…, udało się.

Bruno też polubił to miejsce “od pierwszego wejrzenia”. Bardzo szybko "podkówkę" na twarzy (wynikającą bardziej z przebywaniem w nowym miejscu i dłuższej rozłąki z mamą) zastąpił uśmiech. Tym bardziej, że niedługo po jego “starcie w dorosłość” dołączył do niego kolega z RPA - Jayden, który mieszka na tym samym osiedlu. Ci dwaj są teraz nierozłączni! 

Po drugie - transport do przedszkola. Oczywiście początkowe schody. Strome schody! Ponowne przeżywanie, że nie mogę po prostu wsiąść do własnego auta i odwieźć/przywieźć dziecko do i z przedszkola! Korzystałam najpierw z Ubera, ale szybko zorientowałam się, że daleko nie zajadę, bo 99,9% kierowców nie potrafiła nawet prostych zwrotów po angielsku! Nawet metoda na “Kali jeść, Kali pić” nie pomagała! Codzienne użeranie się z taksówkarzami trzeba było więc jak najszybciej zastąpić stałym kierowcą, który bez problemu będzie w stanie odebrać mnie z compoundu o konkretnej godzinie, będzie znał drogę do przedszkola i z powrotem i w razie jakichkolwiek zmian będę miała z nim kontakt. Co prawda mamy do dyspozycji kierowcę z Tomka firmy, ale obsługuje on 10 rodzin, więc niemożliwe, żeby korzystać z jego usług pięć razy w tygodniu rano i w południe. Jeździmy więc z nim dwa razy w tygodniu. Na pozostałe trzy dni trzeba było znaleźć inny transport. Po wspólnych poszukiwaniach (ja, Tomek oraz rodzice Jaydena) udało nam się znaleźć kierowcę pracującego w naszym compoundzie i ustalić z nim stałe godziny. I życie stało się znowu piękne!!! Bardzo mi na tym zależało, bo przecież niedługo mama wyjedzie i będę musiała odwozić Bruna z maluchem, a wtedy już sprawa mocno by się skomplikowała… 

Od dwóch miesięcy mamy więc w domu szczęśliwego przedszkolaka oraz szczęśliwych, spokojnych rodziców :)

Po trzecie - Dżudda. Jakim jest miastem?

MOKRYM! To pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Mokrym, bo wilgotność jest tutaj naprawdę wysoka! Z taką wilgotnością spotkałam się po raz pierwszy w Wietnamie i stwierdziłam wtedy, że za nic w świecie nie mogłabym żyć w takim klimacie. A jednak! Nigdy nie mów nigdy ;) Nie jest tak źle, można się przyzwyczaić.

Dżudda to miasto położone nad Morzem Czerwonym. To to samo morze, do którego ma dostęp Egipt, więc wielu Polakom jest znane. Nasz compound położony jest rzut beretem od morza, ale ze względu na specyfikę miejsca nie można korzystać z jego uroków. W każdym razie nie do końca… Powodem są restrykcje. Na publicznej plaży absolutnie nie można ściągnąć abai. Nie można więc w ciągu dnia spokojnie pospacerować, posiedzieć, bo… jest 30 stopni! Plus wilgoć! Pozostają nam więc prywatne, zamknięte plaże, które oczywiście są płatne. 150zł od osoby. Za cały dzień. Sam wstęp. Oczywiście są piękne, zadbane, czyściutkie, turkusowa woda, leżaczek, parasol, miękki piasek, morska bryza. Za taką cenę?! Oczywiście! Oto przykłady:

Bruno i Jayden :) 

Bruno i Jayden :) 

Po czwarte - abaja. Oczywiście ciągle trzeba ją nosić w miejscach publicznych, ale jakże różni się od tej z Rijadu! Abaje Dżuddanek są kolorowe, wzorzyste, nawet pstrokate. Zdarza się zobaczyć zestaw bluzka plus długa spódnica lub po prostu długa sukienka (niekoniecznie luźna, niekoniecznie ciemna). Hidżaby (czyli osłonki na twarz) Saudyjki też zakładają tutaj rzadziej. Miejsca publiczne wyglądają o wiele przyjaźniej.

Po piąte - osiedle zamknięte. Od samego początku dostrzegam plusy mieszkania na compoundzie. Większym niż w Rijadzie. Sam fakt, że nasze jest położone zaraz przy jednym z najwiekszych centrów handlowych w Dżuddzie - Red Sea Mall. Wreszcie można spacerkiem wybrać się do sklepu, jeśli czegoś zabraknie, albo na coś przyjdzie ochota. W centrum jest wszystko: supermarket, znane sieciówki, sklepy sportowe, apteka, duży plac zabaw dla dzieci, restauracje, kafejki, nawet wielka piaskownica! 

Na osiedlu jest też mały sklepik (w razie, gdy zabraknie mleka ;)), restauracja Bert’s (pysznie!), fryzjer (też dla kobiet!), kosmetyczka, baseny i… miejsce, gdzie nasz 3-latek lubi przebywać najbardziej - fontanna. Taka fontanna:

Hugo też lubi to miejsce :)

Hugo też lubi to miejsce :)

Dla mieszkańców osiedla do dyspozycji jest bus, który trzy razy w tygodniu jeździ do różnych centrów handlowych, marketów. Dzięki tej możliwości poznałam już większość galerii w Dżuddzie, a także znalazłam wreszcie sklepy, gdzie można kupić bardzo przydatne rzeczy za bardzo przystępne ceny. Są tutaj “chińskie sklepy” (np. Bashawat), gdzie można dostać rzeczy do 10zł, a wachlarz produktów jest baaaardzo szeroki (od robótek ręcznych, poprzez sprzęt do kuchni, dekoracje do domu, na papierze toaletowym skończywszy). Istny raj dla kobiety! Dla mnie zwłaszcza pod kątem scrapbooking’u. Kto nie spotkał się z terminem, oto przykład stron z naszego rodzinnego albumu:

IMG_6421.JPG

Podobnym pod względem zaopatrzenia miejscem jest suk, czyli arabski targ (my jeździmy na Al Shatee). O ile w Rijadzie zawsze obawiałam się wybrać do takiego miejsca, o tyle tutaj ujrzałam suk jako całkiem przyjazny targ, bo stoiska znajdują się w klimatyzowanych pomieszczeniach, a sprzedawcy targują się z uśmiechem na twarzy. Tutaj można znaleźć artykuły dziecięce, ciuchy, sprzęt domowy, czyli to wszystko, co kojarzy się z targiem. A co najważniejsze, to właśnie na suku można kupić najtańsze abaje - do wyboru, do koloru. Za każdym razem wracamy obładowane siatami. 

Po szóste - ludzie. Pozostając w klimacie uśmiechu, muszę przyznać, że ludzie w Dżuddzie są bardziej otwarci, wyluzowani i uśmiechnięci niż w stolicy królestwa. Pamiętam, że w Rijadzie nauczyłam się mieć posągową twarz w stosunku do męskiej płci (chodzi tutaj głównie o Arabów, Hindusów i Pakistańczyków). Nie patrz, nie uśmiechaj się, nie zagaduj, bo oni od razu odbierają to jak zachęta do flirtu. Tym bardziej, że pojęcie o “białych kobietach” jest tutaj jednoznaczne - uznaje się je za “łatwe” (zwłaszcza Amerykanki). Mężczyźni w Arabii podchodzą więc też do kobiet z dystansem, bo kontakt z obcą kobietą jest totalnie zabroniony oraz, jeśli udowodniony, surowo karany. Pamiętam więc moje pierwsze zakupy w Dżuddzie w znanej sieciówce. Szczena mi opadła, jak sprzedawca na luzie zaczął ze mną konwersację. I tak już tutaj pozostało. Jedyne na co trzeba uważać to przeholowanie w drugą stronę. Trzeba znaleźć złoty środek - pogadać, ale z wyczuciem.

Po siódme - zieleń. Dżudda jest zdecydowanie bardziej zielona niż beżowy Rijad. Oczywiście ma to związek z wilgotnością i panującym tu mikroklimatem. Nie brakuje mi już parków, skwerów, zielonych alejek, bo w Dżuddzie też one są - nawet w samym compoundzie. Roślinność jest soczyście zielona, wszystko kwitnie (szczególnie teraz!), kwiaty są duże i różnobarwne. A do tego śpiewają ptaszki...

Po ósme - znajomi. Najtrudniejszą częścią przeprowadzki było pożegnanie się ze znajomymi z Rijadu. Miałam tam pokrewne dusze, z którymi świetnie się rozumiałam i z którymi nawzajem się wspierałyśmy (uwierzcie, w Arabii trzeba mieć kogoś takiego!) W Dżuddzie zaczynamy budować na nowo krąg najbliższych znajomych. Różnica jest taka, że nie znamy tu ani jednej polskiej rodziny, spotykamy się więc głównie z Anglikami i obywatelami Południowej Afryki. Weekendy są wypchane spotkaniami przy basenie, grillami, urodzinami. Jeden z Anglików z Tomka pracy jest nawet aktorem-amatorem i gra w miejscowej grupie teatralnej "Off-runway players", więc mieliśmy okazję obejrzeć sztukę. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie poziom przygotowania, gry i scenografii. Dzięki mamie, która została z dziećmi spędziliśmy z Tomkiem kulturalny wieczór połączony z kolacją. Dawno się tak nie uśmiałam! Było naprawdę wyśmienicie. Oj, po spędzaniu większości czasu z dziećmi człowiek docenia takie chwile! 

Zaproszenie na przedstawienie "One for the Road". Zdjęć z samego przedstawienia nie mam, bo robienie ich było zabronione.

Zaproszenie na przedstawienie "One for the Road". Zdjęć z samego przedstawienia nie mam, bo robienie ich było zabronione.

Na koniec ciekawa anegdotka. Każdy czwartek w przedszkolu Bruna jest dniem tematycznym. Po zajęciach do rodziców rozsyłane są zdjęcia z przedszkolakami. W ostatni czwartek tematem były zwierzęta z dżungli. Dostaliśmy takie oto zdjęcie, a w mailu komentarz: "Spróbuj zidentyfikować swoje dziecko".

IMG_6430.JPG

No cóż... LOL :P

Z Rijadu do Dżuddy

ZMIANY, idą zmiany…

Wypadłam z rytmu, przyznaję. Wypadłam z rytmu pisania i wpadłam w rytm przewijania i usypiania (warto dodać - nieregularny rytm ;)). Nawet nie wiem kiedy, minęły cztery miesiące w Polsce. Połowa dotychczasowego życia Huga! Cztery miesiące jakże inne od tych, spędzonych po jego urodzeniu w Rijadzie. Cztery miesiące spacerów, wycieczek samochodem (czyli ja kierowcą!), spotkań ze znajomymi…

Jakie były moje pierwsze wrażenia po przyjeździe do Polski?

Wierzcie lub nie, ale to, co mi się najbardziej rzuciło w oczy, to ilość patologii na polskich ulicach - zapijaczone, zmęczone życiem (i piciem!) twarze alkoholików, bezdomnych, ich nierzadko ordynarne zachowanie. A wraz z tym widokiem - poczucie strachu. O dzieci, siebie… Bardzo dziwne uczucie. Przecież przez półtora roku nagle “elementu” nie przybyło, nie namnożyli się. Już po tak krótkiej przerwie człowiek widzi skalę zjawiska. Wystarczy przez chwilę nie oglądać zataczających się z jednej krawędzi chodnika na drugą osobników pod wpływem (lub tych, którzy zataczać się już nie mają sił), żeby człowiek wymazał z pamięci tak spowszedniały przecież widok. 

Ja naprawdę na początku bałam się o dzieci! Przecież one tego nie znają! Bruno wpatrywał się w siedzącego na chodniku pijaczynę, jakby ducha zobaczył! Uświadomiłam sobie po raz kolejny, jakże inny od saudyjskiego jest to świat. I już teraz nie dziwię się, że czasami ten zachodni świat budzi w Saudyjczykach przerażenie i strach. Musiało minąć parę dni, żeby widok ten na nowo mi spowszedniał. To istnieje, lecz gdzieś obok… I już tak nie razi.

Druga sprawa - ZIELEŃ!!! Wszędzie i dużo! Soczyście zielona! Pierwsze dni minęły mi pod znakiem zachwytu nad listkiem, trawką, drzewkiem. Arabia jest tak beżowa, a zieleni jest tak mało, że polska flora wydaje się na początku niezwykle nasycona! Jak sztuczna! Jak malowana!  Właśnie dzięki pobytowi na beżowym lądzie zdałam sobie sprawę, jak również i ten widok nam powszednieje… A zachwycać się jest naprawdę czym, na co dzień się tego nie docenia :)

Poza tym cudnie było zobaczyć rodzinę i znajomych, nacieszyć się polskim jedzeniem i polską pogodą! Bruno zrobił niesamowite postępy jeśli chodzi o język polski (i o język w ogóle!), Hugo już siedzi :) Niby cztery miesiące, a takie ZMIANY!

A jeśli już o zmianach, to koniecznie muszę wspomnieć o jednej! Kto wie czy nie najważniejszej…

PRZEPROWADZAMY się! Niby niedaleko, ale wydaje się, że zmiana znacząca, bo warunki inne (czy lepsze? Chyba wszystko lepsze od Rijadu ;)). Przeprowadzamy się do Dżuddy (Jeddah) - saudyjskiego miasta nad Morzem Czerwonym, drugiego co do wielkości miasta w Arabii Saudyjskiej. Od początku wiedzieliśmy, że Dżudda różni się od Rijadu, bo każdy mówił, że w Dżuddzie jest mniej restrykcyjnie. Nasza sąsiadka Jordanka od razu nam powiedziała, że wśród Arabów istnieje porzekadło: “Jeddah is different” (“Dżudda jest inna”), które ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Na początku dość sceptycznie podchodziłam do tej przeprowadzki, bo jednak to ciągle Arabia Saudyjska, więc czym może się różnić jedno miasto od drugiego? Poza tym w Rijadzie po półtorarocznym pobycie wreszcie poczułam, że funkcjonujemy w miarę zorganizowanie. Mamy już swoje ulubione sklepy, miejsca, produkty, lekarzy, restauracje. No i znajomi… Naprawdę ciężko mi było głównie ze względu na nich. Z niektórymi mocno się zżyłam. Mam jedynie nadzieję, że będziemy ciągle utrzymywać z nimi kontakt. 

Kiedy w maju wyjeżdżałam z Rijadu do Polski, jeszcze nic nie było pewne (tak naprawdę, do samej przeprowadzki nie było). Wiadomo było, że Tomka chcą do siedziby firmy w Dżuddzie. Z tygodnia na tydzień detali przybywało i przeprowadzka nastąpiła 1. sierpnia. Jak półtora roku temu ja, tak teraz Tomek musiał wszystko zorganizować. O tyle łatwiej, że miał pakiet relokacyjny i firmę przeprowadzkową, a dystans Rijad - Dżudda można pokonać samochodem (niecałe 1000 km autostradą). Koty nie były więc w wielkim stresie, bo jechały autem i sam Tomek był o wiele spokojniejszy, bo trasę pokonał bez reszty rodzinki (co z pewnością wydłużyłoby czas). 

Do tej pory w Dżuddzie Tomek zdążył być dwa tygodnie (obecnie jest z nami w Polsce, a do Arabii wracamy całą rodzinką 2. września, czyli już jutro!). Mieszkać będziemy na dużym osiedlu zamkniętym, w 3-sypialnianym apartamencie. Compound bardzo mnie cieszy, bo dzieci będą miały rozrywki: baseny, boiska, place zabaw, jest sklep, restauracja, itp., czyli wszystko to, co na dużych osiedlach zamkniętych jest standardem (tzw. “miasto w mieście”). Poza tym w zasięgu ręki jest największe centrum handlowe Dżuddy - Red Sea Mall, do którego (UWAGA!) będę mogła iść na piechotę! Co za szczęście! Bez taksówek, bez użerania się, bez kolosalnych opłat za przejechane kilometry. Pięciominutowy spacerek i możliwość kupienia czegoś, bo “akurat zabrakło” będzie znowu możliwe. Tak mała rzecz, a cieszy…

Plusem w Dżuddzie jest również temperatura. W lecie jest o około 10 stopni Celsjusza mniej niż w Rijadzie. Mimo że jest dosyć wilgotno, lato wydaje się być bardziej znośne. Zwłaszcza, że na osiedlu nie trzeba zakładać abai, a baseny zapewniają wystarczające ochłodzenie.

Ehhh…, chłopaki rosną jak na drożdżach, dostarczają nam dużo radości i dużo zajęć (odkąd Bruno bawi się w Bolta, a Hugo chciałby mu jak najszybciej w tej zabawie towarzyszyć, nie nadążamy! ;)). Przed nimi dużo nowego…

Jak szybko zaaklimatyzujemy się w Dżuddzie? Czy zawrzemy równie udane znajomości? Czy będziemy tam szczęśliwi? 

Na te i wiele innych pytań z pewnością odpowiem już niedługo…

Na razie pozostaje nam trzymać kciuki i myśleć pozytywnie :)